Bruno Drwęski, idee

Pierre Lévy, Bruno Drwęski: Mit Europy socjalnej

Proces integracji europejskiej trwa już 55 lat. To dobry moment, żeby zabrać głos i sprzeciwić się unijnej nowomowie używanej od ponad pół wieku oraz przypomnieć kilka cytatów i faktów, które podważą życzeniowe myślenie części środowisk lewicowych, punkt po punkcie.

 

Idee spójności postępu społecznego, suwerenności ludu i niepodległości umożliwiającej efektywną współpracę pomiędzy wolnymi narodami nieuchronnie prowadzić muszą do radykalnej krytyki integracji europejskiej. Od początku swojej historii Unia Europejska związana jest z koncepcją globalnego wolnego handlu, która siłą rzeczy działa na niekorzyść świata pracy i jego zdobyczy socjalnych. Integracja zaczęła się od wymazania wolności każdego narodu i jego prawa do decydowania o własnej przyszłości. Dąży się do usunięcia narodowych ram, otwierając tym samym drogę do logiki imperialnej.

UNIA I SPRAWY SPOŁECZNE

Europa oznacza, że będzie więcej miejsc pracy, lepsze warunki życia, mniej wykluczenia

Martine Aubry (b. sekretarz generalny francuskiej Partii Socjalistycznej) – wrzesień 1992

W czasie ośmiu lat swego istnienia euro zapewniło dobrobyt obywateli

Jean-Claude Juncker (Premier Luksemburga, przewodniczący Eurogrupy) – styczeń 2007

W 1982 roku François Mitterrand nie wahał się powiedzieć: „Europa nie będzie inna niż socjalna”. Ponad ćwierć wieku później niektórzy wciąż próbują nas kupić mało realnym hasłem „Europy socjalnej” przeciwko „Europie liberalnej”. To mrzonka, porównywalna z ideą wykorzystania mafii do działań humanitarnych. W zależności od języka i kontekstu samo słowo „socjalna” znaczyć może zupełnie różne rzeczy. We współczesnej europejskiej nowomowie przez solidarność rozumie się jałmużnę, a „socjalista” staje się synonimem „byłego socjalisty”. Holenderski minister gospodarki Jan Laurens przyznał w październiku 2004 r. dosadnie: „Europejski model społeczny będzie w przyszłości nieuchronnie przypominał amerykański”. To znaczy po prostu, że nie będzie społeczny w ogóle. Tak też się dzieje. W miejsce modelu społecznego dostajemy walkę wszystkich przeciw wszystkim z korzyścią dla nielicznych.

Wszyscy przywódcy europejscy powtórzyli swoje kredo – wspólna waluta potrzebna jest do przyspieszenia „reform” w każdym kraju. Te tzw. reformy to: „konsolidacja fiskalna” (ograniczenie wydatków publicznych), obniżenie standardów w systemie emerytalnym i w służbie zdrowia, masowe zwolnienia pracowników publicznych, zmniejszenie siły nabywczej obywateli, etc.

Zmiany wprowadzane w ostatnich latach we wszystkich państwach członkowskich UE opierają się one na nowej biblii liberałów – „Strategii lizbońskiej”. Emerytury? Plany w tej dziedzinie w każdym kraju członkowskim są podobne i polegają na systematycznym obniżaniu świadczeń i podnoszeniu wieku emerytalnego. W marcu 2002 r. Rada Europejska zadecydowała, że zasadą będzie przedłużenie wieku emerytalnego o pięć lat (wszystko to w czasie, gdy młodzi znajdują coraz mniej pracy). Unijne dokumenty w nieskończoność powtarzają, że musimy „uczynić pracę opłacalną”, co – tłumacząc z neoliberalnego żargonu – oznacza zmniejszenie zasiłków dla bezrobotnych tak, żeby „chciało się” im pracować – na jakichkolwiek warunkach.. Zdrowie? Wszędzie podnosi się wysokość składek i ogranicza świadczenia. Prawo pracy? Rynek pracy rządzi się rzekomo „zbyt sztywnymi” regułami, więc układy zbiorowe są kwestionowane.

W 2004 roku, na zlecenie Komisji Europejskiej, powstał raport, który stanowił podstawę do aktualizacji „Strategii lizbońskiej”. Według tego dokumentu „Strategia” ma na celu „stworzenie bardziej sprzyjających warunków dla działalności gospodarczej i biznesu”. Dokument podkreśla też konieczność „umiarkowanej polityki płacowej i zwiększenia produktywności” oraz opowiada się za promowaniem pracy tymczasowej (umowy śmieciowe). Raport stwierdza bez ogródek, że „prawa nabyte muszą zostać zakwestionowane”. Jeśli chodzi o metody, oznajmia natomiast, że „musi być wyjaśniona potrzeba zainicjowania reform, zwłaszcza obywatelom, którzy są świadomi powagi sytuacji” i że wymaga to „woli i pełnego zaangażowania polityków i partnerów społecznych”.

Ostatni szczegół: przewodniczący „Grupy Wysokiego Szczebla”, który napisał ten raport, nie jest w zasadzie zwolennikiem „liberalnej Europy” – to były premier z Partii Pracy Holandii, Wim Kok, który wcześniej był m. in. szefem Międzynarodówki Socjalistycznej i Europejskiej Konfederacji Związków Zawodowych. To dowód, że socjaldemokratyczna lewica i związane z nią związki zawodowe zastąpiły walkę klas „partnerstwem społecznym” z pracodawcami w zamian za synekury w organizacjach finansowanych przez UE (z pieniędzy podatników, ale bez ich zgody). Przyczynia się to do wzmocnienia skrajnej prawicy jako jedynej uznawanej (bo niekonsekwentnej!) siły zwalczającej „logikę europejską”.

UNIA I USŁUGI PUBLICZNE

Jeśli chodzi o liberalizację trzeba wiedzieć, że jak zaczęliśmy recytować alfabet, to od pierwszej litery trzeba dojść do ostatniej

Neely Kroes (komisarz do spraw konkurencji ) – październik 2004

Usługi publiczne z natury najbardziej irytują brukselskich dostojników. I nie bez powodu: istotą „konstrukcji europejskiej” jest oparcie całej działalności ludzkiej na rynku. Tymczasem usługi publiczne, zwłaszcza w ich francuskim modelu, są właśnie ucieleśnieniem odwrotnej logiki. Pozwalają niektórym sektorom gospodarki działać poza prawami konkurencji, po to, żeby mogły odpowiadać potrzebom ogółu. W ducha usług publicznych są więc wpisane zasady: równości wszystkich obywateli, bezpieczeństwa i ciągłości usług niezależnie od tego czy dany region jest bogatszy czy uboższy, wreszcie, zasada narodowej niezależności.

W 1980 r. Komisja Europejska, upoważniona przez rządzących, przygotowała wytyczne, których celem było rozbicie monopoli. Deregulacja postępowała w kolejnych falach. Na przykład „pakiet kolejowy” stopniowo otwiera kolej dla inicjatywy prywatnej. Transport towarowy poddany jest konkurencji od ponad 10 lat. Dodatkową konsekwencją jest zatrudnianie maszynistów, którzy nie są pracownikami kolei narodowej, lecz prywatnych firm, co powoduje liczne problemy związane z kwestią bezpieczeństwa pracy. Komisja chce jednak iść dalej: ku powszechnej liberalizacji przewozów pasażerskich na trasach krajowych i międzynarodowych.

Innym istotnym sektorem poddanym urynkowieniu jest energetyka. W odniesieniu do gazu deregulacja jest pierwszym krokiem w stronę proponowanej prywatyzacji surowca i jego dystrybucji. To samo odnosi się do energii elektrycznej. Wynikiem jest w obu przypadkach realny wzrost cen na rynku – dokładne przeciwieństwo zakładanych celów. Kolejna konsekwencją jest osłabienie krajowych sieci elektroenergetycznych ze względu na rozmnożenie połączonych ze sobą podmiotów. Skutek bezpośredni: 4 listopada 2006 r. mieliśmy do czynienia z pierwszą mega-awarią, która uderzyła w 10 milionów gospodarstw w Europie z powodu usterki niemieckiej linii przekaźnikowej. To najprawdopodobniej dopiero początek podobnych problemów. W obliczu takich awarii Komisja Europejska zna tylko jedną możliwą odpowiedź: przyspieszyć i pogłębić deregulację. Obecnie naciska zaś, aby całkowicie oddzielić wytwarzanie energii od jej dystrybucji.

Na pełną deregulacji branży pocztowej silnie naciskał były komisarz Charcie McCreevy. Pełne otwarcie rynku pocztowego osiągnął pod koniec swej kadencji, w 2009 roku, kiedy zniesiony został monopol poczt narodowych na doręczenia listów zwykłych. Efektem była nierównowaga w funkcjonowaniu publicznych przedsiębiorstw pocztowych poszczególnych krajów, które dotąd finansowały mniej rentowne przesyłki zyskami z przesyłek korzystniejszych. Deregulacja usług pocztowych pozwala zarazem na odejście od jednolitego cennika, jak ma to już miejsce w Wielkiej Brytanii. We Francji zredukowana została liczba urzędów pocztowych. Holenderska poczta przestała de facto istnieć na rzecz minimalnego systemu usług przejętych przez lokalnych handlowców. Obecnie to prywatne firmy czerpią korzyści z intratnej części jej działalności. Reszta usług została po prostu zniesiona.

To samo dotyczy transportu publicznego. Realizujący program jego urynkowienia francuski minister przemysłu Patrick Devedjiana w 2009 roku, aby uzyskać absolutorium Zgromadzenia Narodowego, użył ostatecznego argumentu: „Francji grozi oskarżenie przed Europejskim Trybunałem Sprawiedliwości”.

UNIA I PRODUKCJA

 Zdałem sobie sprawę, że Europa była naszym przeznaczeniem, jest to konstrukcja, która nas chroni

Kader Arif (Partia Socjalistyczna, sekretarz krajowy ds. globalizacji) – październik 2004

Nie możemy chronić europejskiego przemysłu przed globalną konkurencją

Günter Verheugen (wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej) – październik 2004

„Razem jesteśmy silniejsi” – Europie udało się zaprzeczyć temu sloganowi. UE nie tylko nie stanowi ochrony przeciwko kapitalistycznej globalizacji, ale jest bardzo istotnym czynnikiem sprzyjającym jej ekspansji na terenie całego regionu. Przemysł, rolnictwo i oczywiście usługi publiczne – żaden sektor nie został oszczędzony.

Garść przykładów: w listopadzie 2006 roku dyrekcja kolei francuskich podpisała „transakcję stulecia” dla pociągów podmiejskich regionu paryskiego z kanadyjską grupą Bombardier, odrzucając tym samym oferty francuskiego Alstom i niemieckiego Siemensa. Powód: WTO, za pośrednictwem Unii Europejskiej, zakazuje współpracy pomiędzy francuskimi przedsiębiorstwami (współpracy, która kiedyś doprowadziła do narodzin TGV!), a ponadto oferta Alstom była jakoby droższa – co wynikało z przewartościowanego w stosunku do dolara kurs wymiany euro. Airbus, kolejny lider rynku (stworzony dzięki współpracy między państwami europejskimi, ale niezależnie od UE), nie mógłby się dziś narodzić ze względu na europejskie reguły konkurencji. W ostatnim czasie i on znalazł się w kłopotach, pociągając za sobą podwykonawców. Główny powód jest zresztą podobny: zawyżona cena euro względem dolara.

Inny przykład: po dziesięciu latach, w ciągu których przemysł stalowy w większości państw członkowskich UE został w znacznej mierze zlikwidowany (jedna z największych masakr miejsc pracy w przemyśle w ciągu ostatniego półwiecza!), francuska grupa stalowa Usinor została w 2002 r. połączona z hiszpańską Aceralia i luksemburską Arbed w firmę Arcelor. Powód: „europejski gigant” miał lepiej „sprostać globalizacji”. W 2006 roku indyjski koncern Mittal Steel przejął Arcelora. „Europa nas chroni”, jak zwykle…

Wreszcie, rolnictwo zaczyna przeżywać trzęsienie ziemi – ze wszystkimi tego społecznymi skutkami i wyludnianiem się całych połaci terytorium. Rybacy już zostali zmuszeni do nałożonych na nich ograniczeń, które niekiedy prowadzą do zniknięcia całych gałęzi rybołówstwa. Właściciele winnic znajdą się w oku cyklonu, gdy nastąpi karczowanie winorośli na skalę europejską (aby umożliwić konkurencję winom z „nowego świata”). Jednak to dopiero kolejne reformy Wspólnej Polityki Rolnej w 2013 r. staną się prawdziwym tsunami, ponieważ oznaczają demontaż dotacji. Ponownie działa logika WTO: podjąć konkurencję z argentyńską wołowiną, kukurydzą z Australii, kurczakami z Azji. Witaj, bezpieczeństwo żywności i ochrona przed GMO! Europejski komisarz ds. rolnictwa jest przynajmniej szczery, gdy twierdzi, że powyższe fakty zachęcają rolników do poszukiwania „innego zatrudnienia w niepełnym wymiarze czasu”

UNIA I BEZROBOCIE

Jedna wspólna waluta, to główna droga prowadząca ku walce z bezrobociem

Michel Sapin (ówczesny socjalistyczny Minister Gospodarki i Finansów) – wrzesień 1992

Wspólnota ma za misję promowanie (…) wysokiego poziomu zatrudnienia i ochrony socjalnej

Traktat Rzymski (1957), zmieniony w Maastricht (1992)

Oficjalnie każdy z członków Unii Europejskiej pozostaje panem swej „polityki zatrudnienia”. W rzeczywistości może decydować najwyżej o środkach łagodzących skutki polityk przyjmowanych przez instytucje europejskie.

Dotyczy to przede wszystkim polityki pieniężnej. Określanie stóp procentowych jest wyłączną domeną Europejskiego Banku Centralnego (EBC), który jest „niezależny” od wszelkiej narodowej regulacji i wszelkiej kontroli politycznej, a więc każdej formy kontroli ze strony ludu. Jedynym statutowym celem banku, od momentu jego powstania, jest „walka z inflacją”,– chociaż inflacja dawno już przestała stanowić problem. W rezultacie, EBC prowadzi politykę drogiego pieniądza: zaostrza kryteria udzielania kredytów, dusząc w zarodku wszelką możliwość silnego wzrostu, zapobiegając tym samym ożywieniu gospodarczemu tworzącemu bogactwo dla wszystkich i dającemu pełne zatrudnienie. Ponadto, każdemu krajowi, który przyjął euro skutecznie uniemożliw się wykorzystywanie zmian wartości swej waluty. Ponieważ euro ma znacznie zawyżoną wartość, eksport z krajów Eurolandu jest nieopłacalny (jako mniej „konkurencyjny”). Preferowany jest natomiast import, zwłaszcza z USA i krajów, do których ponadnarodowe korporacje przeniosły swoją produkcję (ze względu na niskie płace). Niemiecka kanclerz zdecydowanie broni tego stanu rzeczy: „Jeśli chcemy, żeby utrzymywało się zaufanie do euro, trzeba żeby EBC pozostał poza obrębem dyskusji politycznych”.

Została wreszcie zablokowana jeszcze jedna dźwignia: bodziec fiskalny, tj. zwiększenie wydatków publicznych, które służyć może zarówno spełnianiu potrzeb społeczeństwa, jak i pobudzaniu wzrostu gospodarczego. „Pakt stabilności” (bez którego euro musiałoby upaść) wywiera stałą presję na coraz bardziej brutalne cięcia w budżetach krajowych – zdrowie, edukacja, mieszkalnictwo, transport, bezpieczeństwo. We Francji były minister gospodarki z zadowoleniem zadeklarował, że „po raz pierwszy w historii” wydatki publiczne spadły. Od tego czasu zmniejszyły się one w każdym kraju, a setki tysięcy pracowników państwowych zostało usuniętych ze stanowisk (choć sektor prywatny nie przejął funkcji publicznego). Ponadto, utrata siły nabywczej milionów pracowników i byłych pracowników publicznych stała się bezpośrednio i pośrednio hamulcem dla konsumpcji, a tym samym ciągnie wzrost gospodarczy i zatrudnienie w dół. We Francji jest ponad 5 milionów pracowników publicznych, których siła nabywcza spadła znacząco od 2007 roku. Podobne zjawiska dotyczą wszystkich państw członkowskich.

Warto pamiętać, że rząd, który miałby zamiar prowadzić aktywną politykę przemysłową lub chciałby pomóc jakiemuś pogrążonemu w kryzysie sektorowi gospodarki, od razu zostałby oskarżony o naruszenie świętych praw konkurencji. Również międzynarodowa wymiana handlowa Unii zależy wyłącznie od Komisji Europejskiej, która jest jedynym reprezentantem interesów dwudziestu siedmiu państw członkowskich w Światowej Organizacji Handlu WTO. Nie ma więc mowy, aby dany kraj mógł się bronić przed importem takiego czy innego towaru zagrażającego jego rynkowi pracy. Wszystko jedno jaki będzie los pracujących. Wszędzie, na przykład, zdewastowany został przemysł włókienniczy. Tymczasem europejski Komisarz do spraw socjalnych stwierdził w 2005 roku: „Restrukturyzacja to zupełnie naturalny proces, wieczny, bez końca”.

Wspólnota została założona dla „swobodnego przepływu towarów, usług, kapitału, pracy”. Traktat Rzymski stawiał już wyraźnie za cel „stopniowe znoszenie ograniczeń w handlu międzynarodowym”. Z natury więc integracja europejska funkcjonuje jako prawdziwa machina wojenna przeciwko polityce pełnego zatrudnienia.

ROZSZERZENIE UNII

Rozszerzenie Europy jest historycznym obowiązkiem moralnym i politycznym

Jacques Barrot (ówczesny prezes prawicowej grupy poselskiej UMP) – listopad 2003

Rozszerzenie ma na celu stworzenie konkurencji pomiędzy pracownikami poprzez umożliwienie imigracji zarobkowej ze Wschodu, gdzie równocześnie przeprowadzono deregulację rynku pracy. Polityka otwartych granic przyczyniła się tam do demontażu miejscowego przemysłu, pojawienia się masowego bezrobocia i w konsekwencji poprzez wymuszoną imigrację oderwała ludzi od swoich krajów. Rozszerzenie ma również wywierać presję na płace: europejskie stowarzyszenie pracodawców (UNICE, której przewodniczył wówczas Ernest-Antoine Seilliere) opowiada się za „swobodnym dostępem obywateli nowych państw członkowskich do rynku pracy” na Zachodzie. Nie po to, żeby im było lepiej w swoim kraju, nie po to nawet, żeby im było lepiej w kraju imigracji, ale po to, aby pogorszyć pozycję pracowników z krajów imigracji. Przybysze z „nowej Unii” zostaną zaś zmuszeni do konkurencji z nielegalnymi imigrantami z krajów pozaeuropejskich, którzy są jeszcze bardziej podatni na szantaż i wyzysk. Zamiast walki klas, wojna wszystkich ze wszystkimi ku uciesze wielkiego biznesu ponadnarodowego.

Czar rozszerzenia został trafnie podsumowany przez komisarz Danutę Hübner. Ta polska liberałka, odpowiedzialna za Politykę Regionalną w Brukseli (która ma kontrolę nad dystrybucją europejskiej „manny”), nie zawahała się stwierdzić w lutym 2005 r.: „To, co powinniśmy czynić, to zachęcać do delokalizacji w Europie”. Relokacja siły roboczej, której skutki widzimy dzisiaj nie rozwiązała problemu bezrobocia. Wszędzie, czy na Wschodzie czy na Zachodzie, konsument może kupić coraz mniej. Siłę roboczą z biedniejszej części UE pozbawiono prawa do życia i pracy w swoim kraju, zmuszono do emigracji za pracą do krajów bogatszych, gdzie w rezultacie rośnie bezrobocie, a więc i ubóstwo. Relokacje wewnątrz UE są przy tym zazwyczaj dopiero początkiem procesu, który popycha europejskie korporacje transnarodowe do przeniesienia produkcji do krajów, gdzie płace są jeszcze niższe. To właśnie te firmy wymuszają za pośrednictwem instytucji UE otwarcie granic i wolny handel.

UNIA TO NOWE IMPERIUM

Budowa europejskiego imperium – oto czego każdy chce

Dominique Strauss-Kahn  – czerwiec 2004.

Bez silnej unii jesteśmy zgubieni

Romano Prodi – styczeń 2007

Europejskie sztaby polityczne dążą do „reunifikacji Europy”. To absurdalne pojęcie, bo Europa nigdy nie była „zjednoczona” (chyba, że pod Napoleonem albo Hitlerem). Ale to nie wszystko: „W interesie Europy leży, aby promować na wschód od Unii Europejskiej i poza granicami basenu Morza Śródziemnego łuk dobrze zorganizowanych krajów”. Takie twierdzenie znaleźć można w raporcie Javiera Solany z 2003 roku. Tak od wieków definiuje się imperium, które w ten sposób ma „bronić” swoich interesów w świecie i musi zapewnić „stabilność” na peryferiach. Nieprzypadkowo Solana w maju 2007 roku otrzymał najwyższą nagrodę UE – nagrodę Cesarza Karola Wielkiego. W czerwcu 2004 roku Strauss-Kahn, przyszły szef MFW, także celebrował ambicje budowy imperium europejskiego. Dwa lata później naszkicował zarysy tego imperium „od lodów Oceanu Arktycznego na północy aż do piasków Sahary na południu” i tak określił perspektywę historyczną: „Europa jaka dzisiaj istnieje, jeśli nadal ma istnieć, odtworzyć musi obszar Morza Śródziemnego jako morza wewnętrznego, śródlądowego, i odzyskać przestrzeń zdobytą przez Rzymian lub – bliżej nam – przez Napoleona”. Ta „Europa” włączyła już do swego obszaru integracyjnego państwo Izrael. Państwo, które przez swoich sąsiadów (i nie tylko) jest posądzane o stosowanie polityki apartheidu.

Ta „globalna wizja” opiera się na pracy ekspertów. W 2006 roku wpływowa niemiecka Fundacja Bertelsmanna przygotowała sprawozdanie rozważające sposoby zapewnienia „przyszłych możliwości działania Europy w kształtowaniu nowego globalnego porządku świata”. Kluczowe pojęcie, jakim się posłużono: „eksport stabilności”. Metody? Połączenie sił wojskowych i cywilnych. Autorzy z radością powitali „istotne kroki”, jakie zostały podjęte w tym kierunku – decyzję o stopniowym tworzeniu „europejskich grup bojowych”, czyli brygady 1500 żołnierzy, która może być wysłana w dowolny punkt globu. Należy jednak, według autorów raportu, pójść dalej, bo „Globalne bezpieczeństwo wspólnych interesów wymaga (…) stworzenia jednolitej armii europejskiej”.

UNIA TO DYKTATURA ELIT

Na koniec zacytujmy zdanie, które nieodparcie kojarzy nam się z niedawną historią Europy – choć to historia, o której raczej nie wypada mówić. Zdanie wypowiedziane w grudniu 2000 roku przez ówczesnego kanclerza Niemiec Gerharda Schrödera: „Niemcy zawsze w sposób szczególny odpowiadali za losy integracji europejskiej”. Można się zastanawiać, czy ta opinia nie pochodzi z podświadomości. Słowa Schrödera nabierają nowego znaczenia w sytuacji, gdy europejscy przywódcy coraz częściej podkreślają niemiecki „obowiązek” karania „nieodpowiedzialnych” ich zdaniem państw.

Tzw. wartości europejskie nie stały na przeszkodzie tajnym więzieniom CIA w Europie, ani wojnom, jakie toczyły się tu od upadku Układu Warszawskiego. Przy okazji kryzysu greckiego wyszło na jaw z całą jaskrawością: Unia Europejska to nie tylko tolerowanie korupcji bankierów, to nie tylko produkcja raczej bezrobotnych niż dóbr i usług – to także otwarta brama do neokolonialnych awantur wojennych oraz mechanizmów ponadnarodowej represji. Czy o takie „wartości” walczyły narody Europy w czasie II wojny światowej?

A jednak istnieje alternatywa wobec UE!

 

Prof. dr hab. Bruno Drwę­ski (ur. 1955, Mont­real, Kanada): historyk, poli­to­log, absol­went Uni­wer­sy­tetu Jagiel­loń­skiego, Uni­wer­sy­tetu Paris III, Pary­skiego Insty­tutu Nauk Poli­tycz­nych. Od 1981 r. wykłada w Naro­do­wym Insty­tu­cie Języ­ków i Cywi­li­za­cji Wschod­nich (INALCO) w Paryżu w depar­ta­men­cie Europa Środkowo-Wschodnia. Autor licz­nych prac na temat podzia­łów spo­łecz­nych i kwe­stii naro­do­wo­ścio­wych w Euro­pie Środ­ko­wej i Wschod­niej oraz pro­ce­sów społeczno-politycznych w kra­jach arab­skich. Były dyrek­tor „La nouvelle Alter­na­tive”, były redak­tor naczelny „Recher­ches inter­na­tio­na­les”, „La Pen­sée”. Obec­nie czło­nek redak­cji „Revue d’études sla­ves” i „Outre-terre-revue de géo­po­li­ti­que”. Dyrek­tor inter­ne­to­wego cza­so­pi­sma „La Pen­sée libre”. Czło­nek Ośrodka Badań Europy–Eura­zja (CREE–INALCO). Admi­ni­stra­tor Euro­pej­skiego Insty­tutu Nauk Humanistycznych.

Pierre Lévy: dziennikarz i działacz lewicowy, były członek Francuskiej Partii Komunistycznej (PCF), w latach 1996-2000 członek redakcji „l’Humanité”, od grudnia 2000 r. redaktor naczelny lewicowego pisma eurokrytycznego „Bastille République Nations” http://www.brn-presse.fr/

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *