Aleksandra Bilewicz, idee

Państwo niedomiasto, czyli o prawie do wsi

AUTOR

Aleksandra Bilewicz

Zawodowo socjolożka, pracuje na Uniwersytecie Warszawskim. Naukowo interesuje się historią i socjologią spółdzielczości, antropologią ekonomiczną, socjologią wsi. Stara się oddzielać pracę naukową od publicystyki, co nie zawsze do końca się udaje. Trochę postępowa, trochę konserwatywna.

Skoro istnieje już – jako usankcjonowany przez głośne ruchy społeczne postulat „prawa do miasta”, może zacznijmy mówić także o prawie do wsi? O prawie do ziemi rolnej i tradycyjnych sposobów jej kultywowania, a także o prawie do instytucji publicznych na wsi – szkół, ośrodków zdrowia, domów kultury, bibliotek, świetlic. O prawie do infrastruktury – połączeń autobusowych i kolejowych, przystanków w dobrym stanie, chodników przy najbardziej ruchliwych szosach, a także do czystego środowiska wokół, o dostępnych dla wszystkich lasach? Prawo do wsi – na razie brzmi to dziwnie, może nawet trochę absurdalnie, ale właściwie dlaczego?

Zaczęłam o tym wszystkim myśleć wracając z Mazur, kiedy w Działdowie wsiadam do pociągu Kolei Mazowieckich. To miasto graniczne – za chwilę, może jeszcze za Iłowem, kończą się falujące zbożem pagórki, aleje wysadzane starymi lipami i murowane domy kryte dachówką. Granicę Mazowsza można rozpoznać od razu: robi się płasko, drzewa rzadsze i niższe, jakby karłowate, no i te miejscowości, te domy, chaotyczne, nieotynkowane albo pomalowane na krzyczące kolory, w większości pozbawione jakiegokolwiek stylu czy nawiązania do lokalnej tradycji „klocki” albo amorficzne, wielodachowe konstrukcje, okolone przypominającymi więzienne betonowymi ogrodzeniami. W przeciwieństwie – do nieraz zasmucających obrazem biedy, ale w jakimś sensie wyraźnych, określonych (pomimo częściowego statusu „ziem odzyskanych”, pomimo wypędzeń i przesiedleń i wszystkich innych zawirowań) – terenów wiejskich Warmii i Mazur, wieś mazowiecka zdaje się być pozbawiona poczucia odrębności, może i tożsamości, a widać to tym wyraźniej, im bardziej pociąg zbliża się do Stolicy, regionem, w którym – zdawałoby się – nie pozostało nic oprócz kulawej wersji technokratycznej racjonalności.

Przyczyny tego stanu rzeczy w dużej mierze tkwią prawdopodobnie w geografii i historii, a jego diagnoza nie sprowadza się do kwestii estetycznych. Mazowsze, z jego lichymi glebami, zawsze było biedne, chłopi uciekali stąd na północ – m.in. stąd wzięli się Mazurzy. Na piaszczystych, przepuszczalnych glebach lasy rosną liche i niskie, trudno tu o wybujałą przyrodę i bogate plony. Tutejsza drewniana architektura stała się symbolem biedy, każdy, kto się jakoś dorobi, woli radykalnie z nią zerwać i postawić budynek, który w jego mniemaniu przypomina miejską, kilkupiętrową willę. Jest jednak coś, co pogłębia ten – z pewnością zrodzony z głęboko zakorzenionej biedy i poczucia beznadziei – stan swoistego braku uznania lokalności, a może nawet anomii. To bliskość Warszawy – nie tylko powodowana przez nią swoistą implozja, ale i ambiwalentne promieniowanie, które sięga daleko poza granice metropolii. Od razu pomyślałam o pewnej bliskiej mi wsi, nazwijmy ją R.

Wieś R jest położona w pobliżu miasteczka Łochów na wschodnim Mazowszu. Moja rodzina jeździ tu od 1988 roku na wakacje, więc pierwszy raz odwiedziłam to miejsce w wieku lat czterech i odtąd bywam tam kilka razy w roku. Mój ogląd życia wiejskiego dokonuje się zatem z pozycji miastowej, działkowiczki, nieco wyobcowanej obserwatorki, nie mającej wglądu w to, co się dzieje we wnętrzach domów i w najbardziej prywatnych rozmowach. Niemniej jednak 20 lat takiej obserwacji daje, jak mniemam, pewien obraz lokalnej rzeczywistości.

W R. mało kto już jest rolnikiem. Albo pracuje się w Warszawie, albo się pije. Kiedyś piło się w „Barze uniwersalnym karczma” na jednym końcu wsi, teraz w byłym sklepie GS-u który głównie reklamuje się sprzedażą alkoholu – na drugim końcu. Autobusy prywatnych linii kursujące do miejscowości R. (PKS-ów prawie już nie ma, przystanek w ruinie, ruchliwą szosą pozbawioną chodnika jeżdżą głównie rozpędzone TIR-y) są dostosowane do godzin pracy tutejszych mieszkańców w Warszawie: obejmują oni posady salowych, ochroniarzy, cieciów i spędzają w podróży codziennie ok. 3 godzin.

Bliskość Warszawy i uzależnienie od niej pozbawionych tradycyjnego zajęcia mieszkańców R. powoduje, że miejscowość stała się niejako przedłużeniem, imitacją miasta, jego skarlałą, wybrakowaną wersją. Tradycyjna funkcja wsi zamiera, na piaszczystych ziemiach w obliczu przemożnej konkurencji coraz mniej opłaca się produkować, mieszkańcy przywożą z Warszawy jakieś nowe wzorce, ale, jak mi się zdaje, przede wszystkim przeświadczenie o własnej podrzędności, niedostosowaniu, gorszości. I w tym planie – w odniesieniu do miasta – wieś R. staje się rzeczywiście miejscem drugiej kategorii. Przestając być wsią, staje się swoistym „niedomieściem”, w którym ludzie starają się budować, żyć i spędzać czas na sposób niewiejski, ale brakuje im do tego, oprócz, rzecz jasna, zasobów finansowych, instytucji i infrastruktury, chociażby życia kulturalnego. Ze smutkiem dowiedziałam się, że szkoła podstawowa w R. – mieszcząca się w niskim, otynkowanym drewnianym domu z kaflowymi piecami, z mieszkaniami dla nauczycieli obok – zostanie zlikwidowana, a w jej budynku… osiedli się osoby eksmitowane w ramach powszechnej ostatnio praktyki ich gettoizacji. Ostatnim miejscem publicznym pozostanie zatem sklep „spożywczo-monopolowy” i piaszczysty placyk przed tymże oraz rzeczna tama, gdzie po skonsumowaniu towarów nabytych w sklepie miejscowa młodzież płci męskiej wrzuca piszczące dziewczyny do wody.

Wieś, ofiara socjologów i ekonomistów

Wydaje się, że sytuacja wsi (której swoistą forpocztą, moim zdaniem, jest los miejscowości położonych blisko Warszawy) jest następstwem swego rodzaju samospełniającej się przepowiedni i, wbrew uproszczonej marksistowskiej wizji świata, potęgi przemożnego „dyskursu” na jej temat (który jest jednak elementem szerszego mechanizmu transformacji, charakterystycznego dla krajów peryferyjnych i w gruncie rzeczy stanowi element ekspresji splotu ekonomicznych interesów lokalnych elit, i międzynarodowych korporacji – dlatego też nie zamierzam porzucać tezy o materialistycznym w istocie podłożu tych przemian). Dyskurs ten głosi, że wieś jest ostoją zacofania ekonomicznego i obyczajowego, że jej mieszkańcy są „hamulcowymi modernizacji”, a tradycyjne gospodarowanie jest nieracjonalne i nieefektywne. Należy zatem dążyć do dalszego ograniczenia zatrudnienia w rolnictwie (dziś odsetek ten wynosi już tylko 13%), zmodernizowania wsi poprzez jej całkowite urynkowienie (chłop ma stać się przedsiębiorcą), maksymalną koncentrację i specjalizację gospodarstw. Jednym słowem – ideałem wydaje się być wielkoobszarowe, zdominowane przez monokultury, zmechanizowane i oparte na nasionach modyfikowanych genetycznie przemysłowe rolnictwo Stanów Zjednoczonych (a także, przynajmniej w pewnej mierze, Europy zachodniej) – taki obraz wyłania się z wypowiedzi nie tylko polityków, ale również ekspertów związanych z instytucjami naukowymi zajmującymi się rolnictwem.1 W skrajnych przypadkach dyskurs o wsi przybiera wręcz charakter eliminacyjny (Jeremi Mordasewicz raczył na przykład stwierdzić, że w Polsce „jest za dużo miasteczek i wsi”).

Socjolożka wsi Izabella Bukraba-Rylska doszukuje się korzeni deprecjonowania wsi w polityce, jaką przyjęły komunistyczne władze po drugiej wojnie światowej, charakteryzującej się „(…), negacją wiejskiego porządku życia i propagowaniem stylu miejskiego. Pod taką presją następowała erozja kultury ludowej, a działania ludności wiejskiej dążącej do «awansu» społecznego Cz. Hernas określał jako «samowydziedziczanie się kulturowe»”2. Dodaje także: „Zasadniczemu obniżeniu uległ prestiż zawodu rolnika, a praca w indywidualnym gospodarstwie rodzinnym stała się synonimem ciemnoty, prymitywizmu i niesprawiedliwości społecznej”.3

W dyskursie potransformacyjnym ta sama praca okazuje się być deprecjonowana już nie jako niesprawiedliwa społecznie, lecz jako nieefektywna, skłaniająca do „roszczeniowości” i pasożytowania na państwie („Najpełniej bodaj stosunek środowisk naukowych i elit politycznych do wsi (a zwłaszcza do rolników) zdaje się ujmować złowroga metafora «balastu»”, pisała w 2002 roku Bukraba-Rylska4). Kilka lat później autorka analizowała głębiej postawy ekspertów, zwłaszcza socjologów, dla których postrzeganie wsi wiązało się ściśle z zalecaniem całego zestawu niezbędnych, ich zdaniem, przemian: „Warto przy tym zauważyć, że skutkiem takich założeń rola wyznaczona polskiemu społeczeństwu przez badaczy nie przewiduje nic więcej nad działania przystosowawcze; nie dopuszcza bowiem ewentualności, by to ono samo miało formułować wizje pożądanej przyszłości (…). (Założenia te odzwierciedla stosowany przez socjologów język: polskie społeczeństwo „podlega” zmianom, „nadąża” lub nie – za zmianami, ma „dogonić” kraje rozwinięte, „dostosować” się do nich, nadrobić dystans, zmniejszyć opóźnienie)”5. Zdaniem Bukraby-Rylskiej polscy socjologowie mają do wsi stosunek „szczególnie nieprzejednany i nieprzychylny”6.

Po 11 latach zdaje się, że ten sposób myślenia i mówienia jeszcze się umocnił. Przybiera może nieco inne formy – wprowadzono elementy nowomowy programów unijnych (innowacyjna gospodarka oparta na wiedzy, itp.) i frazeologię ekspertów ekonomicznych reprezentujących interesy przedsiębiorców. Jako ekstremalny przykład przytoczę znów jedną z wypowiedzi Jeremiego Mordasewicza, której treść jest na tyle symptomatyczna, że mimo obszerności warta jest zacytowania w całości (fragmenty wypowiedzi zostały podkreślone przeze mnie):

Na dziesięć polityk społecznych, które prowadzi państwo, jedną z najpoważniejszych jest ta dotycząca wsi. Uważamy, że państwo nie powinno wspomagać biednych mieszkańców wsi, transferując do nich pieniądze z KRUS, dotacji unijnych i innych. W ten sposób transferujemy do wsi ponad 40 miliardów rocznie. Jest to transfer pieniędzy wypracowanych w wyżej produktywnych sektorach gospodarki do najniżej produktywnego sektora, który zatrudnia w tej chwili 13.5 % ludności, wytwarzając niecałe 4% produktu krajowego. Ta polityka spowodowała, że proces przechodzenia ze wsi do miast został spowolniony a konsolidacja gospodarstw rolnych się zatrzymała. Są one nadmiernie rozproszone i nie mogą być efektywne. (…). A wyobraźmy sobie, że część tych środków wykorzystujemy inaczej. Na edukację młodzieży wiejskiej, żeby mogła znaleźć pracę poza rolnictwem. Myśmy mieli problem, żeby znaleźć w Ostródzie 150 młodych ludzi, którzy mogliby pracować. Po szkołach rolniczych i lokalnych musieliśmy ich uczyć przez dwa lata, ponosząc koszty, żeby móc ich zatrudnić na normalnych stanowiskach pracy. Powinniśmy zamiast przeznaczać środki na gospodarstwa rolne, przeznaczyć je na transfer części ludzi ze wsi i małych miasteczek do dużych aglomeracji miejskich, gdzie są inwestorzy oraz praca dla nich7.

Właściwą polityką wobec wsi, zdaniem tego „eksperta”, jest już właściwie tylko „transfer ludzi” do miast, gdzie staną się siłą roboczą możliwą do wykorzystania przez „bardziej produktywny” sektor gospodarki. Sama chęć podjęcia pracy w rolnictwie staje się zaś patologią – nie jest ono już „normalnym stanowiskiem pracy”. Ten sposób patrzenia na wieś, obecny w mediach, w wypowiedziach szanowanych komentatorów, w końcu, niemal mechanicznie, musi zostać zinternalizowany, nawet przez samych mieszkańców wsi lub osób z wiejskimi korzeniami, które osiedliły się w mieście. Jeśli rolnictwo jest traktowane jako relikt i balast, trudno wybrać je jako drogę życia i samorealizacji, a jeśli już na wsi się pozostaje, zamienia się ona w zakompleksione niedomieście, co zostaje przypieczętowane likwidacyjną polityką rządu wobec wiejskiej infrastruktury.

Odpowiedź na taki splot przekonań na temat wsi jest w jakimś sensie tragiczna (bo tak trudna do zaakceptowania) w swojej prostocie: tak nie musi być. Tak nie było i tak jeszcze w wielu miejscach nie jest, w dużej mierze, dzięki tej przysłowiowej „inercji” i „bierności” wsi, która wciąż jeszcze uparcie zachowuje elementy swojej odwiecznej struktury. Praca rolnika nie może być mierzona w kategoriach efektywności i opłacalności, bo żywność nie jest zwykłym towarem – jej produkcja oraz zapewnienie ciągłości i jakości tejże powinna podlegać szczególnej ochronie i wsparciu ze strony państwa. Szczególna społeczna rola żywności odbijała się w kulturowo przypisywanych jej znaczeniach, co sprawiało, że nie traktowano jej (i wciąż w wielu kontekstach nie traktuje się jej) jak zwykłego towaru. Wielokrotnie pisali o tym antropologowie, np. Marshall Sahlins, który stwierdził: Żywność posiada bowiem specyficzny, społeczny charakter. Jest ona niejako życiodajnym, zasadniczym i powszechnym symbolem ogniska domowego czy nawet matki. Żywność jest tym artykułem, którym się łatwiej, czy to z ochoty, czy to z konieczności, dzielić. W przeciwieństwie do niej np. ubrania czy ozdoby są przedmiotem wymiany zrównoważonej. Bezpośrednia i ekwiwalentna wymiana żywności jest czymś niewyobrażalnym wśród ludów pierwotnych.8

Zdaje się, że chociażby instynkt samozachowawczy nakazuje zachowanie tego szczególnego podejścia do żywności, konserwowanego w wielu współczesnych obyczajach. Zostało udowodnione, że wielkoobszarowe i zchemicyzowane rolnictwo jest szkodliwe zarówno dla środowiska, jak i, w wielu wymiarach, niekorzystne dla społeczeństwa. Nastawione na krótkoterminowy zysk, powoduje erozję gleby, redukcję bioróżnorodności, wymaga stosowania coraz większych środków chemicznych, i w efekcie nie jest wcale bardziej produktywne. Nie zapewnia także, wbrew bałamutnym zapewnieniom, ochrony przed głodem. Powoduje jedynie nadprodukcję żywności w krajach zachodu, gdzie około połowa nabywanej żywności jest marnowana i pod kątem których agrokorporacje wykorzystują służące niegdyś lokalnym społecznościom tereny rolnicze w krajach globalnego południa9. Nawet maksymalnie uprzemysłowione rolnictwo nie jest zdolne do konkurencji z innymi sektorami gospodarki. Rynek zmusza rolników do ciągłego zwiększania podaży żywności i obniżania kosztów jej produkcji, przez co jej ceny stale spadają. Odroczony w czasie efekt podejmowania decyzji w rolnictwie powoduje, że i tak nie są oni w stanie „dopasować się” do wymagań konsumenta z należytym „refleksem”. Dopłaty do rolnictwa, na które pomstował Mordasewicz, są próbą wyrównania jego „zacofania” w stosunku do innych sektorów gospodarki, jednak nawet po ich uwzględnieniu, w obecnym systemie ekonomicznym należy ono zawsze do najmniej opłacalnych jej gałęzi10.

Niszcząc tradycyjną tkankę rolniczą w imię ułudy modernizacji, niszczymy także zdolność ludzi do zapewnienia sobie samym (skromnego, rzecz jasna) pożywienia i utrzymania (w czasach największego kryzysu posiadanie własnego kawałka ziemi, chociażby w postaci daczy za miastem, nieraz chroniło przed głodem). Zamiast wpychać wieś w zuniwersalizowany schemat modernizacji pod dyktat żądnych jedynie zysku – a nie harmonijnego rozwoju – przedsiębiorców, należałoby uznać wieś z jej krajobrazem, architekturą, regionalizmami i zdolnością produkcji dobrej jakości żywności za szczególną wartość godną ochrony (nie oznacza to: braku rozwoju i jakichkolwiek zmian). Potrzebę tej ochrony uznać winni nie tylko sami rolnicy czy osoby lubiące spędzać czas czy wypoczywać na wsi, ale także te, które chcą mieć dostęp do lokalnie wyprodukowanej, produkowanej tradycyjnie lub ekologicznej żywności dobrej jakości, która nie powstaje w ogromnych, „skonsolidowanych” gospodarstwach. Takich środowisk jest coraz więcej – zdrowa żywność „od rolnika” stała się wręcz częścią stylu życia wielkomiejskiej klasy średniej, zainteresowanej ruchem slow food czy stanowiącej klientelę organicznych bazarów i targów produktów lokalnych, w mniej zaś elitarnej wersji – członków i członkiń kooperatyw spożywczych czy RWS-u – programu „Rolnictwo Wspierane przez Społeczność”. Decyzje konsumenckie są w tym wypadku ważne i wartościowe, ale muszą one być poparte zmianą wielkoskalowej polityki, zmianą niemożliwą bez modyfikacji naszego spojrzenia na wieś, zdominowanego przez technokratyczno-wolnorynkowy dyskurs. Punktem wyjścia nowej polityki powinno być uznanie, że wieś oparta na produkcji rolnej w niewielkich gospodarstwach rodzinnych, dostarczająca wysokiej jakości żywności na jak najbardziej lokalne rynki (także żywności ekologicznej, choć niekoniecznie z europejskim certyfikatem, którego zdobycie wymaga dużych nakładów czasowych i finansowych) jest sama w sobie wartością, a nie po prostu segmentem gospodarki, jak każdy inny. Przeliczanie funkcjonowania tego delikatnego systemu na PKB mija się z celem. Wartością samą w sobie jest także krajobraz, powietrze, elementy tradycyjnej architektury i kultury regionalnej. Taki pogląd od lat zdobywa coraz więcej zwolenników w Europie Zachodniej (np. europejscy zieloni walczyli niedawno o reformę Wspólnej Polityki Rolnej, m.in. żądając wyrównania dopłat dla rolników z Polski; był to też jeden z oficjalnych celów polskiej prezydencji w Radzie Europy, oczywiście nie osiągnięty). Rzecz jasna, nie tylko o dopłaty tu chodzi (a sposób ich przyznawania zapewne trzeba by zreformować – odsyłam tu do bardziej szczegółowych analiz (np. tu). Polityka oparta na szacunku dla pewnych elementów wiejskiej tradycji i na uznaniu, że lokalna, zrównoważona i zróżnicowana produkcja rolna jest niezbędnym elementem bezpieczeństwa żywnościowego powinna mieć szczególne znaczenie w kraju historycznie wybitnie chłopskim, w którym na wsi mieszka wciąż relatywnie duża część ludności, a populacja miast to w ogromnej większości osoby o wiejskich korzeniach. Jest to jeszcze jeden aspekt życia społecznego, który można by zamienić w atut i element dumy, zamiast w ramach peryferyjno-imitacyjnej mentalności deprecjonować wszystko, co wiejskie.

Nie twierdzę, że młodzi (czy starsi), którzy nie chcą zostać na wsi, nie mają prawa do awansu i swobodnego wyboru miejskiego stylu życia. Twierdzę jednak, że wieś ma prawo do istnienia i bycia czymś więcej niż niedomieściem. Potrzebujemy jej także my, mieszkający w mieście, może nawet szczególnie.

Skoro istnieje już – jako usankcjonowany przez głośne ruchy społeczne postulat „prawa do miasta”, może zacznijmy mówić także o prawie do wsi? O prawie do ziemi rolnej i tradycyjnych sposobów jej kultywowania, a także o prawie do instytucji publicznych na wsi – szkół, ośrodków zdrowia, domów kultury, bibliotek, świetlic. O prawie do infrastruktury – połączeń autobusowych i kolejowych, przystanków w dobrym stanie, chodników przy najbardziej ruchliwych szosach, a także do czystego środowiska wokół, o dostępnych dla wszystkich lasach? Prawo do wsi – na razie brzmi to dziwnie, może nawet trochę absurdalnie, ale właściwie dlaczego?

Postępowa tradycja

Aby uzbroić się w broń intelektualną przeciwko argumentom z gatunku tych, które padły w przytoczonej powyżej wypowiedzi Jeremiego Mordasewicza, warto sięgnąć do polskiej tradycji postępowego myślenia o wsi. Postępowego, lecz uwzględniającego wiejskie potrzeby i uwarunkowania. Projekty takie powstawały w kręgach radykalnej młodzieży wiejskiej, skupionej wokół lewicujących pism „Siewba” czy „Zaranie”, wyrażały się w myśli agrarysty Stanisława Miłkowskiego11 i innych. Szczególnie warte przypomnienia wydają mi się koncepcje inż. Zygmunta Chmielewskiego, zmarłego w 1939 roku działacza spółdzielczego, ministra rolnictwa w 1919 roku.

Chmielewski opowiadał się za rozwojem wsi opierającym się na indywidualnej własności ziemi (co wymagało parcelacji gruntów obszarniczych powyżej 50 hektarów, w niektórych regionach – powyżej 20 hektarów ) i struktury indywidualnych gospodarstw, ale i na daleko idącym uspółdzielczeniu rolnictwa, polegającego na rozwoju tzw. spółdzielni gospodarskich skupiających w sobie funkcje spółdzielni spożywczych (także dostarczających narzędzi rolniczych), spółdzielni zbytu, ale i elementów wspólnej (całkowicie dobrowolnej) produkcji polegającej na planowemu rozdzielaniu zadań na poszczególne gospodarstwa przez demokratycznie wybrane władze w porozumieniu z Powiatową Izbą Rolniczą. Koncepcje te przedstawił w pracy „Przyszły ustrój gospodarczy wsi w Rzeczpospolitej Polskiej” z 1938 roku. W pracy tej czytamy, że (…) przyszły ustrój wsi powinien być oparty na pomocy sąsiedzkiej i spółdziałaniu sąsiedzkim: w nich powinna być zbudowana główna podstawa pomyślnej przyszłości (…). Pomyślność wsi opierać się będzie nie tylko na powiększeniu ogólnego obszaru drobnorolniczego i na ułatwieniu wzmożonej produkcji, ale i – nawet w pierwszej linii – na ciągłym podnoszeniu się wzwyż człowieka, pracownika wsi. (…). Fundamentem przyszłego ustroju będzie jak najszersze spółdziałanie gospodarzy, umiejętna spólnota pracy przy zachowaniu osobistej własności12. Chmielewski przeciwstawiał swoje koncepcje rozwoju wsi radzieckim kołchozom. Ta przyszłość powinna być budowana nie na ślepym naśladownictwie wzorów ze wschodu lub zachodu, lecz na podstawie ścisłej świadomości nam właściwych linii rozwojowych, przy wykorzystaniu jedynie zdobyczy technicznych, osiągniętych przez inne narody – twierdził13.

Chmielewski był także aktywnym działaczem spółdzielczości mleczarskiej na wsi, wówczas bardzo intensywnie się rozwijającej (warto w tym momencie przypomnieć, że najwięcej spółdzielni, w tym największy odsetek spółdzielni spożywczych w okresie międzywojennym znajdowało się na wsi). Dziś funkcjonuje mit oporności wsi wobec tego, co wspólnotowe, oparty głównie na sprzeciwie chłopów wobec kolektywizacji w czasach PRL. Mieliśmy jednak wówczas do czynienia z próbami reformy odgórnej i przymusowej, nie uwzględniającej lokalnej specyfiki i tradycji.

Także i obecnie brakuje myślenia, które łączyłoby szacunek dla tradycji wiejskiej z dążeniem do rozwoju i pobudzania tego, co we współczesnym języku nazwalibyśmy oddolną, lokalną aktywnością na rzecz wspólnoty.

Do tradycji postępowych wiejskich projektów dodać należałoby polską tradycję badawczą dotyczącą obszarów wiejskich, dziś poważaną i kontynuowaną przez nielicznych. Należą do niej klasyczne opracowania z tej dziedziny, począwszy od słynnej monografii wsi Żmiąca autorstwa Franciszka Bujaka czy „Dróg postępu chłopa polskiego” Wiktora Bronikowskiego.

Samotność Żurawlowów

Czy wieś polska, wieś w kraju, któremu zaaplikowano w procesie transformacji imitacyjną wersję liberalnego kapitalizmu, skazana jest na nędzną egzystencję niedomiasta – nie przedmieścia nawet, lecz negującej samą siebie przestrzeni wiecznej aspiracji, zracjonalizowanego i bezosobowego miejsca „produkcji rolnej”?

W żadnym wypadku nie twierdzę, że wieś „tradycyjna” (to oczywiście konstrukt, który domaga się wyraźnej definicji i uwzględnienia racjonalnych niuansów) była pełną ładu i estetyki sielanką, w której każdy znał swoje miejsce i zajęcie, więc wszyscy byli szczęśliwi. Nie neguję historii nędzy i nierówności, analfabetyzmu, warunków, w jakich wieś funkcjonowała (choć to raczej wynik wielowiekowego ucisku szlacheckiego) ani przemocy i nierówności, generowanych przez tradycyjny wiejski system wartości. Nowa, konserwatywno-postępowa wizja wsi wymaga pewnie bardziej rewolucyjnych przemian, większego wysiłku i „elastyczności” niż ta obecna, wolnorynkowo-modernizacyjno-urbanizacyjna. Wymaga wyważenia i swoistego kompromisu między tym, co wciąż dobroczynne i „zrównoważone” (lepiej funkcjonowałoby w tym kontekście angielskie określenie sustainable) w konserwatyzmie polskiej wsi (elementy produkcji na własny użytek, małe, rodzinne gospodarstwa, zachowanie bioróżnorodności, pielęgnacja elementów lokalnej tożsamości i tradycji) a niezbędnymi zmianami (które nieraz znów oznaczają w gruncie rzeczy konserwatyzm, na przykład zamiast likwidacji szkoły w małej miejscowości, wręcz przeciwnie – włożenie nowych nakładów w wiejskie instytucje kulturalne i oświatowe).

Do zmiany polityki potrzebna jest przede wszystkim zmiana świadomości samych mieszkańców i mieszkanek wsi, prowadzącaj do odbudowania pozytywnego wizerunku pracy na roli i innych zajęć wiejskich. Nie uda się to jednak bez zmiany spojrzenia opiniotwórczych elit, które często bezwiednie tkwią w modernizacyjno-wolnorynkowym schemacie postrzegania rolnictwa, czasem niezależnie od osobistego umiłowania „prawdziwych” warzyw i regionalnych produktów czy potrzeby wytchnienia od czasu do czasu w wiejskim krajobrazie – nieco innym niż pole kukurydzy wielkości połowy województwa urozmaicone wielkimi, przemysłowymi fermami zwierząt. Dziś jeszcze wciąż na problemy polskiej wsi zwracają uwagę przede wszystkim badacze, publicyści czy dokumentaliści z zagranicy. Na przykład twórczyni filmu „Pig Business”, Amerykanka Tracy Worcester ujawniła korupcyjną genezę rozwoju przemysłowego chowu świń w Polsce w latach 90-tych (m.in. sprzedaż za bezcen koncernowi Smithfield państwowej firmy Animex, zaraz po jej gruntownej modernizacji) i negatywne skutki, jakie wywarł on na rolnictwo i środowisko naturalne.

Obecnie koronnym przykładem désintéressement naszych mediów i elit dla problemów spoza wielkich miast jest trwający obecnie drugi miesiąc protest mieszkańców Żurawlowa i okolic, starających sprzeciwić się odwiertom przeprowadzanym w poszukiwaniu gazu łupkowego przez koncern Chevron na terenie ich gminy (legalność licencji firmy Chevron na tę, zagrażającą wodzie pitnej, żyznym terenom rolnym i środowisku naturalnemu działalność jest przez protestujących kwestionowana). Protest wywołał poruszenie na całym świecie (pikietę solidarnościową urządzono w Bukareszcie, znany francuski polityk José Bové wysłał list poparcia dla Żurawlowian, ostatnio do premiera Tuska list w tej sprawie wystosowało pięcioro europosłów i posłanek), znalazł jednak nikły oddźwięk w polskich mediach i do dziś nie doczekał się reakcji żadnej siły politycznej, z wyjątkiem Zielonych 2004 (partia wydała oświadczenie popierające protest). Podczas kilkudziesięcioosobowej solidarnościowej pikiety w Warszawie 15 lipca ze strony ministra środowiska nie padła żadna deklaracja. Jedynie na spotkaniu z podsekretarzem stanu w Ministerstwie Rolnictwa Tadeuszem Nalewajko ten ostatni wyraził „zdziwienie, że wydane koncesje obejmują tak żyzne tereny”. Grupka mieszkańców wsi na Zamojszczyźnie stoi niemal samotnie wobec wielkiej korporacji, tymczasem państwo i społeczeństwo milczy. Intrygujące jest w tym kontekście zakorzenione głęboko przekonanie o bierności chłopów (dziś już termin ten przestaje być aktualny, mówmy więc o mieszkańcach i mieszkankach wsi), które jest wybitnie oporne na empiryczną weryfikację – wiejskie ruchy społeczne są albo ignorowane, albo traktowane ze swoistym protekcjonalizmem, niepoważnie.

Podobnie sytuacja ma miejsce w przypadku trwającego od kilku miesięcy protestu rolników w województwie zachodniopomorskim. Sprzeciwiają się oni m.in. półlegalnemu wykupowi ogromnych połaci ziemi (dokonywanych często przez cudzoziemców), żądają zakazu upraw GMO i wsparcia dla gospodarstw rodzinnych, także poprzez ułatwienie rolnikom sprzedaży bezpośredniej swoich produktów. Gdyby temat przebił się nawet na pierwsze strony gazet (a nie przebił się), wyobrażam sobie reakcję wykształconych, tolerancyjnych i wyważonych publicystów, którzy ujmą go w kategoriach ślepego i prymitywnego nacjonalizmu („Niemcy wykupują polską ziemię”), nie dostrzegając rzeczywistej potrzeby utrzymania ziemi w rękach drobnych, lokalnych producentów żywności. Przecież można zawsze zorganizować ich „transfer do miast”, gdzie zajmą się jakąś „bardziej produktywną” gałęzią gospodarki.

Rzeczywistość niedomiasta jest rzeczywistością przygnębiającą, w której bytowanie rodzi poczucie gorszości i brak perspektyw. Dla wielu migrantów ze wsi do miast przenosiny oznaczają awans i karierę, dla innych jednak – monotonną, ciężką i nieraz upokarzającą pracę cieciów, ochroniarzy, kasjerek w supermarketach. Tymczasem uprawa ziemi przynosząca zdrową, dobrej jakości i produkowanej bez naruszenia środowiska żywność jest pracą ze wszech miar wartościową, nieodzowną do przetrwania zarówno wsi, jak i miasta. (I znów podkreślam, że nie postuluję odebrania mieszkańcom i mieszkankom wsi możliwości wyboru podjęcia jakiejkolwiek pracy w mieście; zwracam uwagę jedynie na sytuację, w której deprecjonowanie rolnictwa zmusza niejako do imania się innych zajęć, niezależnie od subiektywnie postrzeganej ich wartości). Praca ta jest coraz bardziej doceniana wśród części środowisk intelektualnych, powoli zwraca się także uwagę na problemy wsi i dotyczące jej krzywdzące stereotypy (problemy te poruszane są od dłuższego czasu przez środowisko „Nowego Obywatela”, w ostatnim półroczu ukazały się także dwa niezwykle ciekawe numery kwartalników dotyczące wsi – „Kontakt” (nr 21, zima 2012) poświęcił numer „chamofobii”, czyli miejskim uprzedzeniom wobec wsi i jej mieszkańców, a „Autorportret” nr 4/2012 – rozmaitym społecznym problemom wsi, głównie, ale nie tylko związanych z zagadnieniem przestrzeni).

W kwestii przełamania stosunku tzw. opiniotwórczych elit do wsi i wzbudzenia zainteresowania nią jako ważkim zagadnieniem jest jeszcze dużo do zrobienia, a czasu pozostało niewiele, bo efekty polityki fanatycznej modernizacji postępują w zastraszającym tempie. W ostatnich latach, chociażby, liczba dużych gospodarstw powyżej 50 ha wzrosła o 34%, a liczba najmniejszych (do 5 ha) spadła o 25%.14 Nie powrócimy z pewnością, z oczywistych względów, do czasów, w których wieś była gorącym tematem społeczno-politycznym, do czasów, jak to określił Marian Pilot – „chłopii”, chłopskich utopii, realizujących się w ruchach społecznych, manifestach i literaturze tworzonej przez chłopów. Pisał on: Przez całe dwudziestolecie trwała, narastając, nasilając się, naprężona, wieloraka, różnorodna praca – powiedzieć by się chciało nieco ze staroświecka – praca ducha, bo w istocie rzeczy głównym jej obszarem była świadomość mas chłopskich, dochodzących do coraz dobitniejszego przekonania, że to oni – chłopskie pokolenie, staje się dla kraju jedyną realną alternatywą; że to właśnie klasa chłopska predestynowana jest do przejęcia odpowiedzialności za kraj, wcale nie tylko politycznej odpowiedzialności, odpowiedzialności (…) za całokształt. (…) Imponujące swoim rozmachem strajki chłopskie, poczynania ruchów młodochłopskich były tylko najbardziej spektakularnymi objawami wielkiego poruszenia, głębokiego twórczego fermentu we wszystkich dziedzinach, od gospodarczej po religijną. Te dążenia do własnej duchowej suwerenności, poszukiwanie własnej tożsamości, wyrażające się poprzez ruch uniwersytetów ludowych chociażby (…) miały pierwszorzędne znaczenie, świadczyły bowiem o tym, że klasa chłopska (…) otrząsnęła się z wielowiekowego marazmu, i po omacku często, nieporadnie często, jednak z determinacją, z owym przysłowiowym chłopskim uporem, który znajdował nowe dla siebie zastosowanie, dąży ku nowym swoim przeznaczeniom..15.

Dziś ta staroświecka „praca ducha” potrzebna jest znów, gdyż ci, którzy produkują żywność – nie tylko w Polsce – są wciąż, w pewnym sensie, odpowiedzialni za całokształt, może nawet bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Więc kiedy wysiadam z pociągu Kolei Mazowieckich na stacji Warszawa Gdańska, nie chcę o nich przestać myśleć. Myślę też wciąż o tym, jak sprawić, by „prawo do wsi” brzmiało w sposób równie prawomocny, jak „prawo do miasta”.

 

1 Amerykański model przemysłowego rolnictwa stoi w sprzeczności z europejską kulturą gospodarowania wiejskiego, a jak zauważył C. Wright Mills, w USA rolnictwo od zarania było działalnością nastawioną na zysk. „Amerykański farmer był zawsze przedsiębiorcą pracującym po to, by powiększyć swój zasób kapitału. (…) Był zawsze hodowcą i jednocześnie spekulantem, uprawiał, mówiąc słowami Veblena, zarówno żyzną ziemię, jak i swoją wielką szansę, wykorzystując obfitość ziemi charakterystyczną dla Stanów Zjednoczonych aż do roku 1920”, C. W. Mills, Białe kołnierzyki. Amerykańskie klasy średnie, tłum. Piotr Graff, Książka i Wiedza, Warszawa 1965, s. 63).

2 I. Bukraba-Rylska, Tożsamość kulturowa wsi polskiej, w: Tejże „Kultura ludowa, wieś, mieszkańcy wsi, IRWIR PAN, Warszawa 2002, s. 137.

3 Tamże, s. 153.

4 I. Bukraba-Rylska, Wieś, czyli paradoksy transformacji, w: Tejże Kultura ludowa, wieś, mieszkańcy wsi, IRWIR PAN, Warszawa 2002, s. 181.

5 I. Bukraba-Rylska, Socjolog czasu transformacji. Portret z negatywu, w: Tejże, Na temat wsi i socjologii wsi, pomiędzy dyskursem wiejsko-plebejskim a miejsko-inteligenckim, IRWiR PAN, Warszawa 2005, s. 114.

6 Tamże, s. 135.

7 Wypowiedź Mordasewicza pochodzi z debaty p.t. „Państwo: opiekun czy partner” organizowanej przez pismo Liberté, którą w całości można przeczytać tutaj: http://liberte.pl/panstwo-opiekun-czy-partner-debata-%E2%80%9Eliberte/

8 M. Sahlins, , Socjologia wymiany w społecznościach pierwotnych, w: Współczesne teorie wymiany społecznej. Zbiór tekstów, wybór, redakcja naukowa i wprowadzenie Marian Kempny i Jacek Szmatka, PWN, Warszawa 1992, s. 167.

 

9 Na temat szkodliwości polityki restrukturyzacji rolnictwa w krajach „trzeciego świata” por. Walden Bello, Wojny żywnościowe, Książka i Prasa, Warszawa 2010.

10 Por. Józef Stanisław Zegar, Współczesne wyzwania rolnictwa, PWN, Warszawa 2013, s. 48-49.

11 Por. Remigiusz Okraska, Między liberalizmem a komunizmem [O Stanisławie Miłkowskim], „Obywatel nr 1 (49), 2009.

12 Z. Chmielewski, Przyszły ustrój gospodarczy wsi Rzeczypospolitej Polskiej, Wydawnictwo „Książnicy dla rolników”, Warszawa 1938, s. 19.

13 Tamże, s. 13.

14 Por. Piotr Nowak, Praca na roli i produkcja rolna, „Autoportret” nr 4 (39) 2012, s. 54.

15 Marian Pilot, Nowy matecznik, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013, s. 35-36.

drukuj

KOMENTARZE

  1. „Granicę Mazowsza można rozpoznać od razu”

    Nie granicę Mazowsza, lecz w ogóle granicę byłego Królestwa (Kongresówki). Ten sam pejzaż jest na Mazowszu, w Łódzkiem, Kieleckiem, Lubelskiem. Nic w tym nadzwyczajnego.

  2. Każdą z byłych dzielnic zaborowych (czyli takich megaregionów) można poznać bez trudu. Inny krajobraz kulturowy jest w Królestwie (mazowieckie, łódzkie, świętokrzyskie, lubelskie oraz częściowo białostockie). Inny w Galicji. Jeszcze inny w Poznańskiem. I bardzo dobrze.

  3. Odpowiadając Markowi: podział na byłe zabory z pewnością wciąż ma wpływ na krajobraz, budownictwo itp., ale podtrzymuję jednak opinię, że coś innego jest tu na rzeczy. To, o czym piszę, nie dotyczy pewnie całego Mazowsza, może pojawia się także w innych regionach; ale jednak inne części dawnej Kongresówki – lubelskie, świętokrzyskie, także część Podlasia – wyglądają nieco inaczej. Chodzi mi o specyficzny pejzaż, głównie wschodniego (bo je najlepiej znam) Mazowsza dość bliskiego Warszawie. Chciałam jedynie rzucić pewną myśl, jeszcze niezbyt precyzyjną, temat wymagałby głębszej refleksji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *