AUTOR

Filip Białek

ur. 1984, członek redakcji Nowych Peryferii, czasem pisze też gdzie indziej

Przez przypadek trafiłem na wiadomość, że w Tajlandii cenzura zakazała rozpowszechniania filmu „Shakespeare must die” w reżyserii Ing Kanjanavanit. Mniejsza o szczegółowe okoliczności zakazu, zaciekawiło mnie jednak jedno zdanie pochodzące z uzasadnienia cenzorskiej decyzji. Otóż cenzor orzekł, iż film nie powinien być pokazywany w Tajlandii, gdyż jego treści mogą dzielić tajski lud.

Zarzut taki powinien brzmieć znajomo w polskich uszach. Weźmy na przykład uroczy tekst Kolendy-Zaleskiej: „Ci, którzy zamierzają demonstrować [w trakcie Euro – F.B], chcą zepsuć to święto. Chcą rozbić wspólnotę, jeszcze bardziej nas podzielić.” Dzielenie społeczeństwa jest oczywiście zagrożeniem dla demokracji, gdyż – jak dobrze wiadomo – w demokracji wszyscy powinni się zgadzać.

Jasne: nie ma u nas cenzury, w Polsce w starciach z wojskiem nie giną dziesiątki ludzi tak jak to miało miejsce w Tajlandii, mamy w naszym kraju coś na kształt demokracji i coś na kształt wolności mediów. Zatem porównania z autorytarnymi reżimami łatwo mogą zostać zbyte przez frakcję zdrowego rozsądku, umiarkowania, ciepłej wody w kranie i grilla na balkonie ironicznym uśmieszkiem i słówkiem: „oszołomstwo”. Mnie też raczej śmieszą sądy, zgodnie z którymi Tusk to Putin, a Polska niczym nie różni się od Białorusi. Problem jest taki, że fakt, iż u nas nie jest tak źle, jak tam, nie znaczy, że jest u nas dobrze.

Gdybym miał odpowiedzieć na pytanie, czy jesteśmy państwem autorytarnym, to powiedziałbym : „nie, nie jesteśmy”. Gdyby jednak zapytano mnie, czy jesteśmy państwem demokratycznym, to udzieliłbym podobnej odpowiedzi.

Status państwa peryferyjnego, którym Polska niewątpliwie jest, nie ogranicza się do zależności gospodarczej, politycznej i kulturowej od centrum. Samą zależność można przecież przezwyciężyć stosując odpowiednią politykę wewnętrzną. Jednakże, aby wdrożyć jakąkolwiek strategię wychodzenia z peryferyjnej kondycji, należy dysponować silnym państwem. Słabość struktur państwowych, politycznych i społecznych powoduje natomiast swoisty imposybilizm rozwojowy, utrwalający status peryferii. Z dwóch przesłanek („W Polsce ustrojem politycznym jest demokracja parlamentarna” oraz „Polska jest krajem peryferyjnym”) możemy wyciągnąć następujący wniosek: polska demokracja musi być wadliwa i niepełna, gdyż w innym wypadku byłaby ona środkiem do wychodzenia kraju spod wpływów centrum.

W teorii dysponujemy państwem demokratycznym, ale w praktyce jest ono wykorzystywane nie dla dobra wspólnego, ale w zgodzie z interesami obcych mocarstw oraz lokalnych kompradorskich elit. Tajska anegdotka mogłaby wskazywać na nic więcej, jak przypadkowe nachodzenie na siebie języka używanego przez azjatyckich cenzorów i dyskursu promowanego w polskim mainstreamie od dobrych kilku lat, niestety jednak składa się ona na nieco szerszy obraz. Jasne, że głosy mówiące o tym, że Kaczyński dzieli społeczeństwo, a zatem jest zagrożeniem dla demokracji nie sprawiają, że istnieje groźba, iż PiS zostanie zdelegalizowany. Chodzi jednak po prostu o to, aby PiS na tyle społeczeństwu obrzydzić, aby nigdy nie wygrał wyborów (nie ma tu miejsca na rozważania, czy PiS rzeczywiście zagraża naszym kompradorom, trudno jednak nie przyjąć takiej tezy, obserwując z jaką zaciekłością elity zwalczają partię Kaczyńskiego).

Żyjemy w pseudo-demokracji, a zatem pewne fasadowe formy tego ustroju muszą zostać zachowane. Czymś takim są wybory powszechne. Niosą one ryzyko niekorzystnego wyniku, jednak ryzyko to może być skutecznie minimalizowane przez odpowiedni przekaz medialny. Dodatkowo należy zauważyć, że nasza michnikowsko-kiszczakowska demokracja jest z punktu widzenia elit systemem w pewien sposób bezpieczniejszym niż jawny autorytaryzm. Systemy autorytarne zużywają bardzo wiele zasobów na utrzymanie władzy, a przy krytycznym wzroście niezadowolenia społecznego mogą zostać obalone. Pseudo-demokracja nie ma takich problemów, gdyż niechęć do władzy kanalizowana jest poprzez kolejne wybory powszechne, które zazwyczaj i tak nic nie zmieniają, gdyż miejsce jednej lojalnej wobec centrum partii zostaje zajęte przez kolejną. Dziś Platforma, jutro Palikot.

Powiedzmy sobie jasno: peryferyjna demokracja jest jedynie formą, pod którą skrywają się interesy grup czerpiących profity z naszej żałosnej kondycji. Grupy owe będą walczyć o utwierdzenie neokolonialnej pozycji Polski, a wzmocnienie państwa jest im nie na rękę. W słabym państwie, jeśli tylko zajmuje się odpowiednią pozycję w nieformalnej strukturze władzy, nie ma większych problemów z ustawianiem przetargów, przepychaniem korzystnych ustaw, czy działaniem na granicy prawa.

Kompradorom zależy również na taniej pracy. Państwa peryferyjne nie dysponują wysoko rozwiniętą technologią, a zatem wzrost produkcji odbywa się głównie poprzez powiększanie wyzysku. Krótko mówiąc: gdy nie ma się nowoczesnego przemysłu, handlować można jedynie siłą roboczą. Oczywiście, większość zysków ląduje po stronie międzynarodowego kapitału, jednak jego mobilność sprawia, że nie jest on na stałe przywiązany do Polski. To tylko nasze elity biznesowo-polityczne są uzależnione od złej kondycji polskich pracowników.

Błędem popełnianym przez znaczną część polskiej lewicy, mam tu na myśli na przykład Krytykę Polityczną, jest niedostrzeganie (czasem celowe, czasem wynikające z naiwności) owego peryferyjnego rysu polskiego kapitalizmu. Pomijając go, tracimy z oczu tych, którzy bezpośrednio odpowiadają za stan polskiej gospodarki i wznosimy się w abstrakcyjne rejony, gdzie możemy bezpiecznie rozprawiać o globalnym (pozornie homogenicznym) kapitalizmie i złowrogim neoliberalizmie.


drukuj

KOMENTARZE

  1. Filipie, ale mam kilka pytań:

    1. Jak wyprowadziłbyś Polskę z pozycji państwa peryferyjnego przy pomocy wzmocnienia państwa? Bo ty trafnie diagnozujesz bolączki ale tego jak miałyby działać leki nie opisujesz….
    2.Jak niby możliwe jest wyjście z peryferyjności bez inwestycji państwa w gospodarkę (które nie wiadomo czy mogą wypalić) które muszą być z czegoś sfinansowane np. ze składek emerytalnych albo opodatkowania drobnych przedsiębiorców….I jak by to pogodzić z postulatem ulżenia prekariatowi który oberwałby prawdopodobnie na takim postępku…..

    Zwracam też uwagę na to że pogardzany przez Ciebie Palikot zawarł w soim ostatnim programie tego rodzaju postulaty -nie wartałoby przedyskutować ich może? Hmmm….?

    3. Czy na pewno nie stawiasz woza przed koniem? Peryferyjność nie jest rezultatem okrągłego stołu tylko długotrwałego zapóźnienia cywilizacyjnego naszego kraju….Neokolonializm jest jej skutkiem nie przyczyną…Nie jest wcale jasne dlaczegożby elity miały czerpać z tego korzyść….Z pewnością gdyby w Polsce istniała możliwość rozwoju nowoczesnej gospodarki elity „michnikowsko -kiszczakowskie” (wespół z masonami i cyklistami a także Żydami :D) starałyby się raczej wyzyskaćto budując ten przemysł bo to byłaby szansa budowy ich własnej pozycji…..Ale nie czynią tego -co sugeruje że nie wierzą w powodzenie takiego planu….To zaś sugeruje że taki plan może faktycznie niewykonalny…..

    Być może byłby on wykonalny gdyby państwo dokonało potężnych inwestycji w jakieś rentowne sektory gosporki….albo gdyby nasza siła robocza był naprawdę tania -jak Azjaci….Ale obie opcje są trudne do przeprowadzenia……Nb. zauważ że społeczeństwa Japonii i Korei sprawiają wrażenie korporacyjnych i quasi-demokratycznych ( w Japonii od wojny rządzi jedna partia :D) ale „kompradyzm” nie przeszkodził rozwojowi gospodarki…Problem w tym że my nie umiemy pracować jak Japońce nie mamy też ochoty pozwolić państwu się opodatkować w celu inwetycji w sektor państwowy……

    Twoje analizy są ciekawe ale wciąż podszyte ujęciami spiskowymi w rodzaju „Michnik z Kiszczakiem przy wódzi rozjebali kraj”…To nie jest poważne….

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *