AUTOR

Aleksandra Bilewicz

Zawodowo socjolożka, pracuje na Uniwersytecie Warszawskim. Naukowo interesuje się historią i socjologią spółdzielczości, antropologią ekonomiczną, socjologią wsi. Stara się oddzielać pracę naukową od publicystyki, co nie zawsze do końca się udaje. Trochę postępowa, trochę konserwatywna.

Karta Warszawiaka to jeden z wielu, ale być może najtrafniejszy z pomysłów stołecznego ratusza na zjednanie wyborców Hannie Gronkiewicz-Waltz przed zbliżającym się wielkimi krokami referendum. Podczas gdy inne tego typu pospieszne i spektakularne przedsięwzięcia są chętnie i szybko demaskowane przez jej mniej lub bardziej zaciekłych przeciwników, to jedno wśród części z nich spotyka się z aprobatą. Co więcej, fakt, że projekt Karty został przez radę miasta przegłosowany jednogłośnie, skłania do wniosku, że jest on w jakimś sensie na rękę wszystkim siłom politycznym biorącym udział w rządzeniu stolicą (czy może raczej: odrzucenie go byłoby im nie na rękę).

Być może „sukces” Karty Warszawiaka jest efektem jej tożsamościowego charakteru. Korzyści wynikające z jej posiadania, przynajmniej, jeśli chodzi o komunikację miejską (2 złote na bilecie miesięcznym, 0 zł na bilecie trzymiesięcznym…), są tak nikłe, że za główną pożywkę służyć musi poczucie wyższości wobec tych, którzy – rzekomo z braku obywatelskiej świadomości, lenistwa czy niewdzięczności – nie płacą podatków w Warszawie, tylko w miejscowościach, z których pochodzą bądź w których wciąż mieszkają. Trudno powiedzieć, na ile jest to powszechne, ale w rozmaitych przedreferendalnych dyskusjach w kręgu liberalnych i lewicujących środowisk warszawskich ujawnił się mocny głos poparcia dla Karty Warszawiaka, także jako narzędzia „asymilacji” przyjezdnych, rytuału inicjacyjnego do warszawskiej wspólnoty.

Na pierwszy rzut oka założenie, na którym opiera się Karta Warszawiaka, jest słuszne: nasze podatki służą rozwojowi miejsca, w którym mieszkamy, Warszawa ma ogromne inwestycje i wydatki, a KW jest gestem wdzięczności miasta wobec tych, którzy zdecydowali się wesprzeć oferowane przez nie publiczne usługi swoimi pieniędzmi. Tylko, że sytuacja Warszawy jako najbogatszego miasta w Polsce jest wyjątkowa. Działa ono jak wielki odkurzacz, który wsysa młodych pracowników z całego kraju, wśród nich tych najlepiej wykształconych. Sytuacja ta jest być może korzystna dla metropolii (choć jej gwałtowny rozrost jest także przyczyną bolączek takich, jak chociażby suburbanizacja i związany z nią paraliż komunikacyjny), ale z pewnością niekorzystna dla mniejszych miast czy wręcz wyludniających się miasteczek i wsi, opuszczonych przez ludzi szukających lepszego wykształcenia i zarobku w stolicy. W tym świetle odprowadzanie przez przyjezdnych podatków poza Warszawą czy innymi największymi miastami może być traktowane jako proteza redystrybucji generowanego tu bogactwa, w minimalnym choć stopniu rekompensująca jej brak na poziomie systemowym. Na stronie urzędu miasta w objaśnieniach dotyczących Karty Warszawiaka możemy przeczytać, że „każdy nowy warszawski podatnik PIT to np. nowa ławka w parku czy kawałek wyremontowanej ulicy”. Łatwo, oczywiście, odwrócić tę myśl – gdzieś indziej jest o jedną ławkę mniej, a dziur na ulicy łatać nie ma za co.

O ile jeszcze chęć płacenia podatków w Warszawie przez osiedlonych tu przyjezdnych może być zrozumiała (choć nie jest wcale oczywista), to jest jeszcze inna, ogromna rzesza osób korzystających z publicznej warszawskiej infrastruktury, które w Warszawie nie mieszkają na stałe, więc nie mają powodu, żeby się tu rozliczać. To około pół miliona (!) osób dojeżdżających codziennie do pracy spoza stolicy, nieraz z miejscowości oddalonych o ponad 100 kilometrów. Wśród nich są zapewne dobrze zarabiający pracownicy korporacji, ale nie brakuje też wstających o drugiej w nocy na autobus kasjerek w supermarketach z Makowa Mazowieckiego, salowych z Mszczonowa, pracowników ochrony z Ostrołęki, są studenci, których nie stać na mieszkanie w Warszawie. Z tej rzeszy ludzi, codziennie spędzającej większość dnia w stołecznym mieście, uczyni się przy pomocy Karty Warszawiaka obywateli drugiej kategorii. Będą oni płacić bardzo wysokie ceny za przejazdy („słoiki” za bilet miesięczny zapłacą 10 zł więcej niż teraz, a za trzymiesięczny 30 zł więcej, choć przecież całkiem niedawno przecież ceny tych biletów uległy podwyżce).

Kolejną mało chlubną funkcją KW mają być zniżki na wejście do teatrów i innych instytucji kultury. Normalne ceny w teatrach publicznych (o prywatnych nie wspominając), sięgające 100 czy nawet, w niektórych przypadkach, ponad 200 zł, sprawiają, że na rozrywkę tę stać jedynie nielicznych. W tym wypadku posiadanie Karty Warszawiaka, uprawniającej do ok. 30% zniżki, może mieć jakieś realne, praktyczne znaczenie – ale czy na pewno tej właśnie grupie należą się ułatwienia w dostępie do coraz bardziej elitarnej kultury? Podział wprowadzony przez Kartę Warszawiaka będzie dotyczył, co może okazać się szczególnie dotkliwe emocjonalnie, także dzieci – te, których rodzice rozliczają PIT w Warszawie, mają otrzymać Kartę Młodego Warszawiaka, która będzie je uprawniać do zniżek w komunikacji miejskiej, instytucjach kulturalnych czy obiektach sportowych. Podsumowując: płacącym podatki w mieście podsunięty został jako przedreferendalny ochłap wątpliwy przywilej, którego koszty ponieść mają przyjezdni. Jest to zabieg tym bardziej obrzydliwy, że dotknie przede wszystkim grup najsłabszych i najbardziej wykluczonych. Polityka „dziel i rządź” to sposób nie tylko na zapewnienie poparcia dla Gronkiewicz-Waltz w przededniu referendum, ale też – w przypadku opłat za komunikację – wytrącenie oręża przeciwnikom podwyżek jako takich.

Dla zwolenników Karty Warszawiaka nie ma nic nagannego w dzieleniu osób mieszkających i pracujących w stolicy na kategorie. Płacenie podatków w Warszawie to dla nich wyraz odpowiedzialności i troski o wspólne miasto. Tylko, że zaraz za jego granicami kończy się ta wyobrażona miejska wspólnota, a tym samym troska. Ujawnia to ambiwalencję w umacniającej się w ostatnim czasie miejskiej tożsamości, która staje się podłożem nowych ruchów społecznych, uznawanych przez władze Warszawy za coraz bardziej liczącą się siłę. Warszawska podmiotowość, wyrażająca się w świadomym współtworzeniu polityki miasta, uczestnictwie w konsultacjach społecznych czy budżecie partycypacyjnym, przejęta kształtem najbliższej okolicy, ulicy, parku, ich przyjaznością i inkluzywnością, okazuje się mieć także wykluczającą, zamkniętą naturę. Zakłada programową ignorancję dla problemów mniejszych miast, miasteczek i wsi, porzuca myślenie w kategorii oddziaływania metropolii na region, o organicznych związkach między miastem a jego otoczeniem.

Rozwój metropolii to w dużej mierze efekt przymusu ekonomicznego, a nie dobrowolnego wyboru. Przy braku świadomej polityki państwa wielkie miasta rozrastają się ponad miarę – kosztem wyludnienia i degradacji obszarów wiejskich, mniejszych miast i miasteczek. Krytyka tego stanu rzeczy to nie wyraz niechęci wobec „słoików” i próba pozbycia się ich z miasta, tylko konstatacja faktu, że polityka miejska bez szerszej wizji wspólnoty – regionalnej i państwowej – będzie zawsze opierała się na ograniczonym polu widzenia. W tym horyzoncie miasteczko pozbawione miejsc pracy nie jest wyzwaniem – jest dziurą, dla której nie ma nadziei, z której trzeba uciec, by awansować albo by mieć jakiekolwiek zatrudnienie, zaś przybycie do Warszawy, jedyna (poza emigracją) droga wyzwolenia, traktowane jak oczywisty wybór, „jeśli chce się cokolwiek osiągnąć”. Jednak choć w ramach ideologii „brania spraw w swoje ręce” zachęca się do mobilności, możemy często się spotkać z postawą wrogą wobec przyjezdnych, jako tych, którzy zabierają miejsca pracy „warszawiakom z dziada pradziada”, i w dodatku rażą brakiem obycia i odpowiedniej kultury.

Zatem niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z narracją liberalno-asymilacyjną (Warszawa jako metropolia otwarta dla wszystkich, którzy pragną „awansu”) czy antyimigracyjno-autarkiczną („niech słoiki wracają, skąd przyszły”), prowincjonalne obszary kraju (a nawet tak bliskie stolicy, jak mazowieckie miasteczka!) bez większej refleksji skazywane są na coś w rodzaju powolnej agonii. Poza Warszawą, pełną problemów, ale jednak modernizującą się i otwierającą pewne pole wyboru sposobu życia, rozciąga się (z wyjątkiem kilku wielkomiejskich plam) dzika Polska, „chory kraj”, który da się opisać jedynie jako „horror”, „gorszej jakości państwo”, „pustka”, „piekło”, pełne najróżniejszych patologii, od obszczanych dworców, obskurnych blokowisk i brudnych popegeerowskich wiosek po księży pedofilów, przemoc neofaszystowskich kiboli i dzieciobójczynie. Do tego piekła czasem się zstępuje, tylko po to, by skonstatować jego niereformowalność, schroniwszy się z powrotem w bezpiecznych murach kosmopolitycznej metropolii.

A gdyby postawić hipotezę, że ta mieszanina pogardy z obojętnością (za którą idzie brak propozycji zmiany, także po stronie lewicowej) przyczynia się po części do stanu wielu sfer życia społecznego w kraju, na który lubią rytualnie utyskiwać warszawskie elity? Jeśli „Polska to horror”, to być może, drodzy prawdziwi warszawiacy, właśnie go współreżyserujecie? A wytęsknione „społeczeństwo obywatelskie” tworzy się nie z waszym udziałem, lecz – siłą rzeczy – przeciw wam i wbrew wyznawanym przez sporą część z was liberalnym wartościom?

Poparcie dla Karty Warszawiaka pokazało, że zwolenników elitarnych rozwiązań nie brakuje nie tylko po stronie przeciwników referendum, ale także wśród przeciwników rządów Hanny Gronkiewicz-Waltz (tych partyjnych, którzy wsparli jej projekt, i tych spoza polityki głównego nurtu). Mentalność, która powołała do życia Kartę Warszawiaka, a potem kazała wielu spojrzeć na nią z aprobatą, przekracza granice obecnych politycznych podziałów. Karta Warszawiaka to jeden z wielu argumentów za tym, żeby 13 października nie tylko stawić się na referendum, ale również zagłosować przeciw urzędującej pani prezydent i jej wykluczającej polityce. Ale winna ona stać się także punktem wyjścia do rozważań nad problemami o zasięgu szerszym niż tylko warszawski – nad skrajnie nierównomiernym rozwojem kraju i nieobecnością tego zagadnienia w dyskursie.

drukuj

KOMENTARZE

  1. Świetny tekst!
    Gratuluję. W bardzo zgrabnym tekście zawarła Pani wszystko co najważniejsze (moim zdaniem) w tej materii.
    Dodam tylko, że Wa-wa z natury rzeczy jest beneficjentem tego, że jest stolicą – to tutaj w pierwszej kolejności otwierają swoje oddziały/zakłady zagraniczne koncerny. Nie tylko dlatego, że jest większy lokalny rynek zbytu, wbrew temu że koszty pracy, nieruchomości, podatków są większe, ale właśnie dlatego, że to stolica i „tam trzeba być”.
    Druga sprawa związana jest z poruszanym przez Panią poczuciem wspólnoty – moim zdaniem kreowanie wspólnoty „warszawiaków” kosztem wspólnoty narodowej może się obrócić przeciwko animatorom tej pierwszej – czy tak trudno wyobrazić sobie wprowadzenie wyższych cen za bilety, usługi etc. dla mieszkańców Warszawy w innych miastach Polski? Już słyszę ten raban, że dyskryminacja, że ciemnogród…

    pozdrawiam serdecznie
    M.Ś.

  2. @ Jarosław Klebaniuk 12 października 2013 at 21:29

    No dobrze, dobrze, myślę że mało kto ma wątpliwości co do pewnych koneksji towarzyskich, tylko co to ma wspólnego z tekstem?

  3. No i pokazał wynik referendum, szczególnie frekwencja Guziałowskiego Ursynowa – żal. Sama Karta faktycznie wzbudza spore kontrowersje, z drugiej strony logicznym jest to, że ktoś kto płaci podatki w miejscu zamieszkania, może z tego skorzystać. Tyle, że propozycja HGW to naplucie w twarz podatnikom! To nie są TAŃSZE bilety, tylko bilety BEZ PODWYŻEK (a te rok po roku?). Dostęp do sztuki powinien być równy, bo ludzie i tak nie chodzą do teatru czy książek nie czytają (ponad 60% Polaków nie przeczytało ŻADNEJ książki!), komunikacja?! Ktoś jak już jeździ autobusem to już płaci biletem za pensje kierowcy, tabor, drogi i ich naprawa… a miastu oddaje kasę w podatku VAT (kupuje jedzenie, towary – może mniej ich kupuje „słoik”, ale jednak!) – jeśli ktoś dojeżdża mieszkając na stałe powiedzmy w Radomiu to niech płaci podatki w Radomiu, ktoś kto mieszka „na stałe” w stolicy, niech płaci w stolicy! Pomysł mógłby być dobry, gdyby nie uderzał w najsłabszych i miał pozorne ulgi.

  4. To są wymierne korzyści posiadania karty czy nie? W drugim akapicie autorka twierdzi że jedynym benefitem jest należenie do elitarnego grona ,,warszawiaków” aby następie wyliczać jak to biedna kasjerka będzie musiała dorzucić się do biletu.

  5. Przede wszystkim porównujesz ceny obecne z cenami karty, a karta tak naprawdę ma po prostu uniknąć płacącym tu podatki kolejnych podwyżek, które wchodzą dopiero po nowym roku. Czyli różnice cenowe to np. 12zł dla 30dniowego, czy 54zł dla 90dniowego dwustrefowego. Oczywiście to nie są wymarzone obniżki, ale ja sie nie spodziewałam niczego innego. Dobre i to. Po podsumowaniu wszystkich oszczędności w ciągu roku wychodzi konkretna sumka.

    I jasne, gdzie indziej jest o jedną ławkę mniej. I ja w tym nie widzę żadnego problemu, Ci ludzie z mniejszych miasteczek żyją i pracują w Warszawie, to dlaczego mieliby się dokładać do ławeczek w innym mieście? Może i małe miasteczka w końcu by dostały motywację żeby się prężniej rozwijać, a nie liczyć ciągle na to, że ich niewidzialni mieszkańcy będą u nich rozliczać podatki a nie w Warszawie, gdzie pracują.

    Tu nie chodzi o podział, kto zasługuje na dostęp do tańszej kultury a kto nie. Tu chodzi o sprawiedliwość tego, że dokładamy się do miejsca, z którego dóbr korzystasz. Miasto traci. Są tego skutki.

    Poza tym, nikt nie będzie nikogo dzielił, nikt nie będzie patrzył swoim znajomym do portfela czy ktoś ma hologram czy nie. Wszyscy których znam są ponad to. Takie dyskusje to ja tylko w mediach widzę.

  6. ” jasne, gdzie indziej jest o jedną ławkę mniej. I ja w tym nie widzę żadnego problemu, Ci ludzie z mniejszych miasteczek żyją i pracują w Warszawie, to dlaczego mieliby się dokładać do ławeczek w innym mieście?”

    Tamto inne miasto poniosło koszty ich wykształcenia, tamten rejon poniósł koszty ich opieki zdrowotnej, zainwestował w nich – chociażby dlatego.

  7. Pracuję w Warszawie i tak wystarczająco wspieram te miasto. Dlaczego mam być karany ,że nie jestem z Warszawy i jadę tym samym autobusem co rodowici a płacę drożej – absurd. Miasto w którym płace podatki mnie wykształciło i przygotowało na to ,żebym :
    1. Przyjechał do Warszawy – chociaż wolałbym pracować tam gdzie się urodziłem
    2. Zaciągnąć kredyt mieszkaniowy napędzając miejscowy warszawski rynek jeszcze bardziej – płacąc trzy razy więcej niż warte jest mieszkanie.
    3. Przez te 30 lat będę nie miał czasu na własne życie ale co gorsza również zbyt mało czasu dla własnych dzieci, które z czasem mogą wyrosnąć na te warszawskie, które obserwuje w komunikacji miejskiej pozbawione empatii (nie wszystkie)

    Podział na Słoiki i warszawkę o co tu chodzi?
    Ludzie są głupi i mądrzy nie ważne skąd pochodzą ale widać ,że popierając bezmyślnie KW raczej zbliżają się do tej pierwszej grupy.

    1. „Podział na Słoiki i warszawkę o co tu chodzi?”

      Nie wiesz o co? O to by „wielkomiejscy” mogli poczuć się lepsi. Tak ich wychowano, to im wpojono, do takiego „poglądu” bardzo są przywiązani. Chcą by było to jakoś widoczne, choćby poprzez głupi bilet autobusowy. Taż i cała tajemnica.

      Nawiasem mówiąc akurat Warszawy, stolicy Polski, patologia taka dotyczy w stosunkowo małym stopniu w porównaniu z większymi miastami na prowincji (Krakowem, Poznaniem itp.).

    2. Jeszcze do soik (18 grudnia 2013 at 23:42)

      Biadolisz jak za przeproszeniem stara baba. Nie wiem oczywiście, czy dobrze cię zrozumiałem, ale wydaje mi się jakobyś tu „tłumaczył się”. Zapytuję więc – z czego? A nade wszystko – przed kim? Czyżby przed „warszawiakami”? Walnij się człowieku w łeb! Twoje „prawo do Warszawy” jest DOKŁADNIE takie samo jak ich, włącznie z tymi, którzy mieszkają tam od czasów Warsa i Sawy. Rzecz jasna dotyczy to także miast prowincjonalnych (Włocławka, Wrocławia, Kozienic, Leszna, Krakowa, Gorzowa, Parczewa etc.). I oczywiście działa w obie strony – „warszawiacy” mają takie samo „prawo” do Parczewa jak i od dziesięciu pokoleń „parczewiacy” (ach, te polskie kolektywizmy).

      Około tej całej Karty. Podatki płaci się w miejscu zameldowania, koniec kropka, nie ma tu nad czym deliberować.

  8. Ciekawe przemyślenia.
    Ja wyznaję prostą zasadę. 1) ja 2) rodzina 3) sąsiedzi, znajomi, dalsza rodzina 4) np. Warszawa jako „moje” miasto, 5) Polska, 6) Europa (może nawet UE, ale nie w obecnej formie), 7) Ziemia 8) reszta
    Czyli jestem za kartą warszawiaka, przeciw wielu poczynaniom Pani Prezydent.Kolejne wybory niebawem i głosuję na tego co potrafi czytać, pisać i coś więcej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *