Filip Białek

AUTOR

Filip Białek

ur. 1984, członek redakcji Nowych Peryferii, czasem pisze też gdzie indziej

Modernizacja zgodna z zachodnimi wzorcami, czy polityka tak zwanych małych narracji? A może twórcze przekroczenie powyższej alternatywy? O jakich wzorach myślimy? Jaki Zachód wyłania się z marzeń, pragnień, a jaki jest możliwy w obliczu stanowiska europejskich zarządców, w zderzeniu z realną władzą praw, instytucji, z politycznymi uwikłaniami? Propozycje odpowiedzi na te pytania leżą u podstaw sporu pomiędzy ABR, a redakcją NP – a dla współczesnej Polski (i to jest w swej grozie najistotniejsze) stanowią sprawę gardłową. Spór jest zasadniczy, dlatego rozbieżności należy wskazać konkretnie, a nawet powinno się je z całą mocą wyostrzyć.

Na tekst Agaty Bielik-Robson można odpowiedzieć na wiele różnych sposobów. Można np. wskazać, że antymodernizacyjne postawy raczej nasilają się w krajach kolonizowanych niż słabną. Badacze postkolonialni dobitnie wskazywali, że rola kobiety znacząco pogarszała się w krajach “Trzeciego Świata” po kolonizacji. Mężczyźni tracili władzę w sferze publicznej więc żądali większej w sferze prywatnej.

Można również dość łatwo udowodnić, że kraje spoza ścisłego centrum, które naprawdę przyswoiły sobie oświeceniowe wartości to te, które dokonały tego w sposób w miarę autonomiczny. Tzn. tam gdzie zachodni kupiec przybywał ramię w ramię z żołnierzem miejscowy lud tylko tracił i posuwał się w jeszcze większe zacofanie. Kapitalizm nieodłącznie związany jest tylko z jednym systemem wartości, a system ten oparty jest na matematycznym znaku nierówności. Jeśli więc może on zadomowić się gdzieś w swojej najprostszej formie, to nie będzie niósł ze sobą żadnych naddatków w postaci ideałów oświecenia. Po cóż miałby to robić? Jeśli kolonializm ma rzeczywistą zdolność emancypacyjną, to dlaczego ludy, które zostały skolonizowane najwcześniej są ciągle bardzo słabo zmodernizowane (o ile – oczywiście – fizycznie przetrwały do naszych czasów)? A te, które były wystarczająco silne, by oprzeć się kolonizacji całkiem nieźle radzą sobie z modernizacją?

Można by też pokazać, że Agata Bielik-Robson pomija dynamiczną strukturę kapitalizmu. Weźmy ten fragment:

Dokładnie tak, jak twierdził Marks w Manifeście komunistycznym, którego pierwsza część stanowi w istocie wielką pochwałę modernizacyjnych mocy kapitalizmu: jednostki, wytrącone ze swoich tradycyjnych wspólnot, zmuszone są zmagać się z zupełnie nową zasadą pracy kontraktowej, dzięki której uczą się myśleć w kategoriach własnego interesu – i szukać nowych stowarzyszeń, tym razem już nie naturalnych i organicznych, w których ten interes znajdzie wyraz w formie zbiorowej. W ten sposób powstają klasy – od proletariatu po prekariat – czyli nowoczesne formuły identyfikacji, usuwające w cień dawne „magiczne” tożsamości, jak rasa czy naród.

Czy prekariat jest rzeczywiście klasą? Czy w ogóle można tu mówić o formule identyfikacji? Czy pozwala on na odejście od magicznych tożsamości? Nie sądzę. Podejrzewam, że nawet w Nottingham prekariusze bardziej są Anglikami niż prekariuszami. A co mówić o naszej zapyziałej Polsce…

To właśnie powstanie prekariatu wskazuje, iż kapitalizm przestaje mieć funkcje modernizacyjne. Wytwarza on takie podmioty, które będą potrafiły w miarę bezproblemowo pomnażać kapitał. Prekariat, w ramach którego poczucie solidarności jest ze zrozumiałych przyczyn niższe niż w przypadku proletariatu jest doskonałym narzędziem kapitalizmu – ale nie modernizacji.

Można by te wszystkie uwagi rozwinąć, dzięki czemu moje polemiczne powinności zostałyby spełnione. Problem jest taki, że ja zasadniczo zgadzam się przynajmniej z dwoma ważnymi tezami filozofki. Przede wszystkim również sądzę, że walka z kapitalizmem jest niezbyt mądrą działalnością – o ile w ogóle można to w jakimkolwiek wypadku nazwać działalnością. Mój sąd nie wynika jednak z wiary, że kapitalizm ma moc emancypacyjną. Nie ma. Po prostu obecnie mówienie o walce z systemem kapitalistycznym jest puste. Pisałem o tym w tym tekście. Po drugie, od dawna żywię przekonanie, że teorie postkolonialne, nawoływanie do powrotu do małych narracji i próby sztucznego dowartościowywania peryferii są z gruntu nieużyteczne. Pisałem o tym tu i tu. Ale znów: nie dlatego, że wierzę w jakąś wielką i wspaniałą narrację płynącą z Zachodu. Opowiadanie o owej wielkiej narracji jest po prostu rewersem mówienia o narracjach małych. Pierwsze pojęcie jest wytwarzane przez drugie i odwrotnie. Agata Bielik-Robson może zatem do końca świata powtarzać o projekcie modernizacyjnym, a jednym z rezultatów tych repetycji będą polemiki Krasnodębskiego czy Zybertowicza, którzy będą oburzać się na panią profesor, że śmie podnosić rękę na polskość.

Skupię się jednak tylko na jednej, bardzo niewielkiej i prawie że pobocznej kwestii, którą można znaleźć w tekście Agaty Bielik-Robson. Trudno nawet powiedzieć, że jest to zagadnienie polityczne. Chyba chodzi raczej o pewien problem filozoficzny, który występuje w myśleniu ABR.

Agata Bielik-Robson jako „odrzucony kamień”, kobieta, chce zostać jednostką. Nie chce być tylko Polką (czy też nie chce być Polką wcale, nie jestem pewien), chce być człowiekiem. Dobrze, rozumiem. Problem zaczyna się wtedy, gdy twierdzi ona, że bycie jednostką polega na odejściu od różnych – używając jej określenia – „magicznych tożsamości”. Bycie jednostką – jak rozumiem – polega na odkryciu w sobie własnych, niezakłóconych przez ideologie, czy mity, potrzeb i ich odważne realizowanie. Pozwolę sobie na jeszcze jeden cytat, który zacznie się od zdania, którym kończył się poprzedni:

W ten sposób powstają klasy – od proletariatu po prekariat – czyli nowoczesne formuły identyfikacji, usuwające w cień dawne „magiczne” tożsamości, jak rasa czy naród. Także w Polsce kapitalizm robi Polakom dobrze, pozwalając im zapomnieć, że są tylko Polakami, a Polska jest zawsze najważniejsza. Odkrywając własny interes, Polacy mają wreszcie szansę stać się jednostkami.

(Zaznaczmy tylko w nawiasie, że deprecjacja narodu, jako „tożsamości magicznej” jest – delikatnie mówiąc – dość naiwna. W pewnym sensie wszystkie tożsamości są wyobrażone.)

Kłopot polega na tym, że z tej perspektywy „bycie jednostką” jest jeszcze bardziej magiczną tożsamością niż przynależność do narodu. Okazuje się, że „bycie jednostką” to pewien rodzaj. Nie jest to cecha, która przysługuje wszystkim bytom, niesie ona jakąś specyficzną treść. Widzimy przecież: nie wszyscy są jednostkami; niektórzy np. są Polakami. Aby być jednostką należy zachowywać się w określony sposób, mieć pewne przekonania, wyrobić sobie określone nawyki i – zapewne – posiadać iPada. Być może jest to lepszy sposób życia niż bycie Polakiem. Nie w tym jednak rzecz. ABR pisze swoje felietony żywiąc płomienne (wręcz religijne) przekonanie, że proponuje nam prawdziwie ludzki sposób życia, poprzez który człowiek będzie realizował swoje prawdziwe pragnienia. Prawda jest jednak taka, że może nam ona tylko zaproponować kolejny „uniwersalny wzorzec”. Wzorce takie sprawiają, że ludzie zamiast myśleć, imitują. Stąd daleko jest nawet do Kantowskiego „Co to jest oświecienie?”, które swoją drogą też domaga się krytyki… Mówimy tu o pewnej formie władzy: bądźcie tacy a tacy – mówi nam Agata Bielik-Robson. W czym różni się ona od pana z sekty, który obiecuje spotkanym w parku młodym ludziom, że gdy będą go słuchać, odkryją swoje prawdziwe ja?

Nie chciałbym być źle zrozumiany. Nie idzie o to, że przedkładam tożsamość polską nad tożsamość zachodnią. Ja po prostu nie chcę uczestniczyć w tym sporze. Nie chcę wybierać między maniakami, którzy chcieliby, żeby Polacy chodzili w kontuszach i tymi, którzy chcą, aby Polska stała się drugą Holandią. Nie sposób być dojrzałym społeczeństwem, gdy podejmuje się decyzję w oparciu o (wymyśloną przez siebie) ideę polskości, czy też w oparciu o (wymyśloną przez siebie) ideę modernizacji. Nie ma takiego wzoru, wobec którego powinniśmy mierzyć wartość naszego społeczeństwa. Albo inaczej: tylko my możemy być tym wzorem.

Prawdziwa dojrzałość, społeczeństw czy jednostek polega na tym, że jest się w stanie trafnie rozpoznać własną sytuację i działać podług tego rozpoznania na rzecz polepszenia swego losu. Agata Bielik-Robson chce zdjąć ze społeczeństwa polskiego zadanie samodzielnego rozpoznania własnej sytuacji. Mówi ona w zasadzie tyle, że nie musimy nic robić sami, nie musimy sami dochodzić do pewnych rozwiązań; wszystko jest już dane: projekt zachodnioeuropejski jest skończonym produktem, bierzcie i jedzcie z niego wszyscy. OK, ale gdzie tu jest oświecenie? Gdzie wzrastanie ludzi do dojrzałości? ABR – powtórzę się – chce aby Polacy po prostu klepali formułki za mędrcami z Zachodu.

Oczywiście, proces dojrzewania polskiego społeczeństwa (który – żeby nie było wątpliwości – jest niezbędny) może doprowadzić do tego, że staniemy się podobni do krajów Zachodu. Ale nie to ma być naszym celem. Naszym jedynym celem powinno być zmierzanie w kierunku bardziej sprawiedliwego społeczeństwa, lepszej wspólnoty. Te słowa niosą mało treści? Jasne, ale inaczej być nie może. Treść tego celu może zostać dopiero wytworzona przez twórczą pracę społeczeństwa.

drukuj

KOMENTARZE

  1. „(wymyśloną przez siebie) idee polskości, czy też w oparciu o (wymyśloną przez siebie) idee modernizacji”
    IDEĘ!

  2. „Oczywiście, proces dojrzewania polskiego społeczeństwa (który – żeby nie było wątpliwości – jest niezbędny) może doprowadzić do tego, że staniemy się podobni do krajów Zachodu. Ale nie to ma być naszym celem. Naszym jedynym celem powinno być zmierzanie w kierunku bardziej sprawiedliwego społeczeństwa, lepszej wspólnoty. Te słowa niosą mało treści? Jasne, ale inaczej być nie może. Treść tego celu może zostać dopiero wytworzona przez twórczą pracę społeczeństwa.”. Ja mam wątpliwość, czy rzeczywiście to jest Twój wniosek. Tzn wszystko co mówisz wcześniej, zwłaszcza w kontekście krytyki Kanta, wskazywałoby raczej, że podstawową potrzebą jest kształtowanie siebie jako jednostek, dojrzałość do tworzenia wspólnot z silnych jednostek. I że to być może tutaj, na planie indywidualnym, wpływ imitacyjnej modernizacji jest najbardziej toksyczny – nie na planie systemowym (systemy były kopiowane jak świat światem; Yan Fu przekopiował do Chin brytyjski liberalizm i niewiele liberalnego z tego wyszło). Tymczasem na planie indywidualnym wyłączamy Polaków z twórczej pracy w kulturze (Brzozowski) na rzecz niesutannego ‚nadrabiania zaległości’. (Dla mnie to było pytanie ważne przy tekście Oli Bilewicz o stosunku lewica-RN, tzn jej diagnoza potrzeby anty-indywidualistycznej. Czy raczej, czy można tę tęsknotę zapełnić po prostu odrzucając indywidualizm? ja myślę raczej, że musimy go najpierw umieć stworzyć, i dopiero wówczas – przekroczyć)

    1. Dzięki za komentarz.
      Zacznijmy od tego, że Kant nie zasłużył sobie, aby pół zdania w nawiasie nazywać „krytyką Kanta” ;). A co do meritum powiedziałbym tak: ja uważam, że mówienie o jednostkach jest w pewnym sensie fałszywe. Próbowałem to trochę pokazać w tym tekście. „Jednostka” to rodzaj. Tzn. że jak mówimy, że „jednostki mają być silne”, to nie mówimy o poszczególnych ludziach, ale staramy się ludziom narzucić jakiś wzór, który jest przecież powszechnikiem, czyli tak naprawdę zastępujemy konkret uniwersale. Niby kładziemy nacisk na pojedynczość, a tak naprawdę każemy owym pojednyczościom stać się czymś ogólnym.
      Mi się wydaje, że to właśnie robi Kant w „Co to jest oświecenie?”. „Używajcie rozumu!” – tego samego rozumu, trzeba by dodać. „Miejcie odwagę” – tą samą odwagę. Itd…
      Ponadto zauważ, że ja nie piszę o tym, co społeczności powinny robić. Piszę jedynie, że powinny starać się dobrze urządzić.

      Co to znaczy „stworzyć indywidualizm”? Nie widzisz w tym sprzeczności? Chcesz zrobić pojęcie ogólne czegoś konkretnego. Oczywiście słowo „konkretny” jest tutaj wyjątkowo kłopotliwe, ale nie mam innego.

      Nie wiem, czy ja Cię dobrze zrozumiałem i nie wiem, czy Ty mnie zrozumiesz, ale napisz coś jeszcze to sobie pogadamy ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *