ankieta międzywojenna
gościnnie, infrastruktura

O gospodarczą samodzielność Polski

AUTOR

Krzysztof Mroczkowski

(ur. 1987) - publicysta, ekonomista i historyk. Propagator zapomnianej historii myśli ekonomicznej i teorii rozwoju. Stały współpracownik „Nowego Obywatela”.

Żadna epoka i żadne społeczeństwo cywilizowane nie może lekceważyć rzetelnego dorobku i doświadczeń przeszłości, choćby same wytknęły dla siebie inne, nowe, odmienne drogi rozwojowe. Tym bardziej zaś znajomość tej historii, choćby w ogólnym rzucie syntetycznym, jest ważna dla tego pokolenia, które stanęło na gruzach przeszłego dorobku i zmuszone jest do budowy nowych fundamentów i nowych zrębów własnej historii.

Eugeniusz Kwiatkowski

 

Przeszłość jest dla każdego narodu zbiorem doświadczeń, lekcji, z których warto korzystać, aby unikać starych błędów i korzystać ze sprawdzonych rozwiązań. Chociaż nie całkiem wyzute ze słuszności są niektóre postulaty „odbrązawiaczy” i pogromców mało krytycznej wersji naszych dziejów serwowanej w powstańczo-martyrologiczno-husarskiej oficjalnej narracji, to należy przyznać, iż znajomość historii jest każdej zbiorowości niezbędnie potrzebna.

Tak jak nie jest przeżytkiem państwo narodowe ze swym potencjałem organizowania impulsów rozwojowych, tak samo potrzebne dla kolektywnej świadomości są pozytywne nauki przeszłości, nawet w uproszczonej formie. Jeżeli tak się nie staje, miejsce, które mogłyby zajmować inspirujące mitologie, zajmuje nie rozumna, chłodna i samodzielna analiza rzeczywistości, ale podszywająca się pod nią mitologia negatywna, bez wielkiej dbałości skrywająca swe oligarchiczne motywacje i skrajnie egoistyczne przesłanie. Właśnie dlatego niezbędne jest kultywowanie pamięci historycznej – nie o „datach” tych lub innych zdarzeń, ale o przemianach dokonywanych pod wpływem intencjonalnego ludzkiego wysiłku – jeżeli idea postępu, poprawy warunków życia ludzi, ma nie być zapomniana.

Budowa Centralnego Okręgu Przemysłowego (1937-39) odbywała się w warunkach, które dziś wydawać się mogą dziwnie znajome. Przed ośmioma dekadami świat nawiedził Wielki Kryzys, spowodowany implozją spekulacyjnej bańki finansowej na giełdzie w Nowym Jorku (1929 rok). Był to okres hegemonii politycznej oligarchii finansowej, zaś w sferze ekonomii – dominacji doktryny liberalnej. Jej symbolami byli amerykański sekretarz skarbu Andrew Mellon i niemiecki kanclerz Heinrich Bruenning, zwolennicy likwidacji skutków załamania polityką drastycznych cięć oszczędnościowych. Recepty liberalne były stosowane powszechnie w większości krajów bogatych, m.in. we Francji i Wielkiej Brytanii, z tragicznymi skutkami tak dla wzrostu gospodarczego czy stanu zatrudnienia, jak i (o ironio) dla budżetów tych państw.

Niezlikwidowanie ryzyka systemowego, którego źródła tkwiły w procederze łączenia przez banki funkcji depozytowo-kredytowych i spekulacyjnych, doprowadziło w 1931 roku do reakcji łańcuchowej i upadku kluczowych banków europejskich. W kolejnych latach trend ten postępował po obu stronach Atlantyku.

Wejście na scenę w 1933 roku politycznego wizjonera, jakim okazał się nowy prezydent USA Franklin D. Roosevelt, zapoczątkowało okres światowego ożywienia gospodarczego. Roosevelt oddzielił amerykański system bankowy od bańki spekulacyjnej ustawą Glass-Steagall Act z 1933 roku. Regulacja ta sprawiła, iż banki mogły podejmować jedynie działalność depozytowo-kredytową, nie narażając się na olbrzymie straty, co wiąże się z działalnością inwestycyjną na rynkach finansowych. Natychmiast podjął się także tworzenia ożywiających gospodarkę programów inwestycyjnych, takich jak kompleksowe programy infrastrukturalno-energetyczne w dolinie rzeki Tennesee. Polityka Roosevelta szybko podźwignęła kraj, z którego jeszcze kilka miesięcy wcześniej robotnicy tysiącami emigrowali do opresyjnego Związku Radzieckiego. Te sukcesy zdają się być wystarczającym wytłumaczeniem, dlaczego władze zacofanej i borykającej się ze skutkami Wielkiego Kryzysu Drugiej Rzeczypospolitej przyjęły w roku 1936 roku wielki program industrializacji i ożywienia gospodarczego. A jednak taka konstatacja byłaby dalece niesprawiedliwa wobec przedkryzysowych osiągnięć polityki gospodarczej i epistemologii Drugiej RP, zaciekle zmagającej się z hegemoniczną ówcześnie myślą liberalną. W rzeczywistości „Nowy Ład” Roosevelta postawił jedynie kropkę nad „i” dla zwycięskich zmagań polskich państwowców nad regresywnym doktrynami liberalizmu gospodarczego.

Jeszcze przed wybuchem kryzysu uboga Rzeczpospolita zbudowała port w Gdyni, która z wioski rybackiej zamieniła się w jedno z 10 największych miast w kraju. Port połączony został z zasobami górniczego Śląska dzięki nowo wybudowanej centralnej magistrali kolejowej. Zdołano również wybudować nowoczesne Zakłady Azotowe w Mościcach. Już w 1928 roku postanowiono z kolei o przyznaniu ulg dla przedsiębiorstw podejmujących produktywne inwestycje w „trójkącie bezpieczeństwa”, czyli przyszłym obszarze Centralnego Okręgu Przemysłowego.

Jak wskazuje nieoceniony badacz dziejów polityki gospodarczej Jan Koziar, w okresie tym wykształciła się Pierwsza Brygada Gospodarcza, „której motywacją był patriotyzm”. Przywołuje on myśl wybitnego działacza gospodarczego okresu zaborów, Stanisława Szczepanowskiego: „Nie ma pospolitszej i grubszej myłki jak ta, która przypuszcza, że rozwój sił ekonomicznych jest wyłącznie wpływem egoizmu, łakomstwa i chciwości. (…) Rozwój ekonomiczny nigdzie na świecie jeszcze się nie pojawił bez współudziału przynajmniej rzetelności, uczciwości, pracowitości i umiejętności (…)”. Myśl Pierwszej Brygady Gospodarczej, której jednym z liderów był prezydent stolicy Stefan Starzyński, została wyrażona w pracy Pięć lat na froncie gospodarczym 1926 – 1931 w ten sposób: „Negacja i przestarzałe teorie nie obaliły w ciągu tych kilku lat ich [ludzi brygady] myśli. Wyszły one zwycięsko z dyskusji o tzw. „etatyzmie” i życie na każdym kroku potwierdza ich słuszność. To zaś, co najbardziej było wyszydzane, planowość życia gospodarczego, dziś staje się powszechnie uznanym postulatem zarówno w całej Europie, jak również i u nas.” W tym samym czasie powstał również Państwowy Instytut Eksportowy, ułatwiający działalność eksportową polskich przedsiębiorców.

Gospodarczy kapitanowie II RP rozumieli zatem płytkość panujących doktryn, opartych na statycznym pojmowaniu procesów gospodarczych i dawali temu wyraz w swych pracach i przemówieniach. Przedwojenna Polska była państwem bez wątpienia zacofanym, a większość jej ludności żyła w ciężkich warunkach. Posiadała jednak liderów zdolnych zainspirować zmianę zastanego stanu rzeczy. Ich myślenie było zaś oparte nie o wizję „nieuniknionych” procesów gospodarczych w duchu „niewidzialnej ręki rynku”, lecz o ich odwrócenie: teraźniejszość była definiowana przez wizję osiągnięć przyszłych.

Liberalna myśl ekonomiczna opiera się w istocie na koncepcji rodem z „Bajki o pszczołach” Bernarda Mandeville’a mówiącej, iż dobro społeczne osiągane jest tylko i wyłącznie dzięki egoistycznym działaniom jednostek, zaś wszelkie próby intencjonalnego, dobrodusznego działania na rzecz dobra wspólnego kończą się katastrofą. Idiom ten został zaakceptowany przez rzekomego „ojca ekonomii” Adama Smitha, który ideologię „sumy egoizmów” działającej na rzecz tworzenia bogactwa narodów ubrał w mit opatrznościowej „niewidzialnej ręki” wolnego rynku. Tym samym pozytywny wpływ intencjonalnej działalności na rzecz dobra wspólnego (w który wierzyli chociażby Staszic, czy Kwiatkowski) został uznany za niemożliwy. Co gorsza, klasyczni liberałowie (a za nimi marksiści) pomijali kluczową w tworzeniu bogactwa rolę ludzkiego umysłu. Zredukowano rolę w ten sposób człowieka do obiektu odbierającego i reagującego na impulsy, nie zaś tworzącego rzeczywistość podmiotu. Jest to oczywista nieprawda: bogactwo narodów tworzone jest w istocie najpierw niematerialnie. To twórcze właściwości ludzkiego umysłu (nie brane pod uwagę w de facto statycznym ujęciu liberalnym) powodują, że ewolucja społeczeństw nie jest chaotycznym procesem, lecz progresją na rzecz coraz lepszych, „nie-zwierzęcych” warunków życia ludzi. To one pozwalają dokonywać przełomów naukowo-technicznych, które są prawdziwym źródłem postępu.

W roku 1936 zdecydowano o budowie Centralnego Okręgu Przemysłowego. Był to zakrojony na wielką skalę, kompleksowy projekt modernizacji państwa. Wbrew przemilczaniu historii COP w PRL i IIIRP, jak wskazuje prof. Wojciech Morawski, „COP pozostaje dla Polaków słusznym powodem do dumy”. Dalekowzroczna wizja, której emanacją był COP miała swe źródła tak w chęci podniesienia poziomu życia społeczeństwa, jak i w podrażnionej ambicji części polskich elit. Jak mówił E. Kwiatkowski: „złem jest fakt, że Państwo (…), które dysponuje ludźmi, obszarem i względnym bogactwem surowców – w zakresie walorów gospodarczych w XX w. znalazło się na szarym końcu narodów w Europie”. Pierwszy plan, przewidujący na lata 1937-1940 przekazywanie blisko jednej trzeciej budżetu na cele inwestycyjne (ewenement na skalę europejską!), miał być zaledwie wstępem do kolejnego, 15-letniego programu odbudowy przemysłu, wyrównywania szans między Polską A a Polską B oraz integracji gospodarczej Kresów.

Polityka pro-przemysłowa była w II RP sprzęgnięta z celem poprawy życia ludzi (inaczej niż w Związku Sowieckim). Jednym z przejawów tej zasady był dopasowanie płac do zamierzonego, wyższego pułapu życiowego (tzw. parity price, parytet zarobków i wydatków). Uzasadnienie takich a nie innych założeń nie leży wyłącznie w etyce „sprawiedliwości społecznej”: w długim okresie rozwój gospodarczy zależy w pierwszym rzędzie od czynnika ludzkiego. To właśnie rozpowszechnianie wiedzy i zwiększanie potencjału rozwojowego społeczeństwa (np. poprzez dłuższy wypoczynek, czy przez rozwój edukacyjny i kulturalny) są prawdziwymi motorami postępu.

Projekty gospodarcze międzywojennej Polski nie były zatem fantasmagoriami kliki pułkowników, jak to nieraz usiłuje się przedstawiać. Umożliwiały one, a nie powstrzymywały, realizację celów społecznych. Nie tylko dlatego, iż jednym z wyrażonych wprost celów powstania COP było przeciwdziałanie wysokiemu bezrobociu w jego regionie.

Troskę architektów gospodarki II RP o sprawy socjalno-bytowe widać zresztą w „detalach”, takich jak masowa budowa osiedli robotniczych o wysokim standardzie. Warto pamiętać o wyjściowo nędznych warunkach bytowych obywateli II RP. Nawet w najbogatszej w Polsce „perle wśród miast”, „Paryżu Wschodu” – Warszawie, w 1931 roku 54% mieszkań było jednoizbowych. COP stał się okazją do poprawy standardu życia robotników. Jak wskazuje M. Furtak, przy gabinecie wicepremiera Kwiatkowskiego utworzono Biuro Planowania Krajowego, regionalnie zaś „za wygląd tkanki urbanistycznej odpowiadały Biura Regionalnego Planu Zabudowania powoływane w latach 30-tych w całej Polsce.”

Oto jedno z przykładowych osiedli:

osiedle

Osiedle „Praca”. Na planie widoczna sygnatura arch. Michała Niedzielskiego, który prawdopodobnie projekt jedynie zatwierdzał.

Źródło: Archiwum Państwowe w Kielcach. Akta UWK I, sygn. 18433

 

Jak wyglądały robotnicze mieszkania na przykładowym osiedlu?

„Najmniejszą jednostkę osiedla – dom bliźniaczy (autorem był słynny projektant z ramienia T.O.R. [Towarzystwa Osiedli Robotniczych] arch. R. Piotrowski z Warszawy) zaprojektowano jako założenie piętrowe, z elewacjami kalenicowymi na osi wschód – zachód. Ściana wewnętrzna dzieliła obiekt symetrycznie na dwie części. Połowa domu składała się z jednego pokoju – saloniku, alkowy, kuchni, klozetu na parterze oraz sypialni i strychu na piętrze. W ten sposób w zależności od kondygnacji wyraźnie zróżnicowano podział na część dzienną i nocną. W każdym mieszkaniu doprowadzono do kuchni wodę i przygotowano zlew. W centrum rozplanowania znalazł się wolnostojący komin. Domki nie posiadały podpiwniczenia. Na piętrze, przestrzeń strychową większość mieszkańców zaadoptowała na potrzeby drugiego pokoju lub sypialni. Jednocześnie funkcję magazynową mogły pełnić drewniane komórki znajdujące się w ogrodach.

Architekturę budynków cechowała oszczędność środków wyrazu. Elementem charakterystycznym domków stała się kamienna podmurówka, funkcjonalna stolarka oraz pionowe szalowanie poddasza w osi elewacji. Całość tonęła w obszernych zieleńcach tworząc swoiste przedmieście znane z koncepcji miasta – ogrodu.” [M. Furtak]

Ten opis mówi chyba więcej o prawdziwym wymiarze ambicji bardzo ubogiej, lecz dynamicznej II RP, niż wszystkie fabryki, lukstorpedy, czy zapory wodne. Właśnie ten dom, lepiej niż „Adria”, ułani, czy Prudential pokazuje, iż IIRP była państwem niezwykłym: o wielkich wadach, ale też ogromnych nadziejach na przyszłość. Państwem, które nie przestało dążyć do spełniania swej najważniejszej funkcji: służby zbiorowości.

Z tej właśnie misji służenia swym współobywatelom i troszczenia się o byt przyszłych pokoleń młoda, międzywojenna Polska czerpała swą ambicję. I chociaż pod wieloma względami była tak samo jak dziś zapóźniona wobec światowej czołówki, to nie była w tym stopniu co dziś krajem peryferyjnym. Wskazuje na to odwaga tworzenia rozwiązań i realizowania przedsięwzięć nowych, pozbawionych precedensu; twórczy zapał, który opanował kraj, opisywany choćby przez Wańkowicza. Takich właśnie lekcji, wynikających z naszej historii, nie wolno nam pominąć.

Krzysztof Mroczkowski

 

Redakcja Nowych Peryferii przypomina, że cykl międzywojenny ma charakter otwarty. Więcej o założeniach cyklu znajdą Państwo we wstępniaku. Zachęcamy do nadsyłania własnych szkiców publicystycznych poświęconych wybranym aspektom polskiego dwudziestolecia międzywojennego.

drukuj

KOMENTARZE

  1. Nie zgadzam się z autorem, że COP był tak wielkim projektem inwestycyjnym, że trzeba nad nim wzdychać. Gdyby nie było II wojny światowej, to może byłby to plan, który osiągnął dość dobre wyniki z racji konkurencji z gigantycznymi planami gospodarczymi Niemiec i ZSRR w tamtym okresie. Ale nad tym możemy tylko gdybać. W stosunku do wielkości PKB inwestycje w II Rp wynosiły przez wiekszość dwudziestolecia 8-10% ówczesnego PKB, a stosunek ten był niski z powodu dużego udziału w nim rolnictwa, w które sie prawie nie inwestowało. Generalnie poza Gdynią i COP nic nie zbudowano. Nie wiem nawet czy udział inwestycji w COP osiągnął choćby takie rozmiary w stosunku do PKB jak „efekt autostradowy” w ciągu ostatnich 5 lat. Dla przypomnienia stopa inwestycji w PRL wynosiła zwykle około 30%, a w połowie lat 50. i 70. nawet ponad 35% ówczesnego PKB. W latach 80. spadła do 20% i wokół tego poziomu kształtuje sie w III RP.

  2. „w „trójkącie bezpieczeństwa”, czyli przyszłym obszarze Centralnego Okręgu Przemysłowego”

    Niezupełnie. Nie na przyszłym obszarze, lecz na części (i to relatywnie znikomej) przyszłego obszaru. Mianem trójkąta bezpieczeństwa określano fabryki zbrojeniowe w Radomiu, Skarżysku i Pionkach, czyli na obszarze w przyszłym COP leżącym marginalnie. Z kolei tzw. właściwy COP to Stalowa Wola, Mielec i ich okolice. Określano je okręgiem sandomierskim, w odróżnieniu od kieleckiego (m.in. wspomniane wyżej Radom, Skarżysko) oraz lubelskiego (np. Świdnik). Wbrew pozorom jest to dość ważne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *