ankieta międzywojenna

AUTOR

Rafał Matyja

doktor politologii, publicysta, autor hasła budowy IV Rzeczypospolitej, twórca i wieloletni prodziekan Wydziału Studiów Politycznych i kierownik Zakładu Studiów Politycznych Wyższej Szkoły Biznesu – National Louis University w Nowym Sączu, redaktor naczelny kwartalnika „Praktyka Polityczna”

Kiedy po 1989 odzyskaliśmy niepodległość, straciliśmy – niemal w tym samym momencie – zainteresowanie politycznym i intelektualnym dorobkiem Drugiej Rzeczpospolitej. Żywy i atrakcyjny w czasach rozkwitu literatury bezdebitowej – nie znalazł sobie miejsca w świecie medialnym i wydawniczym wolnej Polski. Jeżeli wracamy do tamtych czasów, to w sposób symboliczny i cokolwiek groteskowy. Zdradzający albo brak wiedzy, albo – co gorsza – całkowicie niepoważny stosunek do faktów oraz do ówczesnych postaw i sporów. „Historyczna Cepeliada”, która zajęła miejsce zainteresowań własną przeszłością, upiększa obraz „tamtych czasów”, a zarazem czyni jakiekolwiek porównania w zasadzie jałowymi.

Pamiętam rozczarowanie redaktora programu telewizyjnego, gdy powiedziałem na antenie, że Druga Rzeczpospolita nie we wszystkim przewyższa Trzecią. Logika Cepeliady została nieprzyjemnie naruszona. Tymczasem dla umysłowej elity kraju trudno o wiedzę cenniejszą, niż ta, którą daje krytyczne i rzetelne porównanie obu państwowości. Wbrew bowiem pozorom – pięćdziesiąt lat które dzieli katastrofę Polski międzywojennej i narodziny Trzeciej Rzeczpospolitej, to czas dość krótki.

Wskażmy zatem różnicę – z punktu widzenia wyżej wspomnianej elity – najbardziej bolesną. Kiedy przegląda się prasę międzywojennego dwudziestolecia, tym co zaskakuje jest inny poziom debaty publicznej. Dziś ogranicza się ją coraz częściej do komentarza, dodatku do wydarzeń. Wówczas była wydarzeniem samym w sobie. Teksty publicystyczne trafiały na pierwszą stronę, a dyskusje wokół nich ciągnęły się tygodniami. Publicystyka miała ambicje programowania polityki. Publicystyką zajmowali się intelektualiści i politycy. Ci ostatni zaś próbowali przy jej pomocy programować politykę, pisali o tym co powinno się zdarzyć. Jeżeli wydawali książki, to nie po to, by zabawić publiczność plotkami i załatwić osobiste porachunki, ale po to by uzyskać realny wpływ na działania państwa.

Było to możliwe nie tylko dlatego, że media nie uległy jeszcze tabloidyzacji, że nad życiem publicznym nie ciążyła ponura wesołkowatość „infotainmentu”. Przede wszystkim, inna była rola elit. Inne było też wyobrażenie o powadze polityki i sile polskiego państwa. Podręcznikowo-potoczna świadomość podpowie nam wprawdzie momentalnie, że siłę tę przeceniano. Przypomni nam klęskę wrześniową i dysproporcje potencjałów. Jednak nawet ci, którzy o tych dysproporcjach pisali, nawet ci, którzy demaskowali propagandę rządzących – zdawali sobie sprawę z tego, co jest stawką w politycznej grze.

Tą stawką było przetrwanie państwa. Szczególnie dramatycznie zarysowaną w tekstach młodej prawicy lat trzydziestych. Większość jej publicystów opowiedziała się za jakąś wersją polskiego imperializmu czy mocarstowości. Czy ludzie ci, skądinąd przenikliwi i inteligentni, chorowali na manię wielkości? Czy nie było raczej tak, że widząc potęgę Rosji i Niemiec słusznie obliczali, że przeciwstawić się jej może tylko państwo o sile mocarstwa?

Zasadnicze i wspólne dla młodego pokolenia prawicy było bowiem przekonanie wyrażone przez Adolfa Bocheńskiego, iż doktryny apriorystyczne – socjalistyczne, liberalne, parlamentarne z jednej strony, a syndykalistyczne – z drugiej przysłaniają często jądro rzeczy – cel, jaki musi mieć każda myśl i czyn polityczny Polski – utrzymanie niepodległości. Przysłaniają pewnik, że Polska, jeśli nie zostanie mocarstwem i nie zepchnie z mocarstwowego stanowiska jednego z dwu potężnych sąsiadów, ulegnie nowym rozbiorom. Każdą reformę tylko z tego punktu widzenia oceniać można (Ustrój a racja stanu, Lwów 1928, s. 7).

Warto dodać, że młodzi podejmując hasło mocarstwowości i wielkości Polski, nie byli całkiem nowatorscy. Nawiązywali do żywionego od początku odrodzonej państwowości przekonania, że Polska jeśli chce być niepodległa i w pełni samodzielna musi dorównać swą pozycją krajom ościennym. Przekonanie to wyrażali przywódcy obu wielkich kierunków polityki polskiej Józef Piłsudski i Roman Dmowski. Pierwszy był autorem dogmatu polityki zagranicznej streszczającego się w słowach Polska będzie wielka albo nie będzie żadna (Na warsztatach historyków polskiej myśli politycznej, Wrocław 1980, s. 180). Drugi stwierdzał natomiast, iż na tej ziemi, w której kończy się Europa Zachodnia i która stanowi wyjście na rozległe równiny Wschodu (…), położonej między dwoma wielkimi państwami, Niemcami i Rosją, miejsca na małe słabe państewko nie ma. Tu może istnieć tylko państwo wielkie (Polityka polska i odbudowanie państwa, wyd. Hanower 1947, t.1, s. 17). Piotr Wandycz potwierdza zasadność tego właściwego większości polskich polityków przekonania słowami obserwatora francuskiego Louisa Eisenmana, mówiącego, że państwo polskie odrodziło się zbyt słabe, aby stać się mocarstwem, ale na tyle silne, by mieć ambicje wykraczające poza status małego państwa. Wandycz twierdzi też, iż aspiracje mocarstwowe były naturalną odpowiedzią na układ stosunków międzynarodowych, w jakim przyszło rozwijać się młodej Rzeczpospolitej. Oskarżana o wybujałe ambicje, przezywana „niedoszłym mocarstwem” Polska miała rzeczywiście bardzo ograniczone pole manewru w stosunkach międzynarodowych. Uprawiała politykę jak gdyby mocarstwową, bo w istocie nie miała innego wyboru (Z dziejów dyplomacji, Londyn 1988, s. 12-131).

Poszukiwano zatem pewnego głębszego uzasadnienia dla polityki aktywnej, obliczonej na szybki wzrost pozycji politycznej państwa. Bocheński – najzdolniejszy i najbardziej oryginalny publicysta konserwatywnego odłamu prawicy – twierdził, iż Stopień potęgi państwa, stopień niepodległości czy mocarstwowości mierzy się miarą, w jakiej dane państwo może narzucać swą wolę innym państwom czy też czynnikom międzynarodowym, oraz stopniem w jakim jest ono uniezależnione od woli innych czynników (…) Celem polityki racji stanu jest natomiast coraz to większa, coraz to bardziej wzrastająca potęga państwa i narodu, coraz to większa, coraz to bardziej wzrastająca możliwość narzucania swej woli innym państwom. Ostateczny cel tej Machtpolitik gubi się w mrokach i wydaje się niemożliwy do osiągnięcia. Możliwe jest natomiast zbliżanie się do niego, osiąganie coraz to wyższych stanowisk w hierarchii politycznej świata (Polski imperializm ideowy, „Polityka” nr 10/1938).

Bocheński starał się tym ambicjom nadać wyraz inny, niż istniejący w szkole Dmowskiego: Jesteśmy nosicielami wielkich planów przywrócenia Polsce tej potęgi, jaką miała w okresie panowania Władysława IV. Dla planów tych musimy zdobyć sympatię przeważnej części opinii europejskiej, a nie zrobimy tego na podstawie głoszenia idei o charakterze egoistyczno-narodowym – gdyż polski interes narodowy nikogo poza Polakami ani nie grzeje, ani nie ziębi – lecz za pomocą wysunięcia programu opartego na przesłankach bardziej uniwersalnych. Idea międzynarodowa – to program, który ma kogoś pozyskać dla celów polityki państwa polskiego (Polski imperializm ideowy, „Polityka” nr 10/1938). Program taki miał oddziaływać z jednej strony na demokracje zachodnioeuropejskie (Francja, Wielka Brytania), z drugiej zaś na średnie i mniejsze narody zamieszkujące pas leżący między światem germańskim a Rosją.

Oczywiście ten rys nie był prostym nawiązaniem do prometeizmu, głoszonego przez lewicę piłsudczykowską, ale co ciekawe zdradzał niezwykle istotną dla polityki polskiej świadomość, że siły własne kraju nie wystarczą do ugruntowania pozycji Polski w Europie. W starszym pokoleniu poszukiwano przede wszystkim jakiejś zasady ładu międzynarodowego, systemu sojuszy. W młodszym – idei, która stanie u podstaw silniejszego związku państw środkowoeuropejskich. Nawet młodzi narodowcy poszukiwali idei nadrzędnej, jakiejś wersji chrześcijańskiego uniwersalizmu, który będzie lepszym narzędziem wyrażania naszych interesów niż prosto wykładana „racja stanu” czy „interes narodowy”.

Zakres oddziaływania tego typu idei był – z dzisiejszego punktu widzenia – zaskakujący. Jeden z czołowych przedstawicieli nurtu piłsudczykowskiego Włodzimierz Bączkowski pisał: Wobec zupełnej nierealności, dodamy – zupełnego braku myślenia o polskiej narodowej religii – musimy misjonarski zelotyzm chrześcijaństwa w Polsce uznać za zbieżny z ideą podbojową Polski wobec sąsiadów, zwłaszcza najbliższych, idących pod sztandarem Wotana oraz z żagwią płonących świątyń. Z kolei jeden z ciekawszych publicystów obozu narodowego Wojciech Wasiutyński tak formułował cel polityki polskiej: za zasadniczy cel w nadchodzącej epoce stojący przed Polską uważam stworzenie państwa chrześcijańskiego nacjonalizmu. Celem bliższym (…) jest stworzenie dookoła Polski potężnego pasa złożonego z państw przyjmujących tę samą zasadę chrześcijańskiego nacjonalizmu i [przeciwnych] zarówno niemieckiemu pangermanizmowi jak i rosyjskiemu bolszewizmowi (Wielka Polska 1939, nr 4-5).

Cytowani autorzy mieli też świadomość, że bieg spraw politycznych pcha Europę, ku rozstrzygnięciom daleko istotniejszym niż postrzegał to nierzadko obóz rządowy. Zbrodnią polityczną – pisał wywodzący się z ONR Wasiutyński – jest sprowadzanie sporu polsko-niemieckiego do sprawy walki o linię graniczną na Zachodzie. Wmawianie narodowi, że groźne są tylko apetyty niemieckie na Pomorze, jest szkołą głupstwa. To jest fragment, który osobno nigdy prawdopodobnie nie będzie rozgrywany. Spór polsko – niemiecki jest znacznie większy: idzie o całą Europę Wschodnią (…) Na tę miarę trzeba wychować myślenie Polaków. Lwów i Wilno są równie zagrożone przez Niemców jak Gdynia. Od naszego pokolenia zależy, czy Polska utraci te trzy miasta, a wraz z nimi niezależność, czy też panować będzie od Kaukazu po Alpy i Sund (Wielka Polska, nr 2/1939). Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że mimo zgłaszanych już wyżej zastrzeżeń, młodzi radykałowie znacznie lepiej od starszych kolegów rozumieli ducha epoki, która właśnie miała rozpocząć swe potworne panowanie. Była to rzeczywiście epoka bezkompromisowej walki o wszystko, tyle, że po stronie polskiej wybór był znacznie bardziej ograniczony – polski maksymalizm mógł, jak się okazało w latach czterdziestych, sięgać co najwyżej postulatów zachowania suwerenności i integralności terytorialnej państwa.

Wartość tekstów z tamtej epoki nie polega jednak na ich „empirycznej stosowalności”, ale na możliwości przyjrzenia się poszukiwaniom polskiej myśli politycznej rozwijanej w warunkach ekstremalnych. Uchwycenia jej błędnych i trafnych założeń, zweryfikowania własnych przekonań.
Ćwiczenia z najnowszej historii politycznej są jednym z „przedmiotów obowiązkowych” w edukacji elit. Dziś jednak – w epoce pojedynków na miny, patriotycznej paplaniny od rzeczy i groteskowych oskarżeń o zdradę, wielu polityków zachowuje się tak, jak gdyby tego typu wykształcenie było zbytecznym obciążeniem. Nawet ci, którzy coś na ten temat wiedzą – skrzętnie to przed publicznością skrywają. Czasy poważnych debat mamy chyba za sobą.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *