featured, kultura

Unsere Mütter, unsere Väter

AUTOR

Kinga Stańczuk

Absolwentka romanistyki i historii idei na London University. Tłumaczy z angielskiego, francuskiego i hiszpańskiego. Naukowo zajmuje się teoriami państwa, francuską myślą nowożytną i filozofią prawa. https://twitter.com/KingaStanczuk

 

Przetoczyła się po lewicy ciężka fala rytualnego oburzenia. Stefan Zgliczyński  fatalnie ocenił jakość debaty po filmie Nasze matki, nasi ojcowie  przy czym w swoim własnym tekście przyjął odwrócony, ale również skrajnie uproszczony obraz. Starał się dowieść, że polska opinia publiczna ugrzęzła w wojenno-powstańczym samozachwycie i jest równie niegotowa na serial Nasze matki, nasi ojcowie jak niegotowa była na Shoah. Teza  o opornych, niegotowych do wyznania winy za historyczny antysemityzm Polakach jest niewątpliwie nienowa. Film natomiast świeży, więc warto sprawdzić, jak się ma stara teza do nowych zjawisk.

Nasze matki, nasi ojcowie to kilkoodcinkowy dramat wojenny; akcja toczy się głównie w niemieckich bazach wojskowych na terenach Rzeszy, Polski, Ukrainy i Rosji. Fabuła koncentruje wokół grupy przyjaciół, młodych Niemców, którzy starają się dobrze przeżyć wojnę – z początku wiedzeni ambicją i marzeniami, a z czasem już tylko instynktem przetrwania i tęsknotą za normalnością. Fragmenty  budzące szczególną kontrowersję w Polsce to kilka scen ostatniego odcinka serii (rok 1945).  Jeden z głównych bohaterów zostaje (siłą) zwerbowany do polskiego oddziału AK, gdzie ma się przydać jego niemiecki. Głównym zajęciem grupy AK-owców jest narzekanie na Żydów, targowanie się z lokalną ludnością o żywność (ludność daje, ale pod warunkiem, że nie ma w oddziale Żydów) i gnębienie zwerbowanego Niemca za żydowskie pochodzenie.

Film to świetne rozliczeniowe medium. Niektóre produkcje przyczyniły się do pokoleniowych przełomów w postrzeganiu historii całego narodu. Takim przykładem jest  Chagrain et la Pitié (1969) Marcela Ophülsa, który w czterogodzinnym dokumencie pokazał obraz Francji kolaboranckiej, upadłej, antysemickiej, zniszczonej moralnie. Pokazał nazistę, który emeryturę spędza u krewnych w zamku w Bawarii, oraz uczestników ruchu oporu w ubogich chałupkach, dostojną starość nazistów i świetlaną przyszłość ich dzieci. Ophüls dziesięć lat czekał na możliwość transmisji filmu w publicznej telewizji, ponieważ uważał, że Francuzi muszą zostać skonfrontowani z tymi faktami w zaciszu własnych salonów, w małym, komfortowym, zakłamanym świecie. Ophüls w dużej mierze wygrał swoją walkę – pokazał obraz, którego nie można było zignorować.

Natomiast porównywanie reakcji polskich widzów na serial Nasze matki, nasi ojcowie do tego, co mówiono i pisano o Shoah (czy filmie Ophülsa) jest nietrafione już z racji na odmienny status tych produkcji – w pierwszym wypadku jest to dramat obyczajowy, w drugim dokument. To kluczowa różnica. W przypadku debaty po Shoah  mieliśmy do czynienia z analizą historycznej prawdy o stosunkach polsko –żydowskich. Autorski i otwarcie subiektywny dokument Lanzmanna był oceniany przede wszystkim poprzez analizę materiału archiwalnego, badanie rzetelności dziennikarskiej, warsztat historyczny etc. W przypadku serialu powinniśmy prowadzić rozmowę o tym, czy jest to trafiona czy nie trafiona fikcja. Warto tu sięgnąć po pojęcie Louisa Aragona, który ukuł użyteczny termin mentirvrai ; (franc. Mentir– kłamać, vrai –prawda); jest to charakterystyka dzieła sztuki, które pozwala poznawać historię w sposób inaczej niedostępny. Mentirvrai jest  historycznym zmyśleniem, które więcej mówi o historii niż jej suchy, faktograficzny zapis. Każda dobra proza wojenna stara się osiągnąć taki status, podobnie film fabularny. Jeśli chodzi o obraz Polaków, Nasze matki, nasi ojcowie absolutnie nie może spełnić  takiej funkcji. Na ocenę, czy dane dzieło zdobywa wśród odbiorców status ‘prawdziwego zmyślenia’ czy nie, wpływa nie tylko wiedza historyczna. Możemy się zgodzić, że każdy  model AKowca pokazany w serialu naprawdę istniał.  Możemy spierać się o skalę antysemityzmu w AK, ale możemy również przyjąć za pewnik, że kiedyś, gdzieś w Polsce, takie lub podobne słowa i czyny zostały popełnione (co przyznał nawet bardzo krytyczny wobec filmu prof. Tomasz Nałęcz) Ale to nie znaczy, że fabułę pokazującą tylko takie zachowania można uznać za jakąś formę ‘rozliczenia z historią’. Takiego rozliczenia musiałaby dokonać polska publiczność, a tę trzeba by umieć do niego nakłonić.  W przypadku dokumentu często wystarczy pokazać jeden obraz, który nie daje się zapomnieć, wymazać. W przypadku fikcji potrzebna jest bardzo sumienna praca nad obrazem, i tej pracy niewątpliwie zabrakło. Gazeta Polska The Times zapytała producenta serialu, Nico Hoffmana:

Cała ta polska sekwencja w „Naszych matkach, naszych ojcach” jest rzeczywiście niechlujna – niechlujny jest język polski, w którym mówią Polacy, napisy po polsku, nawet twarze partyzantów jawią się nam jak z innego świata, nie polskie…

Wie pan, naprawdę tragiczne w tym wszystkim jest to – i od tego nie mogę uciec – że na poziomie scenariusza skupiłem się najbardziej na wątku Viktora i tego, jak Żydowi może się udać przeżyć za granicą. Naszym błędem było, że nie poradziliśmy się tu historyków z Polski, bo wówczas moglibyśmy wiele zmienić jeszcze w montażu – pięcioma, sześcioma ujęciami mogliśmy zmienić nawet najtrudniejsze sekwencje. Zaniedbaliśmy to, ponieważ od strony dramaturgicznej najbardziej interesowało nas, jak niemiecki Żyd może przeżyć w Polsce. A tak doszło do spiętrzenia scen o antysemickiej wymowie i przez perspektywę pars pro toto interpretuje się to tak, jakbym chciał w takim świetle pokazać wszystkich Polaków. Tutaj zawiniliśmy, i jest to dla mnie nauczka. Bardzo mi przykro, że zraniłem tym ludzi. (…)Widzi pan, sięgnęliśmy po niezwykle mocny zespół doradców składający się z niemieckich historyków, ale po tym, co się wydarzyło, nie ograniczyłbym się jedynie do ekspertów niemieckich i dobrałbym sobie historyków z zagranicy.”

Hoffman być może zobaczył więc coś, czego nie dostrzega od lat część zagorzałych polskich komentatorów:  dialogu z sąsiadami nie należy prowadzić metodą terapii szokowej.  Reakcja na szok nie prowadzi do  zrozumienia, lecz rodzi agresję. W tym przypadku problem wynika z pogwałcenia zasad nie tyle prawdy historycznej, co polityki kulturalnej. Zasadą tej ostatniej jest pragmatyzm: co odniesie skutek pożądany, a co nie.  Rozliczenia są bezwarunkowo potrzebne. Ale Nasze matki, nasi ojcowie nie było próbą rozliczenia polskiej historii – Hoffman z resztą absolutnie nie miał takich ambicji. Miał pełne prawo ich nie mieć – tak jak polscy odbiorcy mają pełne prawo uznać film za karykaturę. Media masowego przekazu, zwłaszcza przy produkcjach wielkobudżetowych, nie mogą ignorować pragmatycznych przesłanek. Zrobiono film, który jest jak najbardziej wielostronny i wielogłosowy po stronie niemieckiej, natomiast wbrew zapewnieniom historycznego konsultanta serialu, jak najbardziej jednowymiarowy po stronie polskiej. Żaden z bohaterów niemieckich (nawet gestapowiec) nie mówi o Żydach językiem prymitywnej nienawiści, a tak, jak jeden mąż, mówią AK-owcy: „A Żydów.. potopimy jak koty”;  to te obrazy zostają i budują nową pamięć. Gazeta Wyborcza opublikowała na jednej stronie dwie odmienne recenzje filmu: „Taki skandal nie powinien się powtórzyć” napisał Bartosz T. Wieliński; „Zobaczyłem serial dobrze zrobiony, poruszający” odpowiedział Paweł Wroński. Te reakcje się dopełniają – Nasze matki, nasi ojcowie jest dobrze zrobiony i poruszający, bo jest chwytliwą telenowelą historyczną, ale jest jednocześnie skandalem.

drukuj

KOMENTARZE

  1. „Projekcja niemieckiego filmu „Nasze matki, nasi ojcowie” wzbudziła gwałtowaną reakcję, zwłaszcza wśród tak zwanych patriotów. Rzekomo antypolski i antyAKowski przekaz poszedł w świat, co doprowadziło publicystów głównego nurtu do emocjonalnych i bardzo krytycznych ocen zarówno twórców miniserialu, jak i telewizji publicznych: naszych zachodnich sąsiadów — że go wyprodukowała, polskiej — że wyemitowała. Tymczasem wiele przemawia za tym, że scenarzysta Stefan Kolditz i reżyser Philipp Kadelbach obeszli się z historią drugiej wojny widzianą oczami Polaków bardzo łagodnie. W filmie z rąk naszych ojców czy dziadków nie zginął żaden Żyd. Tymczasem dane źródłowe wskazują, że liczba ofiar wśród polskich Żydów zamordowanych przez rodaków (partyzantów i ludność cywilną) była znacznie wyższa niż liczba zabitych żołnierzy wojsk okupacyjnych. Cały raban wokół filmu rzekomo niesłusznie przypisującego Polakom w czasie II wojny antysemityzm wydaje się zatem przejawem ignorancji lub hipokryzji. W rzeczywistości niemieccy twórcy filmu zafałszowali rzeczywistość, ale w kierunku politycznie poprawnym — na naszą korzyść, a właściwie na korzyść naszych przodków”.

    http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,9089

  2. Uprzedzam w tekście, wydaje mi się, zarzut faktograficzny: takie postawy były. Były i znacznie gorsze, które przywołuje pan w swoim artykule. Natomiast piszę o tym, że nie jest to dokument o wojnie w Polsce, ani o polskim antysemityzmie, lecz fikcyjny serial w którym cały polski wątek to ok 20-30minut. Niechlujstwo (absurdalne niechlujstwo: polacy robią elemenatarne błędy gramatyczne, nie bardzo umieją się wysłowić) oraz to, właściwie jedyne co zajmuje AKowców intelektualnie to tępienie Żyda, złożyło się na obraz karykaturalny, co z resztą przyznaje sam twórca. Mój tekst nie jest polemiką z linią historyczną filmu per se, lecz sprzeciwem wobec dzisiejszej postawy, gdzie każda fikcja historyczna która pokazuje polski antysmityzm jest z automatu brana za dobrą monetę. Właśnie dlatego, że uważam rozliczenie z historią polskiego antysemityzmu za niezbędny element uzdrowienia wzajemnych relacji polsko-żydowskich, uważam że polityka kulturalna lewicy w tym zakresie jest często przeciwskuteczna.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *