Krzysztof Posłajko, uniwersytet

Pseudo-rynki jako metoda zarządzania szkolnictwem wyższym

AUTOR

Krzysiek Posłajko

Urodzony w 1981. Doktor filozofii i niedoszły socjolog ze stajni UJ. W idealnym świecie nauki interesuje się analityczną filozofią języka i ontologią. Używa słowa „socjolog” w liczbie pojedynczej na oznaczenie Pierre’a Bourdieu. Pracował jako tłumacz i leksykograf. W wolnych chwilach publicysta-amator. Nieuleczalny socjaldemokrata. Z lewackiego tłumu wyróżnia go negatywny stosunek do jazdy na rowerze, mieszkań w zapuszczonych kamienicach i psychoanalizy.

W naszej technokratycznej i oświeconej epoce mówienie o „ideologii” spotyka się zwykle z lekką ironią. Przecież powinny liczyć się merytoryczne argumenty, chłodne ekspertyzy oraz mędrca szkiełko i oko. Jeśli projektuje się obecnie jakieś zmiany w prawie czy instytucjach, to są one najczęściej uzasadniane owym obiektywnym głosem eksperta.

Jednak często ten obiektywny, oparty na racjonalnych przesłankach przekaz jest projekcją pewnej ideologii, która – jak to z ideologiami bywa – ukrywa się pod pozorem „czystego rozumu”. Fenomen ten chciałbym omówić na przykładzie wprowadzanej aktualnie w Polsce reformy szkolnictwa wyższego, choć jest to tylko fragment szerszego procesu. Owym szerszym procesem jest zaś wprowadzanie w sferę szeroko rozumianych usług publicznych porządków, które określa się mianem pseudo-rynkowych. Określenie quasi-markets zostało, o ile mi wiadomo, wprowadzone w latach 90tych przez brytyjskich ekonomistów w celu opisania zmian, jakie podówczas rząd torysów wprowadzał do organizacji usług publicznych, zwłaszcza służby zdrowia. Mówiąc ogólnie, chodziło o to, aby zmienić sposób finansowania usług publicznych. Jednostki świadczące owe usługi miały – na tym polegało sedno zmian – zacząć konkurować ze sobą o publiczne środki. W ten sposób w obszar welfare state miały zostać wprowadzone pewne elementy porządku rynkowego. Z tej podstawowej koncepcji wywodzą się pomysły takie, jak bon oświatowy czy reformy systemu ochrony zdrowia pod hasłem „pieniądz idzie za pacjentem”. W literaturze ekonomicznej autorzy koncentrują się zazwyczaj na rozważaniach dotyczących efektywności tego typu rozwiązań.

Ja chciałbym się natomiast przyjrzeć ideologicznej „bazie” tego typu reform i pokazaniu, jak bardzo ideologia zmienia wszystkie aspekty działania instytucji publicznych – nie tylko sposób ich finansowania.

Podstawową ideologiczną tezą kryjącą się za wprowadzeniem pseudo-rynkowych porządków jest przeświadczenie, że sektor publiczny jest z istoty rzeczy nieefektywny. To w sektorze publicznym czają się wredni i leniwi urzędnicy, lekarze-konowały, nauczyciele obiboki, spędzający w pracy zaledwie 18 godzin tygodniowo i wylegujący się na wielomiesięcznych wakacjach. Z tymi degeneratami zazwyczaj kontrastuje się rzutkich i zaradnych przedstawicieli biznesu. Oprócz takich propagandowych kalek istnieją bardziej „racjonalne” i „naukowe” argumenty. Mówi się więc, że rynkowa konkurencja w pewien sposób wymusza efektywne działania, gdyż nieefektywni przedsiębiorcy w naturalny sposób zostają przez „niewidzialną rękę rynku” usunięci. Natomiast w sektorze państwowym brakuje tego typu narzędzi selekcyjnych, w związku z tym podmioty w nim działające z czasem popadają w apatię.

Ideologicznym podłożem tego typu uzasadnień jest przekonanie, że ludzie potrafią działać jedynie ze względu na możliwość osiągnięcia wyższych dochodów lub ze strachu przed materialną deprywacją. Jakiekolwiek inne motywy są tu nieobecne – nie ma takiej możliwości, żeby nauczyciel starał się uczyć lepiej, dlatego, że zależy mu na rozwoju wychowanków. Jeśli nie dostarczymy mu odpowiednich bodźców stricte ekonomicznych, to możemy być pewni, że siłą rzeczy będzie pracował coraz gorzej.

Kluczowym pojęciem logiki pseudo-rynkowej jest „efektywność”. Skoro już niemożliwa jest całkowita prywatyzacja usług publicznych, to przynajmniej należy starać się o to, by podmioty te usługi dostarczające były maksymalnie „efektywne”. Postulat ten uzasadnia się często w mainstreamowych mediach paplaniną o „marnowaniu pieniędzy podatników”. Sęk w tym, że samo pojęcie efektywności jest w tym kontekście wysoce niejasne i stwarza pole do rozmaitych nadużyć – choć trzeba przyznać, że brzmi nieźle i niesie za sobą miłe skojarzenie, że ma być dobrze i za niewielkie pieniądze. Ta właśnie logika stoi u podstaw tego, w jaki sposób po „reformach Kudryckiej” ma funkcjonować polskie szkolnictwo wyższe.

Rezultatem praktycznej implementacji tego myślenia jest coraz wyraźniej obecna w tym sektorze para-korporacyjna kultura „targetów”. Podobnie jak szeregowi pracownicy wielkich korporacji są zmuszeni pracować w rytm kolejnych targetów (np. pracownicy call-center mają określoną ilość telefonów na godzinę do załatwienia), tak pracownicy naukowi, studenci i wreszcie uczelnie jako całość mają określone pewne normy, które muszą zrealizować. Pracownicy są dyscyplinowani do produkowania odpowiednich ilości „riserczu” i pięcia się po kolejnych szczeblach kariery, nauczanie studentów jest normowane poprzez Krajowe Ramy Kwalifikacji, etc.

Cała ta instytucjonalna otoczka ma – w założeniu – motywować wszystkich do bardziej wydajnej pracy. W rzeczywistości szybko prowadzi jednak do rozmaitych patologii. Najbardziej rzuca się w oczy  powszechnie przeklinana uczelniana biurokracja. Pracownicy naukowi (boję się w tym kontekście użyć słowa „naukowcy”) zmuszani są do wypełniania stosów papierów – rozmaitych planów, wniosków i sprawozdań – co sprawia, że ich praca coraz bardziej przypomina tę wykonywaną przez przysłowiowego PRL-owskiego urzędnika. To powszednie zmęczenie „papierologią” jest jednak niezwykle powierzchowne – narzekając na kolejny formularz do wypełnienia, akademicy nie zauważają, że pseudo-rynkowe porządki prowadzą do problemów o wiele głębszych. Skupie się tu na dwóch z nich.

Po pierwsze, targety, które podmioty akademickie mają pracowicie realizować ustalane są całkowicie arbitralnie przez ministerialnych urzędników. Efektywność mierzona jest zdolnością danego podmiotu do wypełnienia targetu, jednak już to, jaki ten target jest, wymyka się jakiejkolwiek racjonalnej kontroli, a często bywa motywowane ideologicznie. Jeśli chodzi na przykład o kwestie kształcenia, to aktualnie obowiązuje norma produkowania przez uczelnie jak największej liczby absolwentów kierunków technicznych. Uzasadnia się ją tym, że to właśnie ci absolwenci mają mieć większe szanse na (mitycznym) rynku pracy – co niekoniecznie jest zgodne ze stanem faktycznym (cytując raport Młodzi 2011: Wśród bezskutecznie poszukujących pracy znajdują się zarówno absolwenci kierunków tradycyjnie uważanych za zapewniające znalezienie pracy (ekonomia, marketing, prawo), osoby kończące kierunki humanistyczne i społeczne, jak i absolwenci kierunków promowanych (nauki ścisłe) czy związanych z rolnictwem.) Jeśli natomiast chodzi o naukowców, to ich podstawowym zadaniem jest produkowanie jak największej ilości „riserczu”, mierzonego liczbą publikacji w czasopismach z (równie mitycznej) listy filadelfijskiej – co zapewne wynika z kompleksu niskich miejsc zajmowanych w międzynarodowych rankingach przez polskie uczelnie.

Kluczowe znaczenie ma fakt, że wszelkie owe targety, nieważne czy są same w sobie sensowne, czy nie są ustalane w sposób absolutnie arbitralny – czystą wolą ministerialnego urzędnika. Zarówno uczelnie, jak i ich pracownicy oraz studenci nie mają żadnego (poza zakulisowymi działaniami) wpływu na to, jakie targety zostaną im narzucone – mają je tylko efektywnie realizować, tak jak szeregowy człowiek korporacji nie ma nic do gadania w kwestii realizowanych przez siebie celów (czego doskonałą ilustracją były czasy sprzed kryzysu, kiedy bankowcy, często wbrew swej najlepszej wiedzy, zmuszani byli do wpychania klientom kredytów hipotecznych za wszelką cenę). W ten sposób dyskurs o efektywności praktycznie całkowicie wyłącza myślenie w kategoriach systemowych – nikt nie zastanawia się, po co nam w ogóle w Polsce akademia, liczy się tylko to, jak najtaniej i najszybciej wykonać wzięte z ministerialnego sufitu normy.

Po drugie, system pseudo-rynkowy w naturalny sposób promuje indywidualistyczne strategie sukcesu. Studenci mają coraz lepiej się kształcić w ramach określonych przez ministerialne dyrektywy, co ma rzekomo zapewniać im lepszy start na rynku pracy. Naukowcy, tymczasem, poprzez produkcję artykułów zwiększają swoje szanse w wyścigu do cienkiego strumyczka grantów. Uczelnie jako całości zawzięcie walczą o zwiększone dotacje z budżetu. Teoretycznie powinno to być zachętą do wytężonego wysiłku i dawać cenne poczucie sprawstwa, jednak w praktyce prowadzi do alienacji, czego dowodem może być choćby fakt, że osławione „życie studenckie” – jeśli pominąć jego aspekt ludyczno-imprezowy – de facto nie istnieje, a celebrowana w poprzednim ustroju „kultura studencka” przypomina anegdotyczne „czeskie dni morza”. Społeczność akademicka staje się zbiorem atomów, z których część jeszcze wierzy w możliwość osiągnięcia indywidualnego sukcesu poprzez wpasowanie się w oficjalne normy (choć zazwyczaj okupione jest to sporym poziomem stresu), zaś inni, liczniejsi, popadają w apatię odbijając się od instytucjonalnej ściany. O jakimkolwiek wspólnotowym działaniu nie ma w tej sytuacji, rzecz jasna, mowy.

Alternatywnym wobec wizji przedsiębiorstwa funkcjonującego na pseudo-rynku modelem uczelni jest koncepcja uniwersytetu jako instytucji służącej wytwarzaniu dobra wspólnego. Oczywiście jest to tylko hasło, pod które trudno podłożyć w tej chwili jakąś wysoce konkretną myśl. Jeśli jednak zdamy sobie sprawę, że wszystkie omawiane tu „precyzyjne” rozwiązania mają w tle dość mętne ideologiczne treści, to zrozumiemy, jak ważne jest przeorientowanie myślenia na tym właśnie abstrakcyjnym i ogólnikowym poziomie.

O co jednak chodzi w mówieniu o „wytwarzaniu dobra wspólnego”? Mówiąc w skrócie, jest niezaprzeczalnym faktem, że polski system edukacji wyższej dysponuje bardzo ograniczonymi środkami (i mówię tu nie tylko o finansach, lecz także o potencjale ludzkim, mocno osłabionym ciągłym „drenażem mózgów”). W optyce pseudo-rynku ta obserwacja zmusza do myślenia na zasadzie: „jak osiągnąć maksymalny efekt przy minimalnych kosztach?”. W optyce dobra wspólnego idzie natomiast o to, by zastanowić się nad zasadniczym pytaniem – jakie dobro chcemy i możemy osiągnąć, biorąc pod uwagę ograniczoność zasobów. Dla przykładu weźmy problem odpłatności za drugi kierunek studiów. W debacie toczonej na ten temat dominowały bądź argumenty technokratyczne (dotyczące kosztów), bądź moralizujące (że to „niesprawiedliwe”, że ktoś studiuje dwa kierunki za darmo). Jeśli zaś przypatrzylibyśmy się tej kwestii z punktu widzenia optyki dobra wspólnego, to okazałoby się, że trudno udzielić tu tak jednoznacznej odpowiedzi, jak w wypadku logiki kosztów i zysków. Pytanie brzmi bowiem: czy lepsza z punktu widzenia dobra wspólnego jest sytuacja, w której można studiować za darmo dwa kierunki, czy ta, kiedy ta możliwość jest zamknięta. W mojej opinii to zależy od kontekstu – w czasach, kiedy państwowe uczelnie wyższe były oblegane, a na dowolny kierunek zgłaszała się absurdalna liczba chętnych, z których wielu było odprawianych z kwitkiem, ograniczanie wielkierunkowości mogło mieć społeczny sens. Dziś, kiedy wiele uczelni publicznych – wyjąwszy najbardziej popularne kierunki – zmaga się raczej z niedoborem chętnych na studia dzienne, umożliwienie darmowego studiowania na wielu kierunkach wydaje się dobrym rozwiązaniem (zapewniałoby stabilność istnienia „niszowych” kierunków oraz dawało szansę pogłębionego rozwoju intelektualnego).

Te rozważania wskazują jednak na bardzo istotną cechę myślenia o uczelniach jako instytucjach dobra wspólnego. Dobro wspólne nie jest czymś danym z góry, czymś co mogłoby być określone po wsze czasy przeze mnie czy kogokolwiek innego. Treść tego pojęcia powinna być wypełniana przez zainteresowanych uczestników – pracowników naukowych i studentów, a nie przez odgórne dekrety. W optyce tej kluczowe jest zatem wzmocnienie mechanizmów partycypacyjnych w tworzeniu i implementacji wszelkich zmian wprowadzanych na uczelniach. Tylko autentyczne możliwości współuczestniczenia w podejmowaniu decyzji mogą bowiem uwolnić nas od zmory arbitralnych, biurokratycznych decyzji, przełamać poczucie bezradności i alienacji.

Tekst jest rozszerzoną wersją referatu wygłoszonego w czasie konferencji Młodzi 2014 „Uczelnie dla studentów, Praca dla Młodych” zorganizowanej przez Demokratyczne Zrzeszenie Studenckie na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *