Łukasz Bińkowski
Łukasz Bińkowski, polityka

Nieme społeczeństwo. Errata polityczna

AUTOR

Łukasz Bińkowski

urodzony w 1985 r., pochodzi z Raciąża (woj. mazowieckie). Współzałożyciel i redaktor Nowych Peryferii., człowiek marginesu politycznego. Bliskie jest mu zdanie Emila Ciorana o potrzebie stworzenia języka, którego “słowa, niczym pięści, gruchotałyby kości”, nieregularny publicysta.

W poprzednim tekście, zatytułowanym „Nieme społeczeństwo”, odtworzyłem przejawy widmowych gier i zabaw towarzyskich, przykładowe ekscesy ze świata sztuki współczesnej i dziennikarskiego wyrobnictwa, z którymi to moglibyśmy mieć do czynienia idąc na wystawę, kupując gazetę, uczestnicząc w oficjalnym spotkaniu, oglądając dyskusję w telewizji czy bawiąc się z dziećmi na rodzinnym party. Publiczna propaganda płynąca z urzędów i organów władzy oraz odgórna tresura polityczno-kulturowa miesza się prywatną, samoorganizującą się wspólnotą wykluczających i poniżających. Gwarantami sukcesu tej ostatniej są prywatne kariery, finansowy sukces, petryfikacja układów, koneksji rodzinnych i towarzyskich. Narzuca się refleksja, że sztuczność i wyobcowanie walczą w tym świecie o pierwszeństwo z klasową pogardą bądź z pustą zabawą w bieda-folklor. Budowana w ten sposób kultura, podstawa (nie)ładu społeczno-politycznego, opiera się na zwyczajnym przyuczaniu do nienawiści, jaką należy okazywać na co dzień „małemu człowiekowi”.

Tamta fantazja paraliteracka dotyka problemu rzeczywistej pacyfikacji społeczeństwa, która, zaprowadzona systemowo, ma służyć jednowymiarowej modernizacji oraz interesom elit. Trzydzieści lat transformacji pozwoliło na udoskonalenie metod, na ich okrzepnięcie i wmontowanie w rzeczywistość społeczną. Jednym z instrumentów jest hegemonialny ton o brzmieniu lumpenliberalno-indywidualistycznym, który przetacza się przez polityczny dyskurs. Czynności operacyjne trwają nieprzerwanie, praca nad pozbawieniem społeczeństwa woli działania i zdolności do samoobrony, niczym w urzędzie totalitarnego państwa, łączy opętanie z racjonalnym chłodem tabel, wykresów i dokumentów. Pacyfikacja ta ma podwójny charakter. Z jednej strony dotyczy oczywiście sfery medialno – publicznej. W środowiskach niezależnych słowa o propagandzie, zakłamaniu, konformizmie zostały odmienione na wszelkie sposoby i wpasowane w coraz to nowsze dzieła zaangażowanej humanistyki. Media, oficjalne organy publiczne, politycy i opłacani przez nich eksperci mówią zaś o Polsce z pokerowym błyskiem w oku i nastawieniem, że po nich … przyjdą następcy i wychowankowie. Dzięki Bogu, zdają się myśleć dziennikarze, decydenci i inni specjaliści od zarządzania rzeczywistością, nasza praca i starania nie pójdą na marne. Nasi milusińscy i spadkobiercy już czekają, żeby podjąć trud walki o lepszą Polskę. Czekają także wierzyciele, którzy w odpowiednim momencie wystawią rachunek społeczeństwu, a nam lub bliskim prześlą podziękowania za trud pracy na odcinku restauracji kapitalizmu i podnoszenia z kolan upodlenia zacofanej masy ludzkiej, której Bóg lub Historia kazał zająć przeklęty teren na wschód od Odry. Tablice dziękczynne będą przypominały bohaterów walki o „niezbędne reformy”, „nieuniknione zmiany” oraz „przemianę świadomości z roszczeniowej na nowoczesną” (czyt. indywidualistyczno-liberalną).

Ważne jest, żeby narzucić swoją wizję, narrację, hegemonię w obrazach i wyobrażeniach o społeczeństwie, państwie, instytucjach i zwyczajnym życiu. To społeczeństwo spektaklu zmiksowane z kłamliwym zaangażowaniem zawodowych retorów i tabloidowymi pokrzykiwaniami. Ci, którzy są najlepiej opłacani wykrzykują najgłośniej, z największym zaangażowaniem, a im głośniej krzyczą, tym większą możemy mieć pewność, że oszukują szczerze, z przekonaniem i buńczucznie. Im mądrzej, tym głupiej, im jesteś bardziej dorodnym manipulantem, tym łatwiej się odnajdziesz w kapitalistycznej ochlokracji, gdzie istnienie społeczeństwa zostało podważone praktyką reform, określanych zbiorczo terminem „neoliberalizm”. W pewnych sytuacjach ową finezję można zastąpić żarliwą bezczelnością, w końcu to my i nasi koledzy decydujemy o tym, kto jest człowiekiem mądrym i rozsądnym. Czasami wystarczy etykietka „ekspert” bądź „główny ekonomista jakiegośtam banku”.

Tak właśnie spacyfikowana została wspólnota, choć ograniczenie sprawy do złych elit, które nieprzerwanie manipulują, kłamią i kradną, byłoby uproszczeniem. W tym właśnie miejscu przechodzimy do drugiej formy współczesnego zniewolenia. Reżimy polityczne od zawsze starają się sterować społeczeństwami, z większa lub większą skutecznością paraliżują niepokornych, ustanawiają swoją władzę kosztem dobrostanu społecznego. Idzie jednak o to, w jaki sposób wspólnota polityczna potrafi temu przeciwdziałać. Najważniejszym problemem polskiego społeczeństwa staje się całkowita niemalże utrata zdolności do artykułowania już nie tylko własnych potrzeb, postulatów, żądań, ale nawet własnego bólu, złości i cierpienia. Z jego trzewi nie jest w stanie wydobyć się żaden głos sprzeciwu, niezgody, wołanie o pomoc stanowi zbyt duży wysiłek i chyba nie ma nikogo, kto mógłby przyjść z pomocą. Nawet łkanie jest profesjonalnie wyciszone. Widzimy tylko poruszające się bezwładnie ciało, nerwowe, napięcie malujące się na twarzach, puste oczy. W sumie cisza dobrze pasuje do świata, który nikogo nie interesuje, którego niszczenie budzi wzruszenie ramion, który w nikim nie wzbudza nadziei. Tak było od samego początku transformacji ustrojowo-ekonomicznej, ale istniały przynajmniej siły społeczne, które mogły stanowić zagrożenie dla przemian. Robotnicy wielkoprzemysłowi zostali jednak spacyfikowani, rolnicy przyduszeni warunkami ekonomicznymi, innych, chwilowo zdezorientowanych bądź pogodzonych ze zmianami, stanowiących potencjalne źródła oporu rozbito w pył. Dzisiaj wszystko zostało rozpuszczone na mdłą masę, niewiele jest kantów i nierówności, które zamazywałyby obrazek, jakim elity mogą się chwalić na międzynarodowych rautach. Wąż połyka swoją ofiarę z łatwością, trawi w spokoju.

Kilka lat temu Andrzej Mencwel, komentując wypadek samochodowy na Mazowszu, w którym zginęło 18 osób – pracowników sezonowych, opisywał nieme społeczeństwo zajmujące obszar między Bugiem i Odrą: „Jest to mianowicie wiadomość o istnieniu w Polsce szczególnego „trzeciego świata”, który nie jest scenie politycznej znany. Jest to świat ludzi, którzy, aby zarobić na chleb powszedni chwytają się każdej pracy i na każdych warunkach, a raczej bezwarunkowo; nie mają oni żadnych trwałych i znormalizowanych kontraktów, ubezpieczeń, urlopów i leczeń, więc także rent i emerytur; ich płace są minimalne, albo poniżej minimów i nie wchodzą w skale oficjalne; dobijają się tych prac wszelkimi sposobami, mogą więc jechać do nich ubici jak śledzie w beczce, pojazdem, który nie powinien jechać, z kierowcą, który się nie nadaje. Wszystko to odbywa się wewnątrz naszego państwa, lecz właściwie poza nim; wszystko to również wychodzi poza społeczeństwo, choć dzieje się wewnątrz niego. I stawia nam pytanie – gdzie my właściwie jesteśmy? Gdzie jest Polska? – w pierwszym czy w trzecim świecie?”. Oburzenie słuszne i potrzebne, ale jak ponuro brzmią te słowa w dniu dzisiejszym, kiedy reżim polityczny postsolidarnościowych liberałów coraz bezczelniej odbiera społeczeństwu resztki zabezpieczeń społecznych, sankcjonuje wyzysk pracowników, pogłębia nierówności i niepewność jutra. O zanegowaniu takich osiągnięciach cywilizacyjnych jak bezpłatna opieka zdrowotna, ośmiogodzinny dzień pracy, o antydemokratycznej retoryce elit i mediów nie ma co nawet przypominać. Demokracja liberalna w peryferyjnym wydaniu (z kapitalistyczną nadbudową) zaskakuje swoim rozmachem pewnie nawet koryfeuszy transformacji.

Często powtarza się, że rewolucje wybuchają w momentach kiedy społeczeństwa odczuwają poprawę swojej sytuacji, opresja, czy to ekonomiczna, czy polityczna, łagodnieje, a ludzie są w stanie poczuć smak lepszego życia. Kiedy dostrzegają, że inny świat jest możliwy. Być może ta banalna konstatacja wyjaśnia, dlaczego Polska stacza się, jeśli chodzi o życie społeczne, w przestrzenie wyjałowionych pustyń i neokolonializmu. Zwykły człowiek nie jest w stanie wyobrazić sobie w bliskiej perspektywie możliwości jakiejkolwiek poprawy egzystencji. Pozostaje męczące wyszarpywanie codzienności i pogodzenie z losem. Później ten los opiszą nam specjaliści z mediów, reklam, seriali telewizyjnych, w atrakcyjnej formie i bez dłużyzn. Wtedy bieda wyda się nam bardziej znośna. Lenin nie powiesi już kapitalistów na sznurze, który sami mają mu sprzedać. To raczej kapitaliści wydzierżawią nam za cenę rynkową kawałek biedy, na którym będziemy mogli sobie egzystować, bo uznaliśmy to za oczywistość.

Przenikliwy i mądry Józef Mackiewicz w tekście „Ponary – Baza” w ten sposób charakteryzował los szarego człowieka: „Życie ludzkie toczy się w wąskich, obciosanych ramach, obciosanych z trudem, a już podczas wojny większym niźli w okresie pokoju. Żadne bydlę nie potrafi się tak dostosować do warunków, tak obgłaskiwać nawet przez grozę, tak do wszystkiego na świecie się przyzwyczaić, jak — człowiek.” Porażająca w swej prostocie konstatacja pozwala wyjaśnić, dlaczego dzisiaj słowa „pacyfikacja”, „kolonializm”, „zniewolenie” nie można ograniczyć tylko do prasowych relacji z bananowych republik i trzeciego świata. Ale w czym jest problem? – zapyta entuzjasta współczesności, zachłyśnięty szansami, jakie daje normalność „społecznej gospodarki rynkowej”. Przenieśliśmy się przecież w czasy pokoju, grozę wojny, takiej czy innej okupacji, narodowej opresji zamieniliśmy na postępującą depolityzację. Uwierać nas mogą jedynie skromne dramaty zwykłego życia – a i to nie za bardzo. Mamy przecież postęp, rozwój gospodarczy i demokratyzację, które dają nam możliwości, mechanizmy i środki, żeby jakoś tam ułożyć sobie życie.

Wyobraźmy sobie zatem samotną kobietę w średnim wieku, która ze względów zdrowotnych musiała zrezygnować z pracy w wyuczonym zawodzie. Swój czas dzieli pomiędzy pracą w ochronie, dorabianiem jako sprzątaczka i walką z urzędnikami o zamianę mieszkania komunalnego. Otrzymuje w końcu lokal, ale bez ogrzewania (z piecem, który musi na własny koszt wyremontować), bez ubikacji, z nieszczelnymi oknami. Z dużym wysiłkiem przeprowadza remont, bo musi wynająć za własne pieniądze ekipę. Do czasu zakończenia remontu temperatura w mieszkaniu spadała kilkakrotnie do 6 stopni. Firma ochroniarska płaci jej coraz mniej, więc przyjmuje więcej zleceń na sprzątanie mieszkań. W cywilizowanych realiach podstawowym odruchem byłaby solidarność i współczucie a naszą bohaterkę podziwianoby za heroizm. Wzruszająca historia, odpowiedzą cynicy. Bardziej wrażliwi wzruszą ramionami i stwierdzą, że przecież tak muszą żyć wszyscy, każdy ma problemy a w ogóle to nie ma w tym niczego wyjątkowego. Być może nasza bohaterka sama uważa, że uczciwie realizuje zasady gry, które wymyślił ktoś potężniejszy i trudny od określenia, nie oczekuje zatem pomocy czy wsparcia.

Obowiązująca w dzisiejszych czasach linearna wizja społecznego postępu, gdzie ostatecznym punktem dojścia staje się współczesna liberalna demokracja (utrzymywana przez rynki finansowe), burżuazyjne państwo prawa i zatomizowana horda konsumentów, skazuje człowieka na samotność w klatce z dzikimi zwierzętami, czytaj: pozostawia go samemu sobie. Zarazem człowiek ten z rosnącą niechęcią patrzy na innych, którzy stają się największymi wrogami, mimo że podlegają temu samemu wyzyskowi. W telewizji ciągle słyszy o nierobach, roszczeniowcach, a skoro on sam tyle pracuje i żyje w niedostatku, to zaczyna kątem oka patrzeć na sąsiada-związkowca, który jeździ na manifestacje, znajomą, która walczy z administracją o remont swojego mieszkania komunalnego. Ślady wpływu liberalnej ideologii i kapitalistycznej praktyki pod patronatem panów prezesów, oligarchów czy bankierów zostały skutecznie zatarte w społecznej świadomości.

Życie „małego człowieka” odbywa się właśnie w wąskich, obciosanych z trudem ramach, coraz bardziej uwierających i klaustrofobicznych. Wyciosywanych bez wielkich nadziei i w coraz większej samotności. Zarazem walka o lepsze warunki życia, pracy, o sprawiedliwy system ekonomiczny, jakakolwiek próba oporu – traktowane są jako coś absurdalnego. Miękki przymus dostosowywania się i spolegliwego przyjmowania coraz gorszych warunków, jakie oferuje nam rzeczywistość, w świecie, gdzie ma być przecież łatwiej, szybciej, bez problemów i bardziej kolorowo, paraliżuje wolę działania. Normalnością staje się pogodzenie, bierne uczestnictwo, uznanie powyższych realiów za coś w rodzaju dopustu bożego. Własne niepowodzenia, niedostatek należy traktować jako sprawiedliwy wyrok, wydany w zgodzie z obowiązującym prawem i zasadami współżycia społecznego. Trudno jest zrozumieć, że zapada on gdzieś w podziemiach szulerni.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *