AUTOR

Filip Białek

ur. 1984, członek redakcji Nowych Peryferii, czasem pisze też gdzie indziej

„Meanwhile, do the ‚lower classes’ smell? Of course, as a whole, they
are dirtier than the upper classes. They are bound to be, considering the
circumstances in which they live, for even at this late date less than half
the houses in England have bathrooms. Besides, the habit of washing
yourself all over every day is a very recent one in Europe, and the working
classes are generally more conservative than the bourgeoisie. But the
English are growing visibly cleaner, and we may hope that in a hundred
years they will be almost as clean as the Japanese. It is a pity that those
who idealize the working class so often think it necessary to praise every
working-class characteristic and therefore to pretend that dirtiness is
somehow meritorious in itself.”
George Orwell, The Road to Wigan Pier

Mam problem z tą naszą polskością. Z jednej strony jasne jest, że wiele opowieści o Polakach funkcjonujących w rodzimych i obcych mediach ma pewien określony cel. Mówi się, że nasze społeczeństwo jest leniwe, niedorosłe do nowoczesności, zbyt religijne, ksenofobiczne i nietolerancyjne, po to, aby legitymizować władzę grupy oświeconych. Cel ów jest całkowicie transparentny, a jeśli ktoś tego nie widzi, to niech się przyjrzy bliżej. Z drugiej jednak strony, trudno jest abstrahować od realnych wad polskiego społeczeństwa Oczywiście, istnieje narracja, podług której winę za niezadowalający stan naszego państwa ponoszą tylko i wyłącznie elity, a jeśli pozbędziemy się tych złych elit, to wszystko z marszu ułoży się dobrze (sam pisałem pewnie parę razy w ten deseń ze względów – powiedzmy – taktycznych). Teza taka jest w równym stopniu krzepiąca, co fałszywa. Polskie elity pochodzą z polskiego społeczeństwa i to polskie społeczeństwo daje się tym elitom wodzić za nos. Nie można się tu powoływać na niezmierzoną siłę naszych kompradorów, gdyż są oni silni słabością reszty obywateli. Można by jeszcze od biedy mówić o zdradzie elit, ale poza stwierdzeniem samego faktu, niewiele to zmienia.

Problem jest taki, że gdy uświadomimy sobie słabość, bierność polskiego społeczeństwa – jeżeli będziemy pamiętać, do czego wykorzystywany jest dyskurs „wad narodowych”– zabraknie nam języka na wyrażenie owych bolączek. Brak ten powodowany jest tym, że krytyczny słownik został zawłaszczony przez kompradorów. Jest to dość ciekawe zjawisko. Sto lat temu ci, którym zależało na wyzyskiwaniu polskiego ludu używali raczej języka konserwatywnego: nie buntujcie się, szanujcie pana właściciela i pamiętajcie, że wszystko, co nowe, od Złego pochodzi. Obecnie rzecz ma się odwrotnie: narzędziem wyzysku stał się dyskurs zmiany. Polacy muszą się ciągle dostosowywać do zachodnich wzorców, muszą odrobinę zmienić swoją tożsamość, muszą wyzbyć się swoich złych przyzwyczajeń i wtedy będzie u nas, tak jak tam – na Zachodzie.

Najgłupszą rzeczą, jaką można tu zrobić to dostosować się do narracji proponowanej przez kompradorów. Podporządkowanie się nie musi polegać na afirmacji, równie dobrze może to być uznanie, że skoro oni chcą zmieniać, to my będziemy konserwować. Oni atakują polskość, to my będziemy twierdzić, że gdzieś na Podkarpaciu, czy Podlasiu istnieje polskość nieskalana, której jedynym problemem jest ucisk płynący z Warszawy i Brukseli. Niestety, jak bardzo bym z tego powodu nie ubolewał, polskość nie jest obecnie formą, która może być motorem zmian w tym kraju. Nie drzemią w nas niezmierzone siły, które tylko czekają, aby rozwinąć się i osiągnąć pełnię. Nie wystarczy odesłać Tuska do Berlina, Komorowskiego do Moskwy, a Gazety Wyborczej i TVN zamknąć na cztery spusty. Społeczeństwo pozostanie takie samo i zaraz pojawi się nowy Tusk, nowy Komorowski, nowy Michnik i nowy Jarek Kuźniar. Jasne, że z mendami należy walczyć (chuje precz). Trzeba jednak pamiętać, że taka robota na niewiele się zda, jeśli samo społeczeństwo nie zostanie przebudowane.

Uważam, że lewica musi diagnozować i krytykować niedostatki polskiej obywatelskości. Należy znaleźć język, w którym będziemy potrafili mówić o społeczeństwie krytycznie nie powielając jednocześnie kompradorskich schematów myślowych. Tekst rozpocząłem od kłopotów z mówieniem wady Polaków, można jednak uogólnić ten problem. Wydaje mi się, że większość ruchów, które próbują odgórnie bronić ciemiężonych grup, idealizuje je, starając się nie dostrzegać ich defektów w obawie przed oskarżeniem o działalność na korzyść Wroga.

Lewica nieutopijna, od czasów, gdy przestała być progresywna (mówię tu o kwestiach socjalnych, obyczajowa progresywność oczywiście ma się dobrze), zajęła się jedynie obroną klas uciskanych. Jest to zajęcie chwalebne i potrzebne, a jednak w dużej mierze niewystarczające. Przede wszystkim zauważmy, że gdy zajmujemy się tylko obroną, to łatwo z pozycji realistycznych przechodzimy w romantyzację niższych warstw społecznych. Każda krytyka mas odbierana jest jako atak. Szybko dochodzi się do przeświadczenia, że nie wolno w żaden sposób krytykować bezrobotnych i klasy pracującej, bo wszelkie negatywne uwagi są niezawodnym znakiem działania na rzecz wielkiego kapitału. Oczywiście, najczęściej jest to słuszna diagnoza, automatyzm takich reakcji winien jednak skłaniać do refleksji.

Teksty, które opisują niedostatki klasy pracującej: słabą organizację, brak myślenia wspólnotowego, apatię społeczną, a czasem po prostu degenerację, poza wyśmianiem i oskarżeniami o neoliberalizm spotykają się czasem na lewicy z trochę głębszym odzewem. Otóż mówi się tam, że może to i prawda, że niekiedy pracownicy kradną, że nie potrafią się zorganizować, że gros Polaków nie uczestniczy w życiu politycznym, że niektórym bezrobotnym nie chce się pracować, że istnieją ludzie, którzy rzeczywiście nieuczciwie pobierają świadczenia, etc., ale wszystkie te fakty tłumaczone są istnieniem czarnych charakterów, które zmuszają społeczeństwo do podejmowania złych wyborów. Społeczeństwo zatem – w obowiązującej narracji lewicowej – postrzegane jest jako byt, którego główną cechą jest bycie uciskanym. Gdyby nie ów ucisk, gdyby nie kapitaliści, gdyby nie Wall Street, gdyby nie kompradorzy, Tusk, Chicago Boys, Balcerowicz, neoliberalizm, Miller, Blair, Thatcher, gdyby nie oni wszyscy razem wzięci, rozkwitłoby tysiąc kwiatów. W miesiąc, albo i krócej. Społeczeństwu zatem nic nie potrzeba, poza usunięciem tych, którzy uciskają. Łatwo zobaczyć, że jest to myślenie kontrfaktyczne. Polega ono na zastanawianiu się, jakie cechy posiadałoby społeczeństwo, gdyby świat wyglądał inaczej. Zauważmy, że podobny zabieg stosują liberałowie. Z tym że oni mówią: gdyby nie kapitaliści, to masy pomarłyby z głodu. Lewicowcy z kolei twierdzą: gdyby nie kapitaliści, to masy żyłyby w dobrobycie. Żadnej z tych tez nie można sprawdzić. Nie to jest jednak problemem. Problem polega na tym, że lewica upodobniła się do prawicy w myśleniu o pewnej stałej, choć przysłoniętej przez okoliczności, naturze społeczeństwa. Takie myślenie jest o tyle kłopotliwe, że tracimy z oczu rzeczywistą kondycję mas społecznych. Zamiast diagnozy, mamy zestaw usprawiedliwień. Nawet jeśli owe usprawiedliwienia są słuszne, to nie posuwają w żaden sposób sprawy do przodu.

Przyjrzyjmy się teraz arenie, na której nowa lewica odnosi sukcesy. Mówię tu o kwestiach obyczajowych. Wydaje się, że walka o prawa kobiet, homoseksualistów czy osób o innym pochodzeniu rzeczywiście przynosi rezultaty. Niezależnie od tego, czy uznamy, że emancypacja tego rodzaju dokonuje się w głównej mierze na skutek „naturalnego” przyswajania wzorców zachodnich, trudno zaprzeczyć, że praca wykonywana przez organizacje feministyczne itp. w jakimś stopniu zmienia obowiązujący dyskurs.

Jedną z przyczyn sukcesu tego odłamu lewicy jest fakt, iż nie ma tam strachu przed krytykowaniem społeczeństwa. Sam uważam, że najczęściej ta krytyka jest przesadzona, nie da się jednak ukryć, że działaczki feministyczne, czy ruchy gejowskie patrzą na zastany stan świadomości społeczeństwa jako z gruntu niezadowalający. Niezadowolenie nie ogranicza się wyłącznie do nacisków na rządzących. Nie, ono idzie dużo dalej. Głównym celem takich grup jest próba zmiany stosunku zwykłych ludzi do grup, które dotychczas były dyskryminowane. Lewica obyczajowa – wyświechtane wyrażenie – ma swoją wizję społeczeństwa i nie boi się jej realizować.

Nie jestem tu jednak po to, aby tylko chwalić lewicę obyczajową. Zauważmy, że nie wpisuje się ona do końca w opisywany przeze mnie problem. Otóż jeśli pozwolimy sobie na lekką idealizację i powiemy, że istnieje taki odłam lewicowości, który nakierowany jest tylko i wyłącznie na walkę o kwestie obyczajowe, to nieuchronnie dojdziemy do wniosku, że działalność takich grup nie jest powodowana troską o całe społeczeństwo, ale jedynie o jego część; tą część, która jest w pewien określony sposób dyskryminowana. Fakt ów może wyjaśniać, dlaczego tzw. obyczajówka nie boi się krytykować społeczeństwa jako całości. Brak tego – normalnego dla lewicy – lęku bierze się stąd, że społeczeństwo jako całość nie jest przedmiotem ich troski.

Zatem lewica czysto obyczajowa potrafi wpływać na społeczeństwo, gdyż uczyniła je przedmiotem krytyki. Warunkiem możliwości tej krytyki było jednak wydzielenie ze społeczeństwa grup, o emancypacje których była toczona walka. Lewica, która chciałaby łączyć kwestie socjalne i obyczajowe (nie ukrywajmy tutaj, że da się rozdzielić te zagadnienia; najprostszym argumentem na rzecz tej tezy jest fakt, że istnieją ludzie, którzy je rozdzielają) ma z tym problemy, gdyż stara się ona poprawić los całej społeczności – albo prawie całej: odjąć należy ciemiężycieli. Tak całościowy program blokuje jednak możliwość krytycznego spojrzenia na tych, których lewica chciałaby bronić. Prowadzi to do romantyzacji całych warstw społecznych i utraty kontaktu z rzeczywistością.

Warto pamiętać, że jeszcze sto lat temu lewica nie bała się wymagać od społeczeństwa zmian. Widziała ona, że problemy, które je trapią są często wynikiem wewnętrznych wad. Weźmy fragment z tekstu Augustyna Wróblewskiego z 1911 r.:

Taka mgła lenistwa ciąży na Polsce swym ciężkim oparem i gniecie całe nasze społeczeństwo. To dziedziczna narodowa choroba nasza – to wielkie lenistwo polskie. Ono zmniejsza naszą siłę, naszą wartość. Ze wszech stron dochodzą teraz mianowicie skargi na to cierpienie, jedni się do niego przyznają, a inni nie, ale można się go dopatrzyć w bardzo wielu rodzinach, u ogromnej ilości osób ze sfer najróżnorodniejszych. Trzeba się leczyć z tego społecznego zła. Uwaga powszechna opinii, prasy, powinna być zwrócona na takie klęski, plagi ogólne, które zdolne są zdławić sens życia naszego.

Wyobraża sobie ktoś, aby takie słowa padły na polskiej lewicy w 2012 roku? Autor takiego fragmentu zaraz zostałby oskarżony o neoliberalizm, o utwierdzanie kolonialnych narracji, o brak szacunku dla klas pracujących. Śmieszne to. Przecież słowa Wróblewskiego nic nie straciły na aktualności. Więcej nawet: dziś powinny być ostrzejsze.

Zauważmy, że Wróblewski używa pierwszej osoby liczby mnogiej. To znak, że sam traktuje się jako część opisywanego przez siebie bytu. Niestety, jest to zjawisko dość rzadkie na współczesnej polskiej lewicy. Wciąż – choć podskórnie, nieświadomie – pokutuje u nas podział na inteligencję i masy. Inteligencja ma opisywać i w razie potrzeby interweniować, a masy mają po prostu być sobą. Podział taki jest błędny i szkodliwy. Błędny, gdyż jeśli inteligent to ktoś, kto potrafi przyswajać i wytwarzać teksty kultury, to nietrudno zauważyć, że obecnie każdy to potrafi robić (inna sprawa, jakiej jakości będą te teksty). Szkodliwy, gdyż oddziela jedną część społeczeństwa od drugiej szklaną ścianą, która obustronnie zniekształca obraz.

Lewica uczyniła ze społeczeństwa zwykły przedmiot rozważań. Jak pisałem wyżej, przedmiot ten odznacza się tym, że ciągle jest przez kogoś uciskany, a sam w sobie kryje niezmierzony potencjał. Kryje się za tym tak naprawdę brak wiary w możliwą podmiotowość społeczeństwa. Żyjąc w mniemaniu, że jeśli tylko masy zostaną uwolnione spod ucisku kapitału, kompradorów, złych polityków etc., to automatycznie zapanuje tutaj demokracja i sprawiedliwość społeczna, nie tylko blokujemy sobie możliwość krytyki niepożądanych tendencji, ale przede wszystkim pozbawiamy społeczeństwo jakiejkolwiek formy sprawczości. Z lewicowych tekstów tak naprawdę wyziera ta sama pogarda i ten sam brak wiary w możliwości naszego narodu, co z tekstów konserwatywnych.

Wnioski są zatem następujące. Po pierwsze, nie bać się krytykować. Strach ten powinien zostać zmniejszony, o ile uświadomimy sobie, że piętnując polskie wady, krytykujemy samych siebie. Po drugie, nie postrzegać społeczeństwa w okresach kontrfaktycznych. Należy patrzeć na to, co jest, a nie na to, co byłoby gdyby nie ci źli. Po trzecie wreszcie, wierzyć trzeba w możliwość zmiany. Musimy mieć wiarę, iż my sami jesteśmy w stanie podźwignąć się z kolan. Nie chodzi wcale o żadne nieubłagane procesy międzynarodowe, nieprzezwyciężone prawa rynku, spiski neoliberalne, wielkie narracje, które blokują rozwój. Chodzi tylko i wyłącznie o pracę, którą jesteśmy w stanie włożyć dla poprawienia własnego losu.

drukuj

KOMENTARZE

  1. „Uważam, że lewica musi diagnozować i krytykować niedostatki polskiej obywatelskości.”
    Diagnoza i krytyka jest jedynie etapem wstępnym wszelkich zmian. Potem trzeba by opracować narzędzia naprawcze, a następnie i to jest najważniejsze, zastosować je. To po pierwsze. Po drugie osobiście większą widzę potrzebę działalności edukacyjno-popularyzatorskiej oraz, to trochę odrębny temat, naciskania na zmiany w obrębie samych instytucji edukacji. Generalnie rzecz ujmując trzeba by szukać możliwości wyjścia do ludzi i przedstawiania im innych niż obiegowe wizji świata oraz inicjowanie zmian w obrębie instytucji, które te wizje świata najsilniej kształtują. Sama publicystyka, choćby krytyczna… ma pewną wartość, ale nie wydaje mi się ona kluczowa.

    „Błędny, gdyż jeśli inteligent to ktoś, kto potrafi przyswajać i wytwarzać teksty kultury, to nietrudno zauważyć, że obecnie każdy to potrafi robić (inna sprawa, jakiej jakości będą te teksty).”
    Każdy? Jak idę sobie po ulicy i spotykam różnych ludzi to kofrontuję się z faktem, że jednak jestem intelektualistą. Są ludzie, z których twarzy i sposobów (lub prób)komunikacji można łatwo wyczytać, że zbyt lotnymi się po prostu nie urodzili. Oczywiście różnie można ową lotność rozumieć, dla jednego to oznacza umiejętność sprawnego operowania śrubokrętem, a dla drugiego podobnie ale w odniesieniu do abstrakcyjnych idei, paradygmatów, kontekstów itp.itd. Różnice w predyspozycjach i talentach w obrębie społeczeństwa nie są wymysłem korwinizmu, czy innego społecznego darwinizmu, ale zwyczajnym faktem. Dlatego ludzie często-gęsto akceptują przewodnictwo innych, którzy przewyższają ich intelektualnie o parę lat świetlnych, bo jest to dla nich zwyczajnie korzystne. Stąd w każdej społeczności kształtuje się elita. Inną sprawą jest jaki charakter ma ta elita, jakie wartości wyznaje i w jakiej jest relacji do ludzi, którym przewodzi (czyli inaczej jak im przewodzi – za pomocą lufy przystawionej do czoła czy inspirującego przykładu i delikatnej sugestii – spektrum jest tu szerokie.)

  2. Mózg mi się zlasował. Widać nie dorosłam do tylu ogólników na jednej stronie. Ale poprawię się, poczytam Marksa i wrócę za pół roku, z bardziej postępowym umysłem. Albo wyjadę z tego grajdołu, gdzie rodzą się takie chore ideje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *