Marceli Sommer
idee, naszość

Niezależność jako źródło cierpień

AUTOR

Marceli Sommer

ur. 1988. Członek-założyciel “Nowych Peryferii”. Zwolennik światopoglądowej niekonsekwencji oraz spiskowej teorii dziejów.

W poruszającej lewicowe serca i umysły sprawie listów Tomasza Piątka do reklamodawców współfinansujących tygodnik „Do Rzeczy” oraz pozbawienia tegoż Piątka Tomasza funkcji felietonisty „Dziennika Opinii” trudno mi sympatyzować z którąkolwiek ze stron. Rozumiem oburzenie, jakie wzbudziły uzasadnienia zakończenia współpracy przytoczone przez redakcję Krytyki Politycznej. Tym z czytelników i obserwatorów KP, którzy posiadali jeszcze minimalne wymagania oraz złudzenia co do stopnia uwikłania tej organizacji w struktury panującego systemu, podane przez nią argumenty – zarówno w trybie oficjalnym, jak i prywatnie – ukazały brutalnie zależność od łaski i dobrej woli mniej lub bardziej szemranych sponsorów. Na jaw wyszedł także swoisty cynizm decydentów w ramach Krytyki czy, jak kto woli, polityczny realizm. Wykazali się oni głęboką świadomością historycznej konieczności i tego, że kolektyw kolektywem, wspólne działanie wspólnym działaniem, a postępowe teorie postępowymi teoriami, ale nie wolno zapominać, skąd płynie gotówka na utrzymanie imponującego – na tle naszej niezależnej lewicy – stanu posiadania. Kwestią odrębną i dyskusyjną jest to, czy obawy o utratę finansowania akurat wskutek odwetowych działań polskiej prawicy były jakoś szczególnie uzasadnione. Przerażenie, jakie w redaktorach KP wywołała nawet ta, nieszczególnie przecież groźna akcja podjęta bez błogosławieństwa ciał decyzyjnych ukazała mechanizmy rządzące trzecim sektorem – i zarazem uświadomiła lewicowej opinii, że cała dyskusja o ngo-izacji może dotyczyć także „naszych” organizacji i środowisk zaangażowanych.

Z drugiej strony ciężko mi się zdobyć na żarliwą obronę Tomasza Piątka. Pominę tutaj różne wątpliwości odnoszące się do logiki i spójności – szczególnie w sferze argumentacji, by tak rzec, etycznej – jego ostatnich wypowiedzi w mediach tradycyjnych i społecznościowych; nie do końca przemyślana, impulsywna reakcja jest zrozumiała w sytuacji, w jakiej się znalazł. Działania Piątka, które doprowadziły redakcję KP do podjęcia decyzji o zakończeniu współpracy budzą także i moje zastrzeżenia – choć różne od tych, które sformułowała redakcja. Pisanie listów do reklamodawców to kiepska reakcja na skandaliczny tekst Lisickiego. Przynajmniej jeśli zgodzimy się, że uzależnienie od reklamodawców to jedno z podstawowych źródeł patologii w świecie mediów. Jest to także taktyka, która w szczególnie wyrazisty sposób pokazuje naszą słabość i wystawia na ciosy przeciwnika. Pierwszy błąd to rezygnacja z odwołania się do czytelników „DRz”, która w najlepszym razie sygnalizuje wątpliwości co do siły własnej argumentacji, a w najgorszym – pogardę dla „elektoratu” adwersarza. Na domiar złego działania Piątka nie mają znamion akcji konsumenckiej – nie rzuca on publicznie hasła do pisania maili, ale działa sam, prywatnie, przedstawiając się jako pisarz i członek wpływowego w Polsce – przynajmniej w mniemaniu prawicowej opinii publicznej – środowiska. Taktyka przyjęta przez Piątka przenosi zatem pole konfliktu poza obszar publicznej dyskusji. Odwołując się do reklamodawców prawicowego tygodnika – a więc do arbitralnej władzy podmiotów rynkowych – nie tylko wchodzi on w spięcie z głoszonymi przez lewicę wartościami, ale i staje się w percepcji czytelnika „DRz” sprzymierzeńcem establishmentu. Jeśli chodzi o skutki dla samej wrażej redakcji, to też nie są one zbyt dotkliwe, jeśli weźmiemy pod uwagę, że (w przeciwieństwie do jakiegokolwiek medium niezależnej lewicy) dysponuje ona około setką tysięcy wiernych czytelników (i to oni, a nie opinia pisarza i felietonisty Piątka decydują o wartości jej łamów dla reklamodawcy) – tych samych czytelników, którym Piątek postanowił oszczędzić wysiłku konfrontacji z argumentami. Nie mówiąc już o takim fakcie, że konserwatywne i „niepokorne” media mogą w Polsce liczyć na paru lokalnych sponsorów, których lojalność opiera się nie tylko na względach czysto rynkowych (znowu, chciałoby się dodać, w przeciwieństwie do nas).

Następstwa działań Piątka mają jednak szansę przykuć uwagę publiki do zjawiska jak najbardziej realnego: radykalizacji prawicowych mediów i medialnych autorytetów. Radykalizacja ta ma niestety charakter szkodliwy dla jakości publicznej debaty i dla sensowności politycznego konfliktu w Polsce. Prócz kuriozalnych opinii takich, jak te wychwalające Putina za legislację anty-LGBT (trudno powiedzieć czy po prostu głupich i nieprzemyślanych, czy wygłaszanych z pełną świadomością tego, że chodzi o kraj, w którym – za przyzwoleniem władz – przemoc wobec osób o odmiennej orientacji seksualnej jest na porządku dziennym, zaś prawo „przeciw homoseksualnej propagandzie” stanowi integralną część – krytykowanego na co dzień przez prawicę – rosyjskiego reżimu politycznego), możemy przytoczyć tu coraz częściej stosowane przesunięcia pojęciowe, których przykład stanowić może okładka jednego z ostatnich numerów tygodnika Lisickiego. Widnieje na niej zamaskowana twarz, z której spogląda na nas niezbyt przyjaźnie para krwistoczerwonych oczu – i podpis: „Władzy pomogą lewacy”. Drobniejszą czcionką pod spodem dopisano: „Lewicowi radykałowie będą szkolić polskich prokuratorów”. Tytuł edytoriala Pawła Lisickiego w tym numerze to: „Czerwone brygady nadciągają”. Same te hasła – niezależnie od niepokojącej estetycznej oprawy, w których zostały podane – sprawić potrafią, że czytelnik może poczuć się osaczony. Gdy, poruszeni i zaintrygowani, zajrzymy do środka, okaże się jednak, że czerwone brygady, o których pisze naczelny „DRz” stanowią stowarzyszenia „Otwarta Rzeczpospolita” i „Nigdy Więcej”. Szczególnie druga z wymienionych organizacji cieszy się złą sławą, nie tylko zresztą na prawicy, związaną z dosyć swobodnym i arbitralnym szafowaniem zarzutami o „faszyzm” czy „antysemityzm” w stosunku do nielubianych osób i środowisk, tendencyjnymi i wątpliwymi metodologicznie raportami itp. Obu można zapewne zarzucić pewien rodzaj sekciarstwa, środowiskowe powiązania z liberalnym establishmentem i gotowość do instrumentalizacji walki z ksenofobią w imię doraźnych celów tegoż establishmentu. Ze świecą szukać jednak świadectw ich lewicowego radykalizmu, nie mówiąc już o ciągotkach terrorystycznych. I martwię się trochę, że jeśli w Polsce pojawiłoby się coś na kształt RAF-u albo Czerwonych Brygad – jak mało prawdopodobne by to nie było – to prawicowym dziennikarzom zabraknie na opisanie ich słownictwa.

Można by tę sytuację potraktować jako jednorazowy wybryk dziennikarza, który znany jest z słabego ogarniania niuansów (np. z nieszczęsnego, choć chwytliwego, bo do dziś odgrzewanego dzielnie przez publicystów z prawej strony kotleta pt. niemiecka antifa bije „rekonstruktorów”) oraz ma zapewne z „Otwartą Rzeczpospolitą” i/lub „Nigdy Więcej” osobiste przykrości. Niestety, z podobnie radykalnymi zabiegami językowymi i wizualnymi można było niejednokrotnie w ostatnich latach zetknąć się na łamach tego i innych czasopism oraz w wypowiedziach ustnych ich publicystów. W innym numerze „Do Rzeczy” zaprezentowano na przykład list otwarty w obronie profesora Jasiewicza, w którym jego zwolnienie z PAN przyrównano do „najczarniejszych praktyk terroru komunistycznego skierowanych przeciwko wolności nauki”. Na okładce „W Sieci” braci Karnowskich natknąłem się natomiast na wizerunek premiera Tuska stylizowanego na Che Guevarę z podpisem „Wódz lewicy”. Można by w tym miejscu poubolewać nad tabloidyzacją mediów, gdyby nie wrażenie, że mamy do czynienia z czymś więcej. Można by ponarzekać na braki w wykształceniu redaktorów prawicowych tygodników opinii, gdyby nie silne podejrzenie, że tego typu zabiegów dokonują oni całkowicie świadomie i cynicznie; że są gotowi psuć język debaty dla swoich celów; że gotowi są to czynić, twierdząc jednocześnie, bez zmrużenia powiek, że walczą o prawdę, przeciwko manipulacji, etc. Nasza prawica zawsze miała słabość do wielkich słów, ale jeszcze nigdy nie były one tak odległe od jej rzeczywistych praktyk.

Zjawiska, o których tu mówię świadczą w istocie o zmierzchu pewnej istotnej dla mnie formacji w świecie publicystyki i dziennikarstwa. Formacji tej (dla uproszczenia nazwę ją centroprawicową) osobiście wiele zawdzięczam i twierdzę, że odegrała ona w pierwszych dwóch dekadach III Rzeczypospolitej pozytywną rolę. Dzięki temu, że środowiska prawicowe (choć wówczas niekoniecznie jeszcze tak się określały) przegrały walkę o „pakiet kontrolny” w polityce, mediach i biznesie, a jednocześnie nie całkiem wypadły z gry, nieliczne media, które przypadły im w udziale, miały interes w rzetelnym punktowaniu władzy i szerzej rozumianego establishmentu. Roli tej nie chciały bądź nie mogły odgrywać czy to media publiczne, czy to te, stworzone przez architektów i wykonawców transformacji (z „Gazetą Wyborczą” na czele). To dziennikarzom mediów centroprawicowych zawdzięczamy ujawnienie większości znanych szerszej publiczności afer związanych z transformacją i opisów patologii działania państwa – czy też jego protezy, jaką stanowiła i stanowi w wielu obszarach RP. Nie chcę idealizować „Nowego Państwa”, „Życia”, „Rzeczpospolitej” czy „Dziennika” i publicystów z tych łamów mi znanych: Zaremby, Skwiecińskiego, Zalewskiej czy Reszki. Z dzisiejszej perspektywy widzę u nich „błędy i wypaczenia”, zarówno w działaniu, jak i diagnozach (przede wszystkim w bezkrytycznym podejściu – często wbrew temu, co opisywali – do wielu leseferystycznych przesądów). Prawicowej prasy nie ominęły też odbijające się kacem polityczne sojusze, mniej lub bardziej dyskretne wyborcze zaangażowania czy uwikłania w mechanizmy kapitalizmu politycznego. Zwykle nie odbywało się to jednak kosztem podstawowych standardów językowych i warsztatowych, takich jak oddzielanie informacji od komentarza. Faktem pozostaje również, że przez znaczną część historii III RP to dla tej właśnie centroprawicowej formacji – i bodaj tylko dla niej – państwo i kontrola establishmentu stanowiły priorytet, temat numer jeden. Oddalona nieco od centrów decyzyjnych naszej transformacji pozycja i trzymanie się propaństwowych priorytetów umożliwiły mediom prawicy stanie się nie tylko względnie rzetelnym źródłem informacji o świecie polityki, ale i, niejednokrotnie, przestrzenią najciekawszych, dopuszczających różnorodne głosy dyskusji.

Zmiany, z którymi mamy do czynienia w ostatnich paru latach stanowią zwycięstwo establishmentu i szerzej pojętej logiki systemu nad tak opisanym modelem dziennikarstwa. Można odnieść wrażenie, że redaktorzy „W Sieci” i „Do Rzeczy”, a wcześniej „Uważam Rze” doszli do wniosku, że dużo bardziej opłaca się przyjęcie modelu znanego dotąd – w różnych natężeniach – z „Gazety Wyborczej”, „Polityki”, „Newsweeka”, „Przekroju” czy z drugiej strony z mediów bardziej na prawo: „Gazety Polskiej” czy „Naszego Dziennika”, czyli tworzenie medium tożsamościowego. W tym zaś modelu celem nie jest niestety dziennikarstwo, rozumiane jako pilnowanie władzy, gromadzenie i porządkowanie faktów, prowadzenie śledztw dziennikarskich, pisanie reportaży przybliżających czytelnikowi rzeczywistość bądź analiz tłumaczących mechanizmy dnia codziennego. Nie jest nim także organizowanie pluralistycznej dyskusji na istotne tematy. W tym modelu, który na dobre zapanował w polskich mediach wszystkich barw i odcieni, chodzi o to, żeby powiedzieć swojemu czytelnikowi to, co chce usłyszeć, oszczędzając mu wątpliwości i rozterek albo ograniczając ich ilość do niezbędnego minimum. Jest to więc model, który odpowiada w zasadzie wszystkim – czytelnikom (chyba, że lubią się wysilać, ale to rzadkość, czego dowodzą przecież ponad wszelką wątpliwość regularnie prowadzone przez największe tytuły badania focusowe), wydawcom, bo nie muszą wydawać pieniędzy na kosztochłonne śledztwa, reportaże itp., politykom, bo tak sprofilowane media służą idealnie jako „utwardzacz” elektoratu. Wygląda na to, że odpowiada to też samym dziennikarzom, którzy zbliżając się do wieku emerytalnego mogą ograniczyć wkład pracy i ryzyka (za to zyskują szansę na atrakcyjne stanowiska z nadania politycznego w razie zwycięstwa odpowiedniej ekipy). W tym systemie gromadzenie i przepływ informacji zostają ostatecznie już wyprowadzone poza zasięg wzroku i zainteresowania opinii publicznej, sprywatyzowane do ostateczności. W coraz większym stopniu zajmuje się nimi konglomerat wyspecjalizowanych firm usługowych, wywiadowni, agencji PR-owych i reklamodawców (patrz: afera MDIWprost).

Proces przekształcania się mediów w media tożsamościowe nowego typu dotyczy wszystkich stron spektrum. A jednak w przypadku dawnej centroprawicy razi to bodaj najbardziej, może dlatego, że było najwięcej jakości do stracenia, a może po prostu zwrot jest najbardziej spektakularny. Ze źródła dziennikarstwa względnie rzetelnego, zapewniającego niezależne od establishmentu dopływ informacji i różnorodnych opinii, media prawicy stały się siłą coraz jaśniej zdefiniowanego kontr-establishmentu, nie bojącą się użyć tych samych chwytów, za które potępia swoich przeciwników, zgodną i integralną w przekazie. Do tego dochodzi kontrast pomiędzy manipulacją i psuciem języka, a wciąż podnoszonym postulatem „prawdy w życiu publicznym”, między sutymi pensjami, drogimi samochodami i życiem warszawskiej elity, a „niezależnością”, „niepokornością” i „odwagą” na banerach reklamowych. Momentami można odnieść wrażenie, że Lisicki z Karnowskim tworząc tygodniki opinii postanowili postanowili brać przykład z „NIE”. A że do sprawy zabrali się z dużym zapałem i szybko odnieśli biznesowy sukces, to rozpędzili się do zdumiewających prędkości. Kiedy zaś, po rozmontowaniu „Uważam Rze”, Lisicki z Karnowskimi zaczęli ze sobą konkurować, postanowili chyba na „dzień dobry” pozbyć się w swoich pojazdach hamulców. Zastanawia też, że ta zmiana nastąpiła w momencie bezprecedensowej dla prawicowego dziennikarstwa koniunktury politycznej i bezpieczeństwa kapitałowego – tak, jakby dziennikarscy wyjadacze na nic innego nie czekali przez lata bojów z monopolem „jednej gazety”.

Nie sposób zresztą całkiem wykluczyć, że mylę się imputując architektom opisanych tu zmian cynizm. Być może wbrew wrażeniom z dystansu w redakcjach „Do Rzeczy” czy „W Sieci” rzeczywiście panuje atmosfera totalnego zagrożenia lewackimi bojówkami z „Otwartej Rzeczpospolitej”, co skłaniałoby zresztą do podejrzeń nawet smutniejszych. Tak czy owak z perspektywy czytelnika i obserwatora mechanizmów naszej sceny publicznej najbardziej przygnębiające jest chyba to, że obecny kształt mediów prawicowego mainstreamu jest paradoksalnie zwycięstwem „Wyborczej” zza grobu. Po raz kolejny spełniła się strategia spychania przeciwnika w narożnik i samospełniającej się przepowiedni. Tak, jak kiedyś wielu sensownym ludziom bliskim wartościom lewicy wmówiono, że jeśli popierają lustrację, to czyni ich to prawicowcami, tak dziś okazuje się, że wmawianie centroprawicowym publicystom radykalnych ciągotek, instrumentalizacji języka dla celów propagandowych czy działania na zamówienie polityczne uwikłań zyskuje realne podstawy.

Afera Piątka” konfrontuje nas z kilkoma kwestiami na raz. Po pierwsze, uświadamia problem uwikłania lewicy w struktury systemu (uwikłania zarówno realnego, jak i na poziomie postrzegania przez społeczeństwo): związki z architektami, interesariuszami i beneficjentami transformacji, reprezentowanymi przez „GW” i dawną Unię Demokratyczną czy postkomunistów z jednej strony i z „międzynarodówką liberalnych grantodawców” z drugiej. Po drugie, z radykalizacją prawicowych mediów, która stanowi wyzwanie polityczne, ale też tworzy pewną lukę, jeśli chodzi o rzetelne dziennikarstwo i przestrzenie pluralistycznej debaty. Warto, by lewica starała się tę lukę w miarę swoich możliwości wypełniać, nie poprzestając na publicystyce tożsamościowo-propagandowej. Warto też, żeby dbała o swoją niezależność, bo zależność od możnych i z najlepszych zrobi hochsztaplerów.

drukuj

KOMENTARZE

  1. „Dzięki temu, że środowiska prawicowe (choć wówczas niekoniecznie jeszcze tak się określały) przegrały walkę o „pakiet kontrolny” w polityce, mediach i biznesie”

    Że co? Prawica przegrała kiedyś walkę o „pakiet kontrolny”. po ’89 roku? Naprawdę… ?

  2. ale kontestujesz nomenklaturę (w sensie, że przyjąłem tu, że w polskich realiach określanie Michnika, post-PRL-owskiej nomenklatury, Waltera, Solorza itp. jako prawicy nie ma sensu) czy diagnozę?

  3. Gratulacje – artykul duzo ciekawszy i na wyzszym poziomie niz relacjonowana historia, czy tez jej glowny bohater Piatek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *