ankieta międzywojenna
ankieta, Katarzyna Sierakowska

Ruch kobiecy w służbie społeczeństwu

AUTOR

Katarzyna Sierakowska

Adiunkt w Instytucie Historii PAN. Zainteresowania: historia społeczna XIX i XX wieku ze szczególnym uwzględnieniem problematyki genderowej oraz społecznych aspektów I wojny światowej. Autorka między innymi książki „Rodzice, dzieci, dziadkowie…. Wielkomiejska rodzina inteligencka w Polsce 1918-1939” oraz licznych artykułów w czasopismach naukowych i pracach zbiorowych, między innymi w serii „Kobieta i…”. Prowadzi zajęcia w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego oraz na Gender Studies im. M. Konopnickiej i M. Dulębianki w Instytucie Badań Literackich PAN.

Weronika Grzebalska: Chciałabym, żebyśmy na początek rozprawiły się z dwoma mitami. W debacie publicznej pojawiają się co jakiś czas głosy, że feminizm został do Polski zaimportowany z Zachodu po 1989, a wcześniej Polki nie potrzebowały feminizmu ze względu na wysoką pozycję kobiety w polskim społeczeństwie. Dziś, dzięki żmudnej pracy historyczek ruchu kobiecego wiemy, że feminizm ma w Polsce długą tradycję, a co do swojej pozycji w społeczeństwie nasze przodkinie formułowały liczne zastrzeżenia. Jak wyglądały początki ruchu feministycznego w Polsce?

Katarzyna Sierakowska: Początki feminizmu w Polsce to właściwie II połowa wieku XIX, chociaż już wcześniej istniały pewne jego zalążki. Jako pierwszą falę naszego feminizmu określa się zwykle lata od 1905 roku do pierwszej wojny światowej. Wtedy zbudowane zostały zręby ruchu: w Królestwie Polskim powstał Związek Równouprawnienia Kobiet Polskich i Polskie Stowarzyszenie Równouprawnienia Kobiet, we Lwowie Związek Równouprawnienia Kobiet. Poza nim, w Galicji nie stworzono innych organizacji kobiecych, ale grupa feministek zebrała się wokół dwutygodnika „Nowe Słowo” i traktowała go jako swoją trybunę. Właśnie w tym czasie sformułowane zostały główne postulaty ruchu kobiecego, zresztą spójne z tym, co działo się wówczas na Zachodzie, tylko opóźnione o parę lat z racji niesprzyjającej sytuacji społeczno-politycznej w Polsce. Postulaty te obejmowały takie kwestie jak dostęp kobiet do szkolnictwa średniego i wyższego, zrównanie kobiet w prawach cywilnych i uzyskanie praw politycznych.
Wybuch I wojny światowej wycisza dyskurs feministyczny, co znów nie jest wyłącznie polską specyfiką. Podobne zjawisko można zaobserwować w całej Europie: wszyscy próbują się odnaleźć w sytuacji wojennej, kobiety przechodzą zaś na pozycje bardziej nacjonalistyczne, występują raczej jako obywatelki swojego narodu niż obywatelki „Rzeczpospolitej Kobiecej”. Polskie aktywistki robią to samo. Wycofują się z co radykalniej feministycznych postulatów, co jest związane z tym, że kobieca opinia publiczna nie do końca przyjmuje te postulaty jako nadrzędne nad sprawą narodową. Tarcie między tym, co narodowe, a tym, co feministyczne, jest silnie widoczne. Funkcjonuje przeświadczenie, że najpierw musimy odzyskać niepodległość, a dopiero później walczyć o własne prawa. Przedstawicielki ruchu kobiecego były jednak przekonane, że ponieważ Polki wielokrotnie angażowały się po stronie zrywów narodowościowych (m.in. stworzyły Ligę Pogotowia Wojennego, która w szczytowym momencie działalności, w 1916 roku, liczyła ponad 12 tysięcy członkiń), to dostaną to, o co walczą. Wkrótce okazało się, że wcale tak nie jest – gdy zaczęto przygotowywać projekt konstytucji odradzającego się państwa, to praw wyborczych dla kobiet w nim nie uwzględniono. To spowodowało, że Polki po raz kolejny się zjednoczyły i zorganizowały w 1917 roku w Warszawie zjazd, na którym ogłosiły, że prawa wyborcze im się należą i opracowały strategię oddziaływania na społeczeństwo i partie polityczne. Podjęły także próbę zdefiniowania swojego miejsca jako obywatelek przyszłego państwa, to, w jakich dziedzinach pracy państwowej mogłyby się odnaleźć. I tutaj były już bardziej tradycyjne – wyznaczając sobie takie sfery jak edukacja, zdrowie i szkolnictwo.

Drugi mit głosi, że Polki dostały prawa wyborcze na skutek postępu cywilizacyjnego – nie zaś wywalczyły je sobie w wyniku długiej działalności ruchu feministycznego. Tymczasem postulat równouprawnienia politycznego wysuwany był przez Polki już na I Zjeździe Kobiet w 1905 roku czy potem, na wspomnianym przez Ciebie zjeździe w Warszawie w 1917 roku. Jak wyglądała walka kobiet o prawa polityczne w przededniu II RP?

Zdecydowanie nie ma co mówić o ogólnych procesach cywilizacyjnych, zwłaszcza że na przykład Angielki, które w tych procesach były przecież bardziej zaawansowane, nie dostały praw wyborczych równie szybko, a Francuzki czekały na nie aż do 1944 roku. Trzeba jednak pamiętać, że sytuacja polityczno-społeczna niewątpliwie Polkom pomogła. W krajach powstających po wojnie na gruzach rozpadających się imperiów rzeczywiście łatwiej było zmienić sytuację zastaną, od nowa zdefiniować zasady funkcjonowania państwa. I rzeczywiście, większość tych krajów miała aspiracje demokratyczne i przyznawała kobietom prawa wyborcze. Ale jak pokazuje nieuwzględnienie praw wyborczych dla kobiet w projekcie konstytucji z 1917 roku, nie wiadomo, co by kobiety dostały, gdyby nie zaczęły się o to same upominać.

Pozostając jeszcze w temacie walki o prawa wyborcze: Stronnictwo Demokratyczne było jej bardzo przeciwne. Roman Dmowski mówił wprost, że „brzydzi się szarlatanerią kobiecą”. Niewiele lepiej było z socjalistami. Sławomira Walczewska pisze, że zakazali oni swoim członkiniom uczestnictwa w zebraniach emancypantek. Czy ruch kobiecy miał w ogóle jakichś sojuszników? W jakich środowiskach ich znajdował?

To nie jest aż tak prosta sprawa. Jednak rolę kobiet w pomocniczych działaniach doceniała większość partii politycznych. Wiadomo było, że działać bez kobiet się za bardzo nie da. W sytuacji braku własnego państwa, zwłaszcza w Królestwie Polskim, kobiety były naturalnymi niejako sojuszniczkami często nielegalnie działających partii politycznych. W ruchu socjalistycznym kobiety też miały swoją pozycję – jeszcze przed I wojną światową na terenie Śląska Cieszyńskiego wychodził „Głos Kobiet”, czasopismo socjalistyczne redagowane przez Dorotę Kłuszyńską. Ignacy Daszyński z PPSD otwarcie deklarował, że popiera prawa polityczne dla kobiet. Kobietom z PPS-u udało się natomiast wywalczyć czasowe powstanie specjalnego wydziału kobiecego. To pokazuje, że pozycja kobiet nie była w ruchu socjalistycznym taka słaba. Dmowski rzeczywiście był wobec praw wyborczych kobiet niechętny, natomiast po ich przyznaniu momentalnie wciągnął kobiety na listy wyborcze. I to jest paradoks dziejów, że przez całe dwudziestolecie międzywojenne najwięcej kobiet do parlamentu wprowadzała właśnie endecja. Poza 1928 rokiem, kiedy wygrywa BBWR, ale to jest specyficzna sytuacja. U socjalistów z wprowadzaniem kobiet do Parlamentu było trochę gorzej, a już PSL Witosa nie miał w ogóle kobiet na listach wyborczych i żadnej nigdy do niego nie wprowadził.

Czym innym jest jednak chyba wprowadzanie kobiet na listy wyborcze, a czym innym poparcie dla autonomicznego ruchu kobiecego.

Jak najbardziej. To jednak też jest bardziej skomplikowana sprawa. Kiedy w 1919 roku aktywistki próbowały utworzyć własną partię polityczną i pójść do wyborów pod sztandarem kobiecym, to przegrały z kretesem. Później, kiedy Związek Pracy Obywatelskiej Kobiet próbował stworzyć pro-kobiece emancypacyjne lobby i występować pod własną egidą też się okazało, że nie ma poparcia. I to nie był wyłącznie problem męskiego elektoratu, ale też kobiecego. Wydaje się, że same kobiety nie do końca widziały kobiety jako polityków.

Uzyskanie przez kobiety praw wyborczych część opinii publicznej uznała za logiczny koniec ruchu, ale ten bynajmniej nie zawiesił swojej działalności. Jakie były główne sfery aktywności międzywojennych feministek?

Trudno jest zdefiniować feminizm w dwudziestoleciu międzywojennym. Odkąd kobiety uzyskały prawa wyborcze, nie ma takiego głównego celu, który by jednoczył wszystkie organizacje. One się raczej zaczynają specjalizować w różnych dziedzinach. To była zresztą ogólnoeuropejska tendencja, że walka o prawa kobiet przestaje być pierwszoplanowa, a jej miejsce zajmują kwestie społeczne, mniej kojarzone z feminizmem. Niezależnie od sytuacji w poszczególnych krajach, po I wojnie światowej w Europie Zachodniej i Ameryce walka o prawa wyborcze przestała być sztandarowym hasłem feminizmu. Dominowało przekonanie, że teraz trzeba się skoncentrować na powojennej odbudowie życia. Kobiety postanowiły się więc bardziej uaktywnić w sferach społeczno-obyczajowych: kwestii świadomego macierzyństwa i aktywności zawodowej kobiet, działalności na rzecz pokoju. Podobnie było w Polsce. Można powiedzieć, że w okresie międzywojennym feminizm przestał być bojowy, stracił ten pazur, który miał w okresie walki o prawa wyborcze. Stał się bardziej rozproszony, wsiąkł w materię społeczną. Wiele feministek zaczęło działać w nowopowstałym państwie w szerszych niż feministyczne sferach.
Dobrym przykładem jest Małgorzata Teodora Męczkowska, która zaraz po odzyskaniu niepodległości oddała się pracy na rzecz nowopowstającego państwa. Była wizytatorką szkół, później została kuratorką. Co prawda wspierała projekty koedukacyjne, ale przestała być przede wszystkim feministką, a zaczęła być działaczką społeczną. Z kolei Romana Pachucka w ogóle odeszła z ruchu feministycznego i skupiła się na szkolnictwie – była dyrektorką gimnazjum w Suwałkach a potem w Łodzi i to w ten sposób działała na rzecz kształcenia dziewcząt. Zofia Daszyńska-Golińska też przestała być aktywna stricte feministycznie, a zaczęła działać na rzecz poprawy warunków życia matki i dziecka, walki z alkoholizmem.

Jakie były najważniejsze postulaty międzywojennego feminizmu? W jakich punktach pokrywały się one z postulatami europejskich feministek, a w jakich były to zainteresowania swoiste dla polskiego kontekstu?

Sam projekt świadomego macierzyństwa był ogólnoeuropejski, choć tylko w Polsce funkcjonował pod tą nazwą, gdzie indziej mówiono raczej o planowaniu rodziny. Jedną częścią tego projektu było świadome planowanie rodziny. Drugim członem była kwestia małżeństwa z miłości – tego, żeby małżeństw nie aranżować – oraz stosunków wewnątrz małżeńskich: dzielenia obowiązków domowych, zachęcania kobiet do samodzielności, kształtowania wizerunku nowej matki, matki aktywnej. Choć trzeba pamiętać, że polski projekt świadomego macierzyństwa był szerszy w stosunku do tego, o czym się mówi na Zachodzie, obejmował cały proces wychowawczy niejako od poczęcia do dorosłości.
Druga kwestia wspólna to sprawa walki o rozszerzenie sfery aktywności zawodowej kobiet: o to, żeby kobiety dopuszczano do nowych zawodów, żeby nie były dyskryminowane w kwestii zarobkowej. O tym, że dużo było podobieństw między polskim a światowym feminizmem świadczy to, że bardzo wiele polskich działaczek i organizacji kobiecych było silnie zaangażowanych w międzynarodowe ruchy. Polki jeżdżą na międzynarodowe kongresy, biorą udział w międzynarodowych stowarzyszeniach. My współdziałamy z tym europejskim ruchem na równych prawach, nie jesteśmy gdzieś na peryferiach.
Inną ważną sferą zainteresowania feministek międzywojennych było ukształtowanie wizerunku kobiety-obywatelki, przekonanie kobiet do aktywności na rzecz państwa, uczynienie z niej ważnej sfery ich życia. Wszystkie kobiece organizacje od prawa do lewa wpisują w swoje programy kształtowanie wzoru kobiety-obywatelki. Ten nacisk położony na obywatelstwo kobiet jest polską specyfiką. Chyba nigdzie w Europie nie było ono tak silnie dyskutowane. Co być może wiązało się z odrodzeniem państwa polskiego po wielu latach i tym, że wobec tego wzór obywatela był istotnym elementem debaty publicznej.
Trzeba jednak pamiętać, że mówimy tu cały czas o bardzo niewielkiej grupie kobiet. Jak się popatrzy na listy członkiń różnych organizacji kobiecych, to bardzo często powtarzają się na nich nazwiska tych samych działaczek. Świadomość feministyczna wśród kobiet polskich nie była zbyt duża, z pewnością mniejsza niż na przykład u Niemek. Statystyki nieubłaganie wskazują, że większość kobiet rezygnowała z pracy po wyjściu za mąż albo urodzeniu pierwszego dziecka. I mam tu na myśli pracownice umysłowe. Warto też pamiętać, że polski ruch feministyczny był polski także etnicznie – zarówno Żydówki jak i Ukrainki miały swoje organizacje kobiece, ale działały one niezależnie od polskich, nie doszło do współpracy między nimi ani do powstania organizacji mieszanych.

Kształtowanie wizerunku matki aktywnej, zachęcanie kobiet do samodzielności zawodowej, małżeństwo z miłości to wszystko bardzo klasowe postulaty. Czy polski feminizm próbował w ogóle wyjść naprzeciw potrzebom kobiet z klasy robotniczej czy też był ruchem stricte inteligenckim?

W jakimś sensie próbował wyjść im naprzeciw. Socjalistka i feministka Justyna Budzińska-Tylicka była jedną z inicjatorek poradni świadomego macierzyństwa, która przeznaczona była przede wszystkim dla kobiet z niższych warstw. Wydaje się, że postulat świadomego macierzyństwa powinien być istotny zwłaszcza dla kobiet z klasy robotniczej, które rodziły dużo częściej niż inteligentki, żyły w niestabilnej sytuacji ekonomicznej, ciągle się przenosiły. Jeśli chodzi o postulat małżeństwa partnerskiego, to może rzeczywiście dotyczył on bardziej inteligentek, bo jednak sytuacja życiowa robotnic do jakiegoś stopnia generowała partnerstwo na poziomie życia codziennego. Istniało też na przykład stowarzyszenie Rodzina Wojskowa, którego działaczki redagowały pismo pod tym samym tytułem. Odpowiadały na listy czytelniczek, próbowały wejść w problemy kobiet z rodzin wojskowych, nie tylko żon pułkowników, ale też podoficerów, które często musiały pracować z powodów finansowych, a nie bardzo było im wolno, więc próbowały walczyć o to, by móc pracować nie wchodząc przy tym w kolizję z wojskowymi przepisami. Tak więc feministki próbują wychodzić naprzeciw potrzebom kobiet z niższych warstw. Natomiast osobna pozostaje kwestia otwartości samych kobiet z klasy robotniczej na te inicjatywy i gotowości państwa, żeby je wesprzeć. Chyba nie udało się nawiązać tego porozumienia i to nie jest tylko fiasko polskie. W Wielkiej Brytanii też się to nie udało i w konsekwencji ruch feministyczny poszedł dwutorowo. W Polsce raczej jednotorowo, bo ruch robotniczy nie stworzył własnych agend feministycznych.
Tak jak i dziś, feministki międzywojenne nie znajdują złotej recepty na godzenie życia rodzinnego z zawodowym. W związku z tym raczej mówią kobietom, jak to powinno idealnie wyglądać. Budują ideał kobiety-perpetuum mobile, która wszystko robi na sto procent. W dwudziestoleciu większość kobiet z warstwy oświeconej miało służącą i to dlatego godzenie aktywności publicznej czy zawodowej z obowiązkami macierzyńskimi było dla nich możliwe, ale mało która działaczka była to w stanie przyznać. Przekaz o możliwości łatwego godzenia obowiązków z różnych sfer życia nie mógł trafiać do kobiet – albo budził głębokie frustracje, albo skutkował odwróceniem się od ruchu. Jak się popatrzy na największe aktywistki, to w większości są to kobiety w średnim wieku, które dzieci już odchowały. Kiedy na przełomie lat ’20 i ’30 wchodzi w życie nowe pokolenie, to okazuje się, że tych dziewczyn feminizm nie interesuje, że one chcą po prostu normalnie żyć. Mogą zdobyć wykształcenie, mogą pracować, mogą brać udział w wyborach i nie chcą się już szarpać. One chcą właśnie „całego życia”, chcą normalnie żyć. Nie interesuje ich już walka o ideały. Jak się spojrzy na ruch feministyczny dziś, to wygląda to podobnie. Zaangażowane są bardzo młode kobiety albo te w wieku średnim i starsze. W tym środkowym okresie kobiety koncentrują się na innych celach życiowych. Okazuje się, że łączenie tych wszystkich sfer nie jest takie proste i że postulaty feministek nie wytrzymują konfrontacji z rzeczywistością. I to jest chyba największa porażka i zarazem czynnik dystansujący kobiety od ruchu. Ta próba stworzenia kobiety-perpetuum mobile, która się nie udaje. Ona się do dziś nie udała.

Tak jak i dziś, feminizm w międzywojniu nie był jednolitym ruchem. Jakie były jego najważniejsze punkty sporne?

Wydaje się, że najbardziej sporna była kwestia aborcji. Natomiast to nie były spory między konkretnymi organizacjami, ale raczej kwestia indywidualnego światopoglądu działaczek. Na przykład Związek Pracy Obywatelskiej Kobiet w sprawie karalności aborcji nie zajął stanowiska jako organizacja. Stwierdzono, że każda z członkiń może mieć własny pogląd w tej sprawie.

Polski feminizm wkroczył w dwudziestolecie z brzmieniem w postaci specyficznego rozumienia kobiecego obywatelstwa jako poświęcenia dla narodu, a nie równych praw w jego ramach. Echa tego przekonania słychać w wypowiedziach polskich feministek przełomu wieków, Turzymy, Dulębianki czy Orzeszkowej, które przekonywały politycznych adwersarzy, że równouprawnienie nie oznacza dla nich zrzucenia męskiej dominacji i zyskania równych z mężczyznami praw, ale równy udział w obowiązkach wobec wspólnoty narodowej. Jak radziły sobie z tym ojczyźnianym brzemieniem międzywojenne feministki?

W międzywojniu skupiono się na odbudowie państwa, nie było bezpośredniego zagrożenia, a sytuacja wydawała się stabilna. Dlatego kwestia narodowa zeszła na trochę dalszy plan i nie była przez feministki oficjalnie dyskutowana. Kobiety zajęły się swoimi sprawami, ale nie było z ich strony otwartej deklaracji, że teraz naród już nas nie obchodzi i chcemy realizować wyłącznie postulaty kobiece. W Polsce nie było też kwestionowania takich podstawowych wartości jak naród na poziomie bardziej teoretycznym. Polskie feministki oczywiście działały na rzecz pokoju – w Małej Entencie Kobiet, w Lidze Kobiet dla Pokoju i Wolności – natomiast nie było to dla nich działanie w kontrze do narodu, nie wiązało się z krytyką państwa jako męskiego projektu. Raczej mówiono o tym, że dopuszczenie kobiet do władzy może wprowadzić pożądane kobiece cechy do polityki.
Wiele świadczy jednak o tym, że feministki z lat międzywojennych nie uwolniły się od sprawy narodowej, którą rozumiały jednak jako obowiązki wobec wspólnoty narodowej a nie pejoratywny nacjonalizm. Jeśli spojrzymy na przykład na debatę na temat kobiecego obywatelstwa, to okaże się, że kobieta-obywatelka to kobieta, która co prawda świadomie głosuje, ale przede wszystkim działa dla dobra narodu. Ważnym sposobem działania na rzecz wspólnoty pozostało macierzyństwo. Uważano, że kobieta musi być świadomą obywatelką, żeby wychować dzieci na świadomych obywateli. O tym, że naród pozostał dla polskich feministek międzywojennych ważnym punktem odniesienia świadczy jednak nie tylko rozumienie działalności społecznej jako działalności dla dobra narodu, ale też wielokrotne przypominanie przez działaczki wysiłku zbrojnego i konspiracyjnego kobiet (uczestnictwo w walkach narodowo-wyzwoleńczych stanowi bardzo ważny element w biografiach działaczek kobiecych), czy w końcu brak współpracy organizacji kobiecych z przedstawicielkami mniejszości narodowych.

Weronika Grzebalska: socjolożka, feministka. Zajmuje się płciowymi wymiarami wojen i militaryzacji. Za pracę magisterską o uczestnictwie kobiet w powstaniu warszawskim otrzymała pierwszą nagrodę w konkursie Gender Studies IBL PAN i wyróżnienie specjalne „Otwartej Rzeczpospolitej” w konkursie im. J. J. Lipskiego.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *