Filip Białek
Filip Białek, naszość

Podwójna nauka Krzysztofa Pacewicza

AUTOR

Filip Białek

ur. 1984, członek redakcji Nowych Peryferii, czasem pisze też gdzie indziej

Pozornie tekst Krzysztofa Pacewicza jest kolejnym nudnym porównaniem sytuacji w Polsce do Niemiec z lat 30. Odwołanie się do znanej sceny z “Kabaretu” jako ilustracji tego, co działo się w Warszawie 11.11 może wywołać ironiczny uśmieszek. Ileż można wałkować tę – nietrafioną – analogię? Nie mówiąc już o dość zabawnym zwrocie, w którym Pacewicz pisze, iż go olśniło, gdy zorientował się, że z początku Niemcy też nie popierali w całości hitleryzmu. Ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że jeśli dla autora takie spostrzeżenia są olśnieniem, to równie dobrze może mieć podobne uczucie, gdy sprawdza na kalkulatorze, jaki wynik daje dodanie do siebie dwóch dwójek.

Ezoteryczny Krzysztof Pacewicz

Warto jednak nie poprzestać na niepotrzebnej ironii i postarać się poważnie zinterpretować tekścik Pacewicza. Jak wiadomo, Leo Strauss dowodził, iż filozofowie w tekstach ukrywają swoje prawdziwe poglądy z obawy przed wprowadzeniem zamętu. Filozof – a chyba można tak nazwać Pacewicza – zdaje sobie sprawę, że jego idee są niemożliwe do zaakceptowania przez tzw. zdrowy rozsądek, nie wykłada więc ich wprost. Stara się jednak pisać tak, aby zmusić czytelników do samodzielnego stawiania pytań. Dzięki felietonowi Pacewicza udało mi się przemyśleć parę rzeczy i – mam nadzieję – zrozumieć jego rzeczywiste intencje.

Sceneria jest taka: Krzysztof Pacewicz po antyfaszystowskiej demonstracji jest głodny idzie więc do “burżujskiej naleśnikarni”. Siedzi między burżujami, “wpieprza naleśnika” i, przez burżujską witrynę, przygląda się przechodzącym uczestnikom Marszu Niepodległości. Widzi cały przekrój społeczeństwa. Przypomina mu to wspomnianą wyżej scenę (niezbyt dokładnie opisaną) z “Kabaretu”, w której członek Hitlerjugend zaczyna śpiewać “Jutro należy do mnie” po czym dołączają do niego tzw. zwykli Niemcy.

Tak wygląda ten tekst przy pierwszym czytaniu. Jednak należy tu zadać parę pytań, do czego zachęca zresztą sam Pacewicz: “Zachęcam więc do rozważań! Bo jak czegoś szybko nie wymyślimy, to mamy przejebane.” Zdanie to potwierdza słuszność przyłożenia do Pacewicza koncepcji Leo Straussa. Wydaje się, że autor specjalnie zachęca do wyjścia poza interpretację, która może nasunąć się nieuważnemu czytelnikowi. Egzoteryczny Krzyś Pacewicz ma przysłonić ezoterycznego Krzysztofa, przenikliwego teoretyka kultury. Zresztą dalej też mamy sugestię, która wydaje się uprawniać do poszukiwania w tekście Pacewicza czegoś głębszego, niż ostrzeżenia przed nadciągającą falą faszyzmu. Przyjrzyjmy się temu fragmentowi: „przeczytałem przed chwilą ponownie ten wpis i jest on zupełnie chaotyczny, emocjonalnie niezrównoważony, całkowicie niekonstruktywny i ogólnie rzecz biorąc nie najlepszy. Powyższe wynika z faktu, iż ja sam jestem dzisiaj emocjonalnie niezrównoważony i całkowicie niekonstruktywny. Obiecuję, że jak trochę dojdę do siebie, to napiszę coś mądrego o faszyzmie.” Oczywiście, że ten wpis jest niekonstruktywny, ale tylko wtedy, gdy będziemy go czytać w banalny sposób. Zapowiedź przyszłego, mądrego tekstu o faszyzmie jest jednak poszlaką. Pacewiczowi chodzi tu o to, że ten mądry tekst może powstać niejako tylko “w głowach” czytelników. Trzeba wykroczyć poza standardową interpretację, pomyśleć trochę i w ten oto sposób sami dojdziemy do owej mądrości, o której wspomina autor.

Głód Krzysztofa Pacewicza

Pierwsze pytanie, jakie trzeba tu zadać brzmi: dlaczego Pacewicz był głodny po antyfaszystowskim demie i dlaczego uważa, że musi o tym wspomnieć w tekście? Wydaje się, że jest to zupełnie nieistotny fakt, który tak wprawny autor mógłby pominąć. A jednak nasz felietonista od niego właśnie zaczyna swoje dzieło. Dlaczego? Otóż wydaje mi się, że Pacewicz chce tu wyrazić swój niedosyt po antyfaszystowskiej manifestacji. Zauważył, że jest ona odrobinę pusta, że nie może nasycić społeczeństwa swoim ideologicznym przekazem. Sama negacja, brak pozytywnego przesłania zawsze była słabym zwornikiem dla wszelkiego rodzaju ruchów społecznych.

Dlaczego jednak autor poszedł do burżuazyjnej naleśnikarni? Dlaczego tak często podkreśla ów burżuazyjny charakter przybytku? Przecież dla lewicowego działacza zakup naleśnika w drogiej knajpie może być poważnym nadwątleniem budżetu. Z całą pewnością zatem możemy stwierdzić, że Pacewicz chce nam coś tutaj pokazać. Co? Sądzę, że autor chce przez taki, a nie inny wybór wskazać prawdziwego wroga społeczeństwa. Czyż burżuazja nie jest tu tylko figurą symbolizującą wielki kapitał i konsumpcyjny tryb życia? I czy prawdziwy społecznik i wybitny intelektualista jakim jest Krzysztof Pacewicz nie dostrzegłby, że nawet kilka tysięcy faszystów maszerujących ulicami Warszawy nie miałoby jednej setnej szkodliwego wpływu, jaki wywiera na Polaków peryferyjny kapitalizm? Zatem autor nienasycony odpowiednim przekazem na marszu antyfaszystów idzie – zapewne z obrzydzeniem – do jadłodajni dla burżujów, aby wskazać lewicowcom prawdziwego wroga.

Następnie znajdujemy w tekście prawdziwą perełkę. Mowa tu o przywołaniu filmu “Kabaret”. Pozornie mamy tu sprzeczność. W “Kabarecie” nie było naiwnej burżuazji, która po prostu była obojętna wobec faszyzmu niczym współbiesiadnicy Pacewicza. Wszyscy występujący w słynnej scenie Niemcy śpiewają razem z młodym hitlerowcem. Sytuacja w Polsce jest jednak zupełnie inna. Demonstracja antyfaszystów była zresztą całkiem spora, zatem trudno mówić o jakiejś bierności. Jednakże tylko powierzchowne czytanie tekstu Pacewicza mogłoby sugerować, że mamy do czynienia z rzeczywistą sprzecznością. Sprzeczność jest tutaj podwójną nauką, dziwną dialektyczną grą, w którą wplątuje nieświadomych czytelników autor. Przede wszystkim Pacewicz sygnalizuje tą kontradykcją, że należy czytać go inaczej, nie dosłownie. Po drugie, od razu podsuwa odbiorcom właściwą interpretację.

Krzysztof Pacewicz a kapitalizm

Zapytajmy więc, do jakiego współczesnego zjawiska odnosi Pacewicz nazizm? Że nie do ONR-u to jasne z powyższych wywodów. Przecież nikt poważny nie traktowałby serio analogii między niewielką grupką narodowo-radykalnych małpoludów (wszyscy wiemy, że ONR był mniejszością w Marszu Niepodległości) z nazistowskim ruchem, który opanował całe Niemcy. Pacewicz pozostał głodny po manifestacji antyfaszystów, nasycił się dopiero w burżujskiej naleśnikarni – oto ślad, który zostawia nam autor. Chce nam zatem pokazać, że obecnie jedynym czynnikiem integrującym wszystkie nurty społeczne jest konsumpcja, kapitalizm. To te zjawiska w niezauważalny sposób niszczą społeczne życie. Zastępują one wszelkie idee prostą logiką zysku i straty. Idee – chce nam powiedzieć Pacewicz – umarły. Zamiast nich: drogi naleśnik. Jeśli demonstracja antyfaszystowska nie miała sensu i jeśli Marsz Niepodległości nie był poważnym zagrożeniem dla demokracji, to jest tak dlatego, że żadna idea we współczesnym społeczeństwie nie ma siły, aby przeciwstawić się niewidzialnej sile kapitalizmu. Oczywiście, taka sytuacja jest o tyle bezpieczna, że blokuje ona również te idee, które prowadzą do zbrodni (np. nazizm). Jest ona jedna też niebezpieczna, gdyż skutecznie zapobiega wszelkim zmianom społecznym, których my – ludzie lewicy – byśmy pragnęli.

Ów dominujący system (nie: ideologia!) jest dla społeczeństwa przezroczysty, niewidoczny. Podobnie było z nazizmem, którego złowieszczą naturę mogli zobaczyć jedynie ludzie nie przynależący do społeczności. W filmie „Kabaret” podkreślone jest to dzięki postaci Briana Robertsa, angielskiego intelektualisty, który z niepokojem i niesmakiem przyglądał się rosnącej akceptacji nazizmu. Pacewicz – jako wybitny myśliciel – potrafi zdobyć się na podobny dystans, dzięki czemu może – niczym Roberts – zadać nam pytanie: „nadal uważasz, że możecie ich ukrócić?”.

Wydaje mi się, że takimi tekstami Pacewicz na stałe wpisze się w poczet wybitnych krytyków kultury. Marcuse, Adorno, czy Horkheimer zostali już daleko w tyle. Co dalej pokaże nam pan Krzysztof? Tego oczywiście nie jestem w stanie przewidzieć. Po prostu czekam na następne teksty. Trochę śmieszne, trochę straszne, jak to określa sam Autor.

drukuj

KOMENTARZE

  1. Wpis wydał mi się wpierw co najmniej pretensjonalny, po przeczytaniu obu pozostaje załamać ręce nad internetową publicystyką lewicową. „Artykuł” Pacewicza jest echem zwyczajnego, dość banalnego w swej istocie socjologizmu, wielokrotnie już używanego do tłumaczenia drogi do faszystowskich Niemiec. Tekst jest krótki, naiwny (naprawdę? czyli byli Niemcy poza Wermachtem?) i przede wszystkim błędny. Stawia on znak równości między goryczą i rozczarowaniem rzeczywistością wywlekającymi z domów ludzi, bezrefleksyjnie włączających się do nacechowanego prawicowo pochodu z faszyzmem per se. Twierdzi, że ten ostatni wraca do mainstreamu, co nie tylko jest nieprawdą, ale i jawnym niezrozumieniem dla okoliczności stojących za kompromitującym 11. listopada. To nie tylko błąd percepcji we wskazaniu źródeł – prowadzi on młodego autora na bezdroża retoryki lewicujących nastolatków. Konsumpcja jako rodzaj nowego porządku społecznego, upadek idei – to frazesy z kosza z używanymi myślami XX w., tak prawdziwe jak mało odkrywcze i do znudzenia zwałkowane. To wszystko można jeszcze wybaczyć. To, co stworzył z tekstu Pacewicza autor powyższego artykułu to kpina ze słowa pisanego. Zrecenzował on blogerski skrawek z pedanterią i wiernością Hitlerjugend, z czytelnego (abstrahując już od innych, wspomnianych rysów tekstu) przesłania Pacewicza zrobił niegodne, rozwlekłe wypracowanie szkolne, które nie tylko nic nie wnosi, ale przedstawia zwyrodniałą karykaturę świata, w której banał jest głębią, a Pacewicz Adorno. Wstydź się, mały chujku.

  2. Zasadniczo zgodziłbym się. Teza z niewidzialnością systemu fajna. Ale te „małpoludy” to jest dość mało eleganckie odczłowieczanie tzw. „wykluczonych”. Trochę wstyd takim językiem się posługiwać.

  3. „Jeśli demonstracja antyfaszystowska nie miała sensu i jeśli Marsz Niepodległości nie był poważnym zagrożeniem dla demokracji, to jest tak dlatego, że żadna idea we współczesnym społeczeństwie nie ma siły, aby przeciwstawić się niewidzialnej sile kapitalizmu. Oczywiście, taka sytuacja jest o tyle bezpieczna, że blokuje ona również te idee, które prowadzą do zbrodni (np. nazizm). Jest ona jedna też niebezpieczna, gdyż skutecznie zapobiega wszelkim zmianom społecznym, których my – ludzie lewicy – byśmy pragnęli.”

    Oj chyba pojechałeś….
    KONIEC HISTORII??
    SRSLY?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *