AUTOR

Agata Młodawska

urodzona w roku 1983. Absolwentka wiejskiej podstawówki oraz Instytutu Socjologii UJ, gdzie w 2007 roku obroniła pracę magisterską. Współzałożycielka i współpracowniczka Nowych Peryferii. Najczęściej mieszka w Hiszpanii, z kilkumiesięcznymi przerwani na wizyty w Polsce. Interesuje się teoriami postkolonialnymi, które stara się twórczo zmiksować z teoriami rozwoju, wskutek czego znajduje pewne podobieństwa między procesami społecznymi w różnych częściach globu. Duże wrażenie zrobiły na niej publikacje Fatimy Mernissi, Michaela Buroway’a, Elisabeth Dunn, Davida Osta, Brunona Latoura, Saskii Sassen, Edwarda Saida, Amartyi Sena, Chantal Mouffe, Juana Goytisolo, Pierra Bourdieu oraz Ani Loomby. Zawodowo zajmuje się realizacją i koordynowaniem badań społecznych, co sprowadza ją na manowce współpracy z rozmaitymi instytucjami (m. in. Bankiem Światowym). W wolnych chwilach blogerka i autorka reportaży.

Obecnie mamy mniej studentów pochodzących ze wsi niż przed wojną – mawiają prowadzący. Jesteś przypadkiem nietypowym, nic więc dziwnego, że koleżanki i koledzy chcą się o tobie jak najwięcej dowiedzieć. Oto kilka przykładowych pytań:

A czy u was jak ktoś nie chodzi do kościoła, to go wytykają palcami?

To wy tam macie ulice?

Czy jestem na tych studiach jedyną osobą z Krakowa? Dlaczego wy nie studiujecie w swoich miastach!

Bo w mojej wiosce nie ma uniwersytetu – grzecznie odpowiesz, zastanawiając się, skąd właściwie biorą swoją wiedzę na temat polskiej prowincji prestiżowi studenci prestiżowego uniwersytetu, licytujący się na ilość długich i trudnych wyrazów w długich i trudnych monologach. Podczas zajęć recytację terminów socjologicznych czasem przerywają wstawkami takimi jak „przecież teraz każdy może pojechać do galerii i się modnie ubrać, więc o co chodzi”. Myślisz sobie, że większość prawdopodobnie zdobędzie dyplom mając dość blade wyobrażenie o znacznej części polskiego społeczeństwa.

Jeżeli ktoś liczył na to, że studia socjologiczne mogą rozwijać wrażliwość społeczną studentów i studentek, powinien czym prędzej zajrzeć do skryptów i notatek, żeby pozbyć się złudzeń. Społeczne zaangażowanie nauki na ogół przedstawiane były jako relikt minionej epoki, który należało grzecznie odłożyć do muzeum i tylko od czasu do czasu wypożyczać na tematyczne imprezy studenckie z kolorofonami i muzyką z lat 80. w tle. Komentując twórczość Marksa na wykładzie, należało obowiązkowo powiedzieć jakiś dowcip o kolejkach i pustych półkach. Następnie można było gładko przejść od pustych półek do krytyki nagannych zachowań polskich studentów: w Stanach Zjednoczonych, proszę państwa, nigdy by podobne zdarzenie nie miało miejsca, nikt się nie spóźnia, wszyscy czytają teksty i piszą olśniewające eseje. Wprawdzie współczesna socjologia nie jest wolna od szkodliwych mód (postmodernizm) i zagrożeń (lewacki aktywizm[1], którego przejawem jest publiczna socjologia[2]), ale można temu zaradzić, odpowiednio układając indeks ksiąg obowiązkowych wolny od „burawoyów” i jemu podobnych „latourów”. Należy również nieustannie podkreślać, iż jedynie czysty i niewinny obiektywizm metodologiczny  może nas ocalić.

Rzecz znamienna – obiektywizm metodologiczny był standardem wyznaczającym jakość cudzej pracy. Własna, w domyśle, nie potrzebowała tak surowych kryteriów ocen. Jak napisał David Ost, który w latach 90. prowadził badania terenowe w polskich zakładach przemysłowych: Doskonale pamiętam reakcje intelektualistów z prawa i lewa na moje projekty badań w Mielcu. Mieli własne wygodne wyjaśnienia na temat tego, co dzieje się „w kraju”, a więc w miastach takich jak Mielec, i nigdy nawet nie przez myśl im nie przeszło pojechać tam i sprawdzić czy te wyjaśnienia mają jakikolwiek sens[3].

Wiadomo, nadmiar interakcji szkodzi, można zatracić cenny obiektywizm nabyty poprzez wieloletnie studiowanie dzieł amerykańskich mistrzów. Lepiej ograniczyć swój kontakt z ludem do rozmów z taksówkarzami, pomiędzy jedną a drugą krytyką ponowoczesnych mód pokroju postkolonializmu.

 

Chłopi Polsce szkodzą

 

Utytułowani socjologowie powtarzali zatem do ochrypnięcia slogany o homosovieticusach formułujących czarne sotnie na polskiej prowincji, wyuczonej bezradności czy o braku kompetencji cywilizacyjnych, o nietolerancji nie zapominając:

„Te  grupy,  które  z  natury  swojego  zawodu  mają  charakter  kosmopolityczny,  których członkowie wchodzą w częste kontakty ponadlokalne, identyfikują się ze środowiskami o  składzie  międzynarodowym  ‐  łatwiej  godzą  się  z  odmiennościami  zwyczajów,  przejawiają  większą  tolerancję.  Przykładem  jest  środowisko  artystyczne,  naukowe,  dziennikarskie.  Natomiast  te  grupy,  których  zawód  jest  z  natury  lokalny,  są  na  ogół  bardziej  nietolerancyjne. Przykład: rolnicy.”[4]

Za sprawą wykreowanych na dziennikarskich ekspertów przedstawicieli nauk społecznych, takich jak cytowany wyżej Janusz Majcherek, przekonania, że „wiejski” i „nietolerancyjny” są synonimami, a mieszkańcy wsi skupiają jak w soczewce wszystkie najgorsze polskie cechy, zaczęły wykraczać poza sale wykładowe. Oto diagnoza: chłopi są pasożytami, żyją z zasiłków, subwencji i świadczeń. Jeżeli pracują, to tylko na czarno. Mowy nie ma o dojeżdżaniu do pracy do najbliższego miasta; żaden mieszkaniec wsi nie jest na tyle zaradny. Ponadto, mieszkańcy polskiej wsi mają wyjątkowo paskudne charaktery i w 2010 głosowali na kandydata niewłaściwej partii:

To mieszanina roszczeniowości, pazerności, cwaniactwa i nieufności. Polityk opierający się na bazie społecznej o takim profilu mentalno-kulturowym nie tylko nie może mówić i myśleć o gruntownych przekształceniach modernizacyjnych i innowacyjnych, jakich potrzebuje Polska, lecz musi – niezależnie od tego, czy sam też ma taką mentalność – odwoływać się do najbardziej prymitywnych wyobrażeń o świecie oraz anachronicznych przekonań o państwie, społeczeństwie i polityce[5].

W 2012 roku chłopi nadal są pazerni, zaborczy i chciwi, psują kraj od środka, a partia reprezentująca ich interesy dopuszcza się korupcji. Zmieniła się tylko jej nazwa: w 2010 partią najbliższą chłopom był PiS, w 2012 jest to PSL. Mieszkańcy wsi wciąż żyją na koszt europejskich i polskich podatników oraz niezmordowanie utrudniają życie klasie średniej. W konsekwencji skutecznie powstrzymują modernizację.[6]

Co z nimi  zrobić? Widać wyraźnie, że „pieniądze chłopom szkodzą”, należy celowo prowadzić politykę zmierzającą do pogorszenia poziomu życia na wsi. Wtedy jej mieszkańcy nie będą mieli wyjścia i wyemigrują masowo do miast:

Na wsi to nie będzie możliwe, przynajmniej na skalę wymaganą przez liczbę tej ludności i jej koncentrację w najsłabiej rozwiniętych regionach kraju. Aby jednak chcieli jej szukać w mieście, różnica między dotychczasowym a możliwym do uzyskania standardem życia musi być na tyle wyraźna, by kompensowała trudy związane ze zmianą miejsca i sposobu życia.[7]

 

Co właściwie mieli by tym mieście robić w sytuacji, kiedy nie rozwija się przemysł i powstaje niewiele miejsc pracy? Nie warto sobie zawracać głowy tak nieistotnymi detalami.

 

Socjologiczny orientalizm

 

Lektura „Orientalizmu” Edwarda Saida mogłaby  wskazać na kilka podobieństw pomiędzy klasycznie nowoczesnymi polskimi socjologami a dzielnymi cywilizacyjnymi misjonarzami w postaci lorda Cromera:

Europejczyk ma umysł ścisły, jego stwierdzenia faktu pozbawione są wszelkiej dwuznaczności, jest urodzonym logikiem choć nigdy logiki nie studiował; jest od urodzenia sceptyczny i nim przyjmie prawdziwość jakiejś tezy domaga się przedstawienia dowodów; jego wyszkolona inteligencja pracuje jak wyszkolony mechanizm. Natomiast umysłowi człowieka Orientu, podobnie jak tamtejszym malowniczym ulicom wybitnie brakuje symetrii. Jego rozumowanie jest wyjątkowo niechlujne (…)Spróbujcie uzyskać stwierdzenie faktu od przeciętnego Egipcjanina. Jego wyjaśnienia na pewno będą długie i pozbawione klarowności, zapewne zaprzeczy też sam sobie wiele razy. A często załamie się pod najłagodniejszym nawet krzyżowym ogniem pytań)[8].

 

Co łączy ze sobą teksty Cromera i Majcherka? Najbardziej istotnym elementem jest przekonanie, że cechy społeczno-demograficzne, takie jak miejsce zamieszkania czy pochodzenie etniczne przekładają się na pewien ściśle określony zestaw cech osobowościowych. Ten manewr sprawia, że zanika różnica pomiędzy cechami społeczeństwa jako systemu a cechami ludzi – aktorów społecznych. Monika Bobako nazwała to przekonanie „rasizmem kulturowym”:

„Mówiąc o urasowianiu w kontekście polskiej transformacji mam zatem na myśli

 mechanizm legitymizowania nierówności i wyzysku, zgodnie z którym najpierw wytwarza się

 i esencjalizuje pewne charakterystyki upośledzonych ekonomicznie grup społecznych, a

 następnie wskazuje się je jako przyczynę, a także uzasadnienie tych nierówności.”[9]

 

Przykładem może być opisana przez Elisabeth Dunn popularna w latach 90. reklama Frugo:

„Reklamy frugo przeciwstawiały sobie nie tylko świat socjalistyczny i kapitalistyczny, ale także socjalistyczne i kapitalistyczne osoby (…) jednych ludzi kategoryzowano jako „elastycznych, racjonalnych i indywidualistycznych”, podczas gdy innym przypisywano etykietkę „biernych, kolektywistycznych i sztywnych”, a więc a priori niezdolnych do odgrywania ważnej roli w transformacji ekonomicznej.[10]

Rzekome „cechy mieszkańców polskiej wsi” nie ograniczają się wyłącznie do powyższego zestawienia. Dochodzi do nich jeszcze konserwatyzm obyczajowy. Zarówno liberalni jak i konserwatywni publicyści zakładają z góry, że wieś jest ostoją tradycyjnego polskiego katolicyzmu, ignorując fakt, że poziom religijności różni się znacznie pomiędzy poszczególnymi regionami. Podobnie, silne jest przekonanie, że głosowanie na PO jest cechą mieszkańców wielkich miast, podczas gdy małe miasteczka i wsie stanowią wierny elektorat PiS-u. Jak napisał Krzysztof Posłajko, ta sztampa rządzi rodzimym życiem publicystycznym – i to zarówno w postaci straszenia ciemną masą uskutecznianego przez „Gazetę Wyborczą”, jak i w wersji obrony poczciwego ludu przed libertyńską zarazą, która dominuje w środowisku „Rzeczpospolitej”, a w bardziej skrajnym wydaniu w „Gościu Niedzielnym”.[11]

Karykaturalnym przykładem tego poglądu może być tekst Agnieszki Graff, która latem 2010  roku spędziła wakacje na Podlasiu. Podróż ta, z opisu sądząc, była wyczynem na miarę badań terenowych Bronisława Malinowskiego:

Podlasie. Upał. Krowy muczą. Pod drzewami zalegają zziajani rowerzyści, na drzewach wiszą smętnie plakaty z Kaczyńskim. Przed wyborami wiszą, a i długo po. Świerszcze grają. Muchy żyć nie dają, na lepach znamy się jak mało kto i już nas przestały brzydzić. Zasięgu nie ma (dwie kreski koło studni Gienka, a i to nie zawsze), ani internetu (u Wiesia był, ale ostatnio coś nie teges). „Wyborczej” ani widu, o „Przekroju” nawet nie słyszeli. Jest za to w gminnym sklepie takie jedno pismo o hodowli bydła, nie żebym miała kupić, ale jego dostępność daje mi dziwne poczucie zadowolenia. Radio w aucie łapie jedynkę oraz Maryję, które zresztą zdarza nam się pomylić. Wolimy nie ryzykować wpadki, więc puszczamy stare piosenki (…). Krótko mówiąc, miesiąc w raju. Szczytowe wydarzenie dnia to przybycie do wsi sklepu, czyli furgonetki, gdzie do wyboru bułka, ser, ogórki. Jak sklep przyjedzie to trąbi, pół wsi się zlatuje. Aha, dla jasności dodam, że Komorowski na drzewach nie wisi nigdzie w okolicy. Najbliżej to w Supraślu go widziałam na płocie koło ekskluzywnej knajpy o nazwie „Bohema”. Walki politycznej to tu nie było raczej. Wiadomo, krzyżyk przy pierwszym nazwisku i już. „U was w mieście to inaczej głosują, no nie?” – zagaduje sąsiad, przyjaźnie, bez urazy”.[12]

Tu kultura, tam natura, tu Komorowski, tam Kaczyński. Nic dodać, nic ująć. Tak zwany „lud” to wyborca PiS, grupa jednolita, w której różnice światopoglądowe nie występują.

Zapytać można jednak za Krzysztofem Posłajko: Czy młody wyborca lewicy z takiego miasteczka gdzieś w Lubuskiem jest w mniejszym stopniu ‘ludem’ niż takiż sam młodzieniec z małego miasteczka na Lubelszczyźnie idący „po kościele” głosować na PiS? Przykłady niejednolitości „ludu” można by mnożyć – czy właściciele willi w podwarszawskich miejscowościach są w takim samym stopniu ludem, jak byli pracownicy PGR-ów?

 

Rozpustny plebs vs liberalne elity

 

Przekonanie o konserwatyzmie ludowym ma również inne konsekwencje. Jakiekolwiek odstępstwa od tego wzoru są przedstawiane w tonie paniki moralnej jako ostateczny upadek obyczajów i akt rozpusty. Ciekawym przykładem takiego podwójnego standardu oceny rozrywek młodzieży jest poniższy fragment przygotowanego na zlecenie rządu Donalda Tuska raportu „Młodzi 2011”:

Niemniej kultura picia odsłania dwa różne światy – młodzieży lepiej wykształconej (licealnej, studenckiej), która zazwyczaj ma więcej pieniędzy i inne ludyczne nawyki (bardziej chodzi o formę – „fun”, wygłup, fantazję, wyczuwanie się w gromadzie) oraz młodzieży „nie-wykształconej”, biedniejszej (która lubi się upić i zupełnie na serio demonstrować swój – z reguły negatywny – stosunek do świata).[13]

„Osoby z klas wyższych mają partnerów, plebs – konkubentów” – można podsumować, cytując Kingę Dunin[14]. Autorzy raportu „Młodzi 2011” w tym fragmencie nie odnoszą się wprawdzie do podziału na wieś i miasto, niemniej jednak cały dokument podszyty jest przekonaniem, że mieszkańcy wsi i przedstawiciele klas niższych są tymi samymi osobami. Tym samym założenie , że mieszkańcy wsi są „bardziej polscy” niż reszta, prowadzi do przekonania, że klasy niższe są „bardziej polskie” niż elity. Polskość to chłopskość, chłopskość to bieda i zacofanie, bieda i zacofanie to polskość.

Liczebność klasy chłopskiej miałaby być tym, co wyróżniało i wyróżnia Polskę na tle Europy i przesądza o jej zacofaniu gospodarczym. Są chłopi, jest problem. Nie ma chłopów, nie ma problemu. Możemy w pełni cieszyć się naszą europejskością.

 

Postkolonializm i co dalej?

 

Teoria postkolonialna skłania do refleksji nad stanem polskiej socjologii oraz dostarcza nowych perspektyw. W tym momencie można zadać pytanie: dobrze, wiadomo, że nauki społeczne bywają miałkie, a w Polsce jest źle, ale co właściwie mamy z tą wiedzą dalej zrobić? I jakiej właściwie alternatywy dostarcza teoria postkolonialna, która, jak wskazała Ania Loomba[15], jest zdominowana przez literaturoznawstwo i w efekcie marginalizuje kwestie gospodarcze? Wniosek, że teoria postkolonialna może być zastosowana do analizy relacji wewnątrz polskiego społeczeństwa powinien być raczej początkiem debaty, niż jej ukoronowaniem. Połączenie analizy nierówności klasowych z postkolonialną perspektywą mogłoby być interesujące poznawczo – pod warunkiem, że rezultatem tego połączenia byłby nowy pozytywny projekt emancypacji wsi, daleki od pomysłów powstałych na gruncie wyuczonej eksperckiej bezradności.



[1]   „…lewacki aktywizm przynoszący ideologizację i polityzację

socjologii, wzywający do akcji rewolucyjnej a nie do myślenia,

przemawiający do emocji a nie do rozumu, prowadzący socjologów

na barykady zamiast do bibliotek. Najnowszy przykład to moda na

tzw. socjologię publiczną, lansowana przez amerykańskiego

socjologa Michaela Burawoya, być może ostatniego leninistę wśród

socjologów i jedynego socjologa wśród leninistów”. Piotr Sztopmka, „10 tez o socjologii” wykład inauguracyjny dla studentów pierwszego roku socjologii UJ. Treść wystąpienia dostępna jest pod adresem http://www.socjologia.uj.edu.pl/images/uploads/weblog_files/Wykad_inauguracyjny_w_UJ_2012_final-1_d540477e2f7f03e11b1938cb344c6703.pdf.

[2]   Michael Burawoy wyróżnia dwa typy socjologii publicznej tradycyjną (aktywność publicystyczną) i organiczną (współpracę z ruchami pracowniczymi, wspólnotami sąsiedzkimi, wspólnotami wiary, grupami walczącymi o prawa dla imigrantów czy organizacjami

ochrony praw człowieka

).

[3]   D. Ost. Wprowadzenie w: Dunn E., „Prywatyzując Polskę. O  Warszawa: Wydawnictwo Krytyki Politycznej, s. 10.

[4]   P. Sztompka (2007) „Socjologia. Analiza społeczeństwa”. Kraków: Znak, s. 198.

[5]   J. Majcherek (2010) Dziwne sympatie polityczne wsi. „Gazeta Wyborcza” z dn. 01.07.2010.

[6]   J. Majcherek (2012) Hamulcowi modernizacji. „Gazeta Wyborcza” z dn. 22.08.2012.

[7]   J. Majcherek (2010) Pieniądze szkodzą polskiej wsi. „Gazeta Wyborcza” z dn. 16.02.2010.

[8]   E. Said (2005) „Orientalizm”. Poznań: Zysk i S-ka, s. 75.

[9]   M. Bobako (2001) Konstruowanie odmienności klasowej jako urasawianie. Przypadek polski.

 

Biblioteka Online Think Tanku Feministycznego. Tekst dostępny pod adresem URL http://www.ekologiasztuka.pl/pdf/f0108Bobako2011.pdf

[10] E. Dunn (2009) „Prywatyzując Polskę. O bobofrutach, wielkim biznesie i restrukturyzacji pracy”. Warszawa: Wydawnictwo Krytyki Politycznej, s. 77 – 78.

[11] K. Posłajko (2010) „Polski konserwatyzm to zabawa klasy średniej”. Tekst opublikowany 24.10.2010 w portalu „Nowe Peryferie”. Dostępny http://nowe-peryferie.pl/index.php/2010/11/polski-konserwatyzm-to-zabawa-klasy-sredniej/.

[12] A. Graff Muchy i demony, czyli miesiąc na Podlasiu. Tekst opublikowano 07.08.2010 na portalu Krytyki Politycznej. Dostęp: http://www.krytykapolityczna.pl/Opinie/GraffMuchyidemonyczylimiesiacnaPodlasiu/menuid-197.html

[13] Raport „Młodzi 2011”. Praca zbiorowa pod redakcją Krystyny Szafraniec. s. 327.

[14] K. Dunin Dlaczego nie napiszę do Kory. Tekst opublikowano 29.08.2012 na portalu Krytyki Politycznej. Dostęp http://www.krytykapolityczna.pl/Dunin/DlaczegonienapiszedoKory/menuid-68.html.

[15] Zob. Ania Loomba. 2011. „Kolonializm / Postkolonializm”. Poznań: Wydawnictwo Poznańskie.

 

Tekst ukazał się pierwotnie w numerze 21/2012 Magazynu Kontakt.

drukuj

KOMENTARZE

  1. @Swistak, chyba nie zrozumiałeś artykułu. Chodzi o to, żeby nie uogólniać. Czemu ktoś mieszkający w Krakowie ma być bucem, tylko dlatego, że mieszka w Krakowie? Na jakiej podstawie przypisujesz mieszkańcom Krakowa poglądy konserwatywno-neoliberalne?

    W zasadzie swoim postem przekreśliłeś cały artykuł.

      1. ale co ma niby z tego sondażu wynikać? Że w innym mieście, na innym uniwersytecie takich uprzedzeń nie ma? W liberalnej Warszawce wypełnionej nomen-omen „słoikami” jest owym „słoikom” lepiej? Że niby wszelkiej maści autorytety, jak chcą po kimś pojechać, to nie wyciągają jakichś klisz w stylu „wiejska mentalność”, „chamska pazerność” itd.?

  2. Trochę bzdurny ten tekst.

    Po pierwsze, prowincją jest wszystko co nie jest stolicą. Czyli Kraków też jak najbardziej ową prowincją jest.

    Po drugie, trzeba było na te całe studia iść do stolicy (Warszawy). Tam raczej nie spotkałabyś się z takimi „pytaniami” (jeśli tak już bardzo ci to przeszkadza, bo normalny człowiek to raczej na debili stawiających takie pytania uwagi nie zwraca).

    Po trzecie, jak dla mnie symbolem prowincji rozumianej jako zaściankowość jest właśnie Kraków (choć oczywiście nie wszyscy tam mieszkający).

  3. „Dlaczego wy nie studiujecie w swoich miastach!”

    Akurat tutaj to ktoś chyba zadał słuszne pytanie. Każdy region (każde województwo) ma swój tzw. ośrodek akademicki, a niektóre, te większe, mają ich po kilka. Oznacza to, że z prawie każdego mniejszego (nieakademickiego) miasta można bez trudu codziennie dojeżdżać na uczelnię. Są oczywiście wyjątki, ale na ogół jest to wykonalne.

    Nie wiem, skąd autorka tego teksu pochodzi, po tym UJ przypuszczam jednak że skądś w geograficznie południowej połowie kraju. Jeśli np. z Ropczyc – może sobie przecież studiować w Rzeszowie, jeśli z Kraśnika – w Lublinie, jeśli z Buska – w Kielcach itd. W tym kontekście owym swoim miastem jest właśnie Rzeszów, Lublin, Kielce. Po kiego grzyba pchać się do… Krakowa???

    „Bo w mojej wiosce nie ma uniwersytetu”

    Bezsensowna odpowiedź, bo uniwersytetu nie ma nie w wiosce autorki, ale w każdej wiosce na kuli ziemskiej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *