ankieta międzywojenna
gościnnie, międzywojnie

Zapomniane słowo „społecznik”

AUTOR

Jan Mencwel

Współpracuje z Pracownią Badań i Innowacji Społecznych „Stocznia”. Fotografuje i pisze. Lubi Warszawę, podróże i sporty zimowe.

Przywoływanie dziedzictwa przedwojennej Polski w sferze szeroko pojętych działań społecznych musi się dla współczesnej lewicy wiązać z pewnego rodzaju zakłopotaniem. Zakłopotanie to może mieć dwojakie źródło. Po pierwsze, jest to dziedzictwo niemal całkowicie zapomniane. Pamięć o przedwojennej polskiej lewicy ma się słabo, ale pamięć o dokonaniach środowisk lewicowych w sferze działań społecznych (myślę tu o różnego rodzaju działaniach „oddolnych”) – to już istny ślepy zaułek. Drugim powodem do zakłopotania może być fakt, że dla współczesnej lewicy działania społeczne rzadko bywają istotnym punktem odniesienia. Do tak zwanego „społeczeństwa obywatelskiego” środowiska lewicowe mają stosunek co najmniej lekceważący (co zresztą ma swoje uzasadnienie, ale o tym później). Wydaje się jednak, że poświęcając wiele energii krytyce neoliberalizmu i urynkowienia kolejnych sfer życia społecznego, lewica – również ta młoda – wykazuje niepokojącą sympatię do rozwiązań państwowych jako remedium na problemy współczesności. Oczywiście, dowartościowywanie państwa ma dzisiaj głęboki sens, jego wycofywanie się z kolejnych sfer życia społecznego jest na pewno poważnym problemem. Pytanie jednak, czy za cenę słusznej, głównie publicystycznej walki w obronie państwa nie tracimy z oczu ważnej sfery, jaką są działania społeczne?

Społecznik kiedyś

Oczywiście rozumiem wiele spośród elementów lewicowej krytyki „społeczeństwa obywatelskiego” czy koncepcji „trzeciego sektora”. Jak bardzo niefortunne nie byłyby te nazwy i skojarzenia, jakie dziś budzą, istotne jest, by dzisiejszy obraz tego, czym są działania społeczne nie przysłonił lewicy bardzo ważnego elementu jej tradycji, a nawet pewnego wzoru do naśladowania, jakim są dokonania lewicowych polskich społeczników z pierwszej połowy naszego wieku. Abramowski, Dawid, Krzywicki, Korczak, Radlińska – by przywołać tylko kilka nazwisk należących do tego wyjątkowego pokolenia, które w zbiorowej pamięci zginęło gdzieś między romantykami, dekadentami, powstańcami, kolumbami i komandosami. Wyjątkowość ich postaw opisana została w dwóch ważnych książkach – „Etosie lewicy” Andrzeja Mencwela i „Rodowodach Niepokornych” Bohdana Cywińskiego. Żeby zobrazować lepiej o co chodzi, gdy mówię o „społecznikach”, wymienię tylko kilka całkowicie oddolnych przedsięwzięć, zrealizowanych (lub mających swoją kulminację) w II Rzeczpospolitej, siłami i z inspiracji działaczy szeroko pojętej lewicy.

A więc po pierwsze – Dom Sierot i Nasz Dom, czyli słynne dwa ośrodki Janusza Korczaka. Jedynej chyba postaci przedwojennej lewicy społecznej, która na trwałe zapisała się w pamięci zbiorowej. Z tym, że dziś kojarzenie Korczaka z lewicą zakrawa na bluźnierstwo. A przecież korzenie jego koncepcji wychowawczej i ideałów pracy z dziećmi leżą w obrębie środowiska „Głosu” Jana Władysława Dawida, którego wpływ na kształt polskiej lewicy początków XX wieku trudno przecenić. Na łamach „Głosu” w 1905 roku Korczak, jeszcze jako młody publicysta, pisał: „dla nikogo dziś nie jest tajemnicą, że szkoła współczesna jest instytucją na wskroś nacjonalistyczno-kapitalistyczną, że pierwszym i najważniejszym jej obowiązkiem jest wychowanie klerykalnych centrowców i patriotów-szowinistów.” Szkoda, że ten cytat nie stał się dla żadnej współczesnej organizacji lewicowej wystarczającym powodem, by „odgrzać” Korczaka jako lewicowca, zwłaszcza w roku jego imienia.

Idźmy dalej. Ludwik Krzywicki, Helena Radlińska i Wolna Wszechnica Polska, utrzymywana siłami społecznymi niezależna uczelnia utworzona w miejsce Towarzystwa Kursów Naukowych. Jedna z niewielu szkół w międzywojniu odpornych na antysemickie nagonki (jedną trzecią studentów stanowili Żydzi), kształcąca w tak nowatorskich i – mówiąc dzisiejszym językiem – interdyscyplinarnych kierunkach jak pedagogika społeczna, którą wykładała Helena Radlińska w Studium Pracy Społeczno-Oświatowej.
Kolejny punkt wycieczki: do dziś stojące w Warszawie osiedla Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej – przedsięwzięcia, które mogłoby stanowić istotny punkt odniesienia dla współczesnych „ruchów miejskich”, wzbogacając ich tożsamość i pokazując możliwe horyzonty działań. W kilkanaście lat z inicjatywy założycieli WSM – wywodzących się ze środowiska PPS-u – zbudowano w Warszawie (na dzisiejszym Żoliborzu) tanie mieszkania dla ponad 5 tysięcy robotników, którzy nie mieli gdzie mieszkać lub płacili horrendalnie wysokie czynsze kamienicznikom w Śródmieściu. Dodajmy, że mieszkania te, jak i całe założenia urbanistyczne, można, a nawet należy dziś zwiedzać i pokazywać jako przykład doskonałej funkcjonalnej architektury lat 20. i 30., zaprojektowanej w całości w celach społecznych, a zarazem mistrzowskiej w formie.

Skoro już o spółdzielczości mowa, to należałoby przypomnieć, skąd wzięły się w przestrzeni współczesnej Polski sklepy Społem, wciąż przez wielu lubiane, choć błędnie uważane za „relikt komunizmu”. Oczywiście także stworzenie tej sieci należy zapisać na konto lewicowych działaczy społecznych. Tworzenie alternatywy dla kapitalizmu zamiast walki z nim (albo walka poprzez tworzenie alternatywy), zainspirowane przez pisma i działania m.in. Edwarda Abramowskiego, w okresie dwudziestolecia stało się rzeczywistością. Tradycje spółdzielczość wracają dziś powoli do łask, za co należałoby podziękować choćby redakcji „Nowego Obywatela”, konsekwentnie odwołującego się do korzeni tego ruchu i wydającego pisma Abramowskiego czy Mielczarskiego. Zaczynają też powstawać nowoczesne kooperatywy i spółdzielnie socjalne, jednak skala zjawiska wciąż jest zbyt skromna, by mówić o autentycznym ruchu społecznym – a taki wymiar miała z pewnością przedwojenna polska spółdzielczość, zdegenerowana niestety w okresie PRL.

Społecznik dziś

Podobnego rodzaju dokonania przedwojennej polskiej lewicy w sferze działań społecznych wymieniać można by długo. Należałoby więc zapytać – dlaczego nie stanowią one punktu odniesienia dla współczesnych ruchów lewicowych? Po części wynika to z faktu, że obraz działań społecznych w dzisiejszej Polsce jest dla lewicy powodem do rozczarowania. Zinstytucjonalizowany i odhumanizowany „trzeci sektor” – bo tym niefortunnym, technokratycznym mianem określa się świat organizacji obywatelskich – nie może stanowić zachęty do podjęcia działań na miarę przedwojennych dokonań lewicy w sferze społecznej. Dzisiejsze organizacje społeczne nazywa się NGO-sami (en-dżi-osami) i określenie to doskonale oddaje i przypomina, w jaki sposób po 1989 roku instalowane było w Polsce tak zwane społeczeństwo obywatelskie. Ustanawiano je – jak się wówczas mówiło – na „spalonej ziemi”, tj. z głęboką wiarą, że trzeba je budować zupełnie od zera. Wiarę tę podzielali zarówno zachodni grantodawcy, np. słynny George Soros, jak i polscy działacze, którzy przyjęli obcy język i system z dobrodziejstwem inwentarza.

Organizacje funkcjonują zatem nie w świecie społecznym, ale w bezosobowym „trzecim sektorze”, a swoją pracę definiują przez negację – są „pozarządowe”, a nie „społeczne”, a więc podkreślają, że to, co „poza rządem”, to dobre i godne zaufania (w domyśle zaś: to, co państwowe, to niebezpieczne i wymaga ograniczenia). Odbiorcy działań zamienili się w „beneficjentów”, działacze – w „lokalnych liderów”, a za cnotę uchodzi „apolityczność” działań społecznych, co jest odbiciem panującego po 1989 roku przekonania o tym, że realne wybory i podziały polityczne – jak ten na lewicę i prawicę – w warunkach liberalnej demokracji tracą na znaczeniu. Symptomatyczny jest także sposób, w jaki finansuje się pracę współczesnych „NGO-sów”. Większość z nich opiera swoje funkcjonowanie na grantach od instytucji zewnętrznych – organów administracji publicznej albo zachodnich fundacji wspierających demokrację w naszym regionie (oczywiście demokrację liberalną, bo jaką inną). W jednym i drugim przypadku oznacza to więc konieczność realizowania celów narzuconych z zewnątrz. Często uniemożliwia to prowadzenie naprawdę niezależnej działalności albo wymusza na „społecznikach” potworną gimnastykę, by przy realizacji swoich przedsięwzięć „wpisać się w cele”.

Pewną dozę niezależności może zapewnić uzbieranie pieniędzy od prywatnych darczyńców, organizacje dwoją się więc i troją, by przekazać na nie 1% swojego podatku. Uchodzi to za „gest dobroczynności”, a w rzeczywistości jest przecież przekazaniem pieniędzy, które trafiłyby inaczej do budżetu państwa. W dodatku ta forma przekazywania pieniędzy stanowi długą protezę, która w żaden sposób nie łączy wspierających z pracą tych, których wsparli.

Przedwojenni społecznicy swoje imponujące przedsięwzięcia budowali bez grantów i „jednego procenta”. Opierali za to swoje działania na autentycznej energii społecznej, sile środowisk, które za nimi stały i na atmosferze zaufania, która otaczała działania społeczne w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Współczesny „trzeci sektor” ma z tym niestety niewiele wspólnego.

Pisaniem świata nie zbawimy

Nic więc dziwnego, że dzisiejszy świat organizacji pozarządowych nie zachęca do poważnego zaangażowania, zwłaszcza ludzi lewicy. Przykład „Krytyki Politycznej”, która swoją pozycję zbudowała w bardzo świadomy sposób wykorzystując narzędzia dostępne organizacjom pozarządowym, nie jest wcale przykładem jednoznacznie optymistycznym. Po pierwsze, cała energia (i zapewne niemałe środki finansowe) działalności „Krytyki” skupiona jest na szeroko pojętej „gadaninie” – wydawaniu książek, tworzeniu gazet czy klubów dyskusyjnych. Słuszne skądinąd przekonanie o potrzebie stworzenia nowego, lewicowego języka opisy rzeczywistości znajduje zatem swoje aż nadto wyraźnie odzwierciedlenie w działalności Stowarzyszenia im. Stanisława Brzozowskiego. Ich patron mógłby zapewne zapytać, co stało się z kultem człowieka czynu, będącym ważnym elementem etosu lewicowych społeczników z jego pokolenia? Szef „KP” Sławomir Sierakowski ma zresztą chyba świadomość tego braku, bo w każdym wywiadzie, gdy chwali się działalnością swojej organizacji, nie zapomina wspomnieć o klubie KP w Cieszynie, który prowadzi świetlicę dla dzieci. „Takie działania jak w Cieszynie i w innych miejscach mogą ci się wydawać naiwnym sposobem na zmianę społeczną” – mówił Sierakowski Grzegorzowi Sroczyńskiemu z „Gazety Wyborczej” w rozmowie z maja tego roku. Problem w tym, że tego typu działania wydają się naiwne chyba również samemu Sierakowskiemu, a nawet jeśli od niedawna już nie, to pytanie, czy jedna świetlica dla dzieci, dziesiątki intelektualnych spotkań i setki stron książek choćby najtrafniej dekonstruujących rzeczywistość jest właściwą proporcją działań stowarzyszenia, które w nazwie powołuje się na tradycję lewicowych społeczników sprzed stu lat.
.
Nie ulega wątpliwości, że lekcją, którą musi odrobić współczesna lewica, jest właśnie lekcja przedwojennego socjalizmu, którego integralnym elementem było przekonanie o potrzebie tworzenia i rozwijania sfery oddolnych działań społecznych. Działań, które przy odpowiedniej skali i poziomie niezależności mogą być odpowiedzią na problemy leżące na sercu ludziom lewicy. A zatem po pierwsze, trzeba mieć świadomość, że choć walka o obecność w sferze publicznej innego niż neoliberalny języku opisu rzeczywistości jest bardzo istotna, to samym pisaniem świata nie zbawimy, a elementem nowoczesnego ruchu lewicowego powinno być także działanie i zmienianie rzeczywistości, choćby jej małych wycinków. Po drugie, myśląc o rozwiązywaniu problemów społecznych, warto myśleć dwutorowo – o rozwiązaniach państwowych i o tych oddolnych, a także o rodzaju relacji, jakie łączą społeczeństwo z instytucjami państwowymi. I w tych relacjach to obywatele powinni być aktywnym podmiotem, a nie jedynie przedmiotem. Przedwojenni socjaliści wiedzieli, że zaufanie do państwa to kluczowy element budowy dobrego społeczeństwa. Ale rozumieli także, w przeciwieństwie do wielu dzisiejszych lewicowych aktywistów, że słowo „socjalizm” nie bez powodu ma w sobie człon odnoszący się do tego, co „społeczne”, że chodzi w nim o „uspołecznienie”, a nie o „upaństwowienie” problemów, jak to trafnie ujął w jednym ze swoich tekstów Kuba Wygnański.

drukuj

KOMENTARZE

  1. Też macie wrażenie, że opinia Korczaka o szkole z początków XX w., pomimo upływu ponad 100 lat, ani trochę się nie zdezaktualizowała?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *