AUTOR

Marceli Sommer

ur. 1988. Członek-założyciel “Nowych Peryferii”. Zwolennik światopoglądowej niekonsekwencji oraz spiskowej teorii dziejów.

 

Consolamentum: „W odpowiedzi na kampanię antyzwiązkową. List otwarty” okazał się być strzałem w dziesiątkę. Młoda lewica różnych odcieni i frakcji postanowiła poprzeć Wasz apel. Czuliście, że tak to będzie wyglądać? Czy może nie jesteście usatysfakcjonowani odzewem?

Marceli Sommer: Mogę oczywiście odpowiadać tylko w swoim imieniu. Na pewno zaskoczyła mnie skala poparcia listu na lewicy. Przynajmniej w części tych środowisk związki zawodowe (szczególnie największe centrale) nie były traktowane jako naturalny sojusznik. Zwłaszcza „Solidarność” budziła emocje dość ambiwalentne. Wypominano jej osłonę reform transformacyjnych i studzenie pracowniczego oporu oraz ideologiczne i polityczne związki z prawicą. Tak szeroki konsensus co do wystąpienia w obronie protestujących związkowców był możliwy, po pierwsze, dzięki zdecydowanej przemianie w łonie samej „Solidarności”, jaka zaszła w ostatnich kilku latach i której swoistym zwieńczeniem są protesty przeciwko tzw. reformie emerytalnej. Po drugie zaś – jak sam słusznie stwierdziłeś w swoim komentarzu dla „Gazety Polskiej Codziennie” – kluczowym źródłem sukcesu tej inicjatywy jest fakt, że mamy wspólnego przeciwnika.

Atmosfera wokół związkowych protestów, jaką stworzył rząd wespół z (neo)liberalnym establishmentem, to kolejne świadectwo narastającej po stronie władzy arogancji i poczucia bezkarności. Pamiętajmy, że w sprawie podwyższenia wieku emerytalnego związki zawodowe reprezentują pogląd większości Polaków. Pod samym wnioskiem o referendum w tej sprawie zebrano blisko dwa miliony podpisów. Tymczasem wsłuchując się w przekaz płynący z polskich mediów i od przedstawicieli całej „koalicji emerytalnej” (i nie tylko – w nagonkę na związkowców włączyli się też między innymi niektórzy politycy SLD), można było odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z uderzeniem politycznych popleczników jednej z partii w przedstawicieli społeczeństwa.W karykaturalny wręcz sposób skupiono się na – mocno naciąganych – świadectwach brutalności protestujących, bezkrytycznie nagłaśniano relacje zainteresowanych psuciem ich wizerunku parlamentarzystów i opatrywano komentarzami zawodowo zaniepokojonych ekspertów.

W zalewie powszechnego oburzenia trudno było usłyszeć rzeczy zupełnie oczywiste – np. że blokady budynków użyteczności publicznej, to narzędzie znane i stosowane w protestach społecznych na całym świecie (w tym w „starych demokracjach”). Na tym tle pojawiła się skandaliczna wypowiedź Lecha Wałęsy o pałowaniu związkowców i sygnały, że parlament zajmie się opracowaniem rozwiązań ograniczających prawa związkowe. W te antyspołeczne wystąpienia wpisali się najwyżsi urzędnicy państwowi i osoby zaufania publicznego. Sygnatariusze listu poczuli, że tego typu sytuacja domaga się jednoznacznego sygnału poparcia dla „Solidarności”, przypomnienia, że w tej sprawie to „koalicja emerytalna” pozbawiona jest legitymizacji.

A skąd się właściwie wzięły Nowe Peryferie? Dość szybko zdobyliście popularność na lewicy, choć – na dobrą sprawę – nie mieliście za sobą żadnego organizacyjnego czy środowiskowego zaplecza. Jaki mieliście/macie pomysł na swój magazyn internetowy?

Wzięliśmy się, o ironio, z salonu24. I z potrzeby działania. Pięcioro z nas prowadziło blogi polityczne, zaczęło się nawzajem czytać i komentować (swój udział w tym spotkaniu miał też zapewne fakt, że odbiegaliśmy od politycznego trzonu salonu24 i z trudem wpisywaliśmy się w wytwarzane w nim osie konfliktu). Poczuliśmy, że zbliżają nas do siebie zarówno idee, jak i wrażliwości polityczne. Łączyło nas też poczucie, że brakuje miejsc, mediów dla myślących „po naszemu”. Tzn. dla opcji prospołecznej, demokratycznej, nieuwikłanej w zależności historyczne czy środowiskowe z establishmentem tej czy innej maści. Szczególnie zaś czuliśmy zapotrzebowanie na przestrzeń dla publicystyki zaangażowanej, nieakademickiej, a zarazem niepozbawionej dystansu. Wkrótce potem pojawiły się w s24 „lubczasopisma”, co potraktowaliśmy jako pretekst, wygodny i prosty sposób na start. Z piątki szybko zrobiła się nas szóstka i już po paru miesiącach założyliśmy własną stronę.

Gdy doszło wreszcie do spotkania (część z nas znała się wcześniej, część nie, ja np. na sześć osób tylko jedną), utwierdziliśmy się w przekonaniu, że dobraliśmy się świetnie i chcemy robić to razem. Po ponad półtora roku działania strony mamy siedmioosobowy zespół, a do pisania i współtworzenia „Nowych Peryferii” udało się namówić zarówno osoby znane w kręgach zaangażowanych, jak i utalentowanych autorów spoza środowiska.

Domyślam się, że każdy ze współtwórców Nowych Peryferii miał własną drogę ku lewicy i stąd nieco inaczej ją przeżywa i rozumie. Zastanawialiście się, co dla Was jest wspólne w tym, co tworzycie?

Jeśli chodzi o podstawowy kościec ideowy, to w znacznej mierze określiłem go już w odpowiedzi na poprzednie pytanie. W precyzyjny sposób określony jest też w manifeście „Nowych Peryferii”. Ważnym elementem wspólnej postawy jest na pewno nieortodoksyjność, otwartość ideowa i środowiskowa (choć oczywiście ma ona swoje granice). Dzielimy krytyczny stosunek do postkomunizmu i jego „budowniczych”. Wreszcie – peryferyjność, jako istotny temat zainteresowania i wątek interpretacyjny bardzo słabo obecny w polskiej debacie publicznej. Peryferie w naszym tytule zawierają w sobie oczywiście pewną zamierzoną wieloznaczność. Określają nasze miejsce wobec głównego nurtu życia publicznego. „Nowe Peryferie” to także pewne hasło, nawoływanie do zmiany, odnowy połączonej ze świadomością peryferyjności jako punktu wyjścia. To determinacja do wyjścia z peryferyjnej kondycji, ale pozbawiona charakterystycznych dla tej postawy kompleksów wobec kultur powstałych w cywilizacyjnych centrach, to poszukiwanie potencjału we własnej peryferyjności, dążenie do zamienienia jej w atut.

Co ciekawe, nieliczne (i często nieudolne) przykłady refleksji nad sytuacją Polski w perspektywie centro-peryferyjnej czy postkolonialnej, pojawiały się przede wszystkim na prawicy (choć koncepcje, na których się opierają mają swe źródła raczej w tradycji lewicowej). Mamy przekonanie, że peryferyjność jest dla Polski tematem absolutnie fundamentalnym, nomen omen, centralnym. Weźmy chociażby przebieg transformacji ustrojowej. Wątki związane z zależnością Polski od kolonizatorów z ZSRR z jednej, a neokolonizatorów z MFW, zachodnich banków i korporacji z drugiej strony, przewijały się w dyskusji nad przełomem, zazwyczaj jednak w sposób marginalny i nieuporządkowany. Schemat postkolonialny daje z kolei ważne narzędzia analizy podziałów społecznych i oligarchizacji systemu politycznego. Świadomość peryferyjności w ramach światowego systemu gospodarczego czy w obiegu kultury przemeblowuje myślenie i znaczenie podziałów politycznych. Z tych to powodów, naszą pierwszą inicjatywą publicystyczną na większą skalę była ankieta poświęcona kwestii peryferyjności Polski, która jest dostępna za darmo w formie e-booka.

Wasz list sporo mówi o medialnej, antyzwiązkowej atmosferze w Polsce. Jest ona na dobre wdrukowana w głowy rodaków, choć obecnie ta część z nich, która sympatyzuje z PiS, ma w związkach naturalnego sprzymierzeńca. Piotr Duda staje się postacią coraz popularniejszą. Lewica odbuduje swe wpływy społeczne za pośrednictwem związków zawodowych?

Wierzę, że związki mają w Polsce do odegrania ważną rolę. Mają szansę stać się głównymi instytucjonalnymi przyczółkami oporu przeciwko postępującemu „zwijaniu państwa”, deregulacji gospodarki, ograniczaniu praw pracowniczych pod pretekstem „zwiększania elastyczności” czy „wspierania przedsiębiorczości” (w rzeczywistości sprzyjającym wyłącznie wielkiemu kapitałowi). I w tym sensie mogą stać się czymś znacznie więcej niż zakładnikiem tej czy innej opcji politycznej (dlatego też cieszę się z podpisów prospołecznych prawicowców z Pressji czy rebelyi.pl). Kibicuję Piotrowi Dudzie, ponieważ wydaje mi się, że ma on świadomość tych wyzwań oraz słuch społeczny, talent i umiejętności, które dają nadzieję, że im sprosta. Zwracam też uwagę na to, że w ostatnich latach stosunek Polaków do związków zawodowych się zmienił, co jest też w pewnym stopniu efektem zmian w stylu i zasadach działania największego związku, jakim jest „Solidarność”. Wskazują na to choćby wyniki badań społecznych – wg ostatnich sondaży CBOS 44% społeczeństwa pozytywnie ocenia działalność związków. Zmiana atmosfery w tym kierunku powinna oczywiście cieszyć lewicę.

Wasz apel przedrukowały tak różne media, jak „Gazeta Polska Codziennie”, „Nowy Obywatel”, internacjonalista.pl. Równocześnie spotkał się z krytyką z lewej strony. Galopujący Major stwierdził, że list mija się ze swoim naturalnym adresatem, klasą średnią, która najbardziej ceni sobie święty spokój i bezpieczeństwo.

Publicystyczne tezy na temat klasy średniej są zwykle dość problematyczne. Każdy definiuje to pojęcie inaczej, tak jak mu wygodnie. Jedni, mówiąc o klasie średniej, mają przed oczami mieszkańców strzeżonych osiedli, pracowników korporacji i drobnych przedsiębiorców, drudzy – urzędników czy nauczycieli, pracujących na stabilnych umowach. Jeszcze inni, jak Piotr Ikonowicz, dowodzą nie bez racji, że w istocie klasy średniej w ogóle w Polsce nie ma. Nie neguję, że istnieje u nas grupa, którą cechuje wrażliwość, o jakiej pisze Galopujący Major, ale nie wydaje się, żeby pokrywała się ona z przynależnością klasową. Na opisywaną przez niego postawę składają się liczne czynniki, takie jak sympatie polityczne i medialne, środowisko pracy (sektor publiczny czy prywatny), wyobrażenia i aspiracje społeczne oraz status symboliczny, które to czynniki mogą, ale nie muszą pokrywać się z kryteriami definiującymi klasę średnią. Z perspektywy rzetelności metodologicznej to są niebezpieczne rejony. Od takiej tezy, jaką stawia GM niedaleko już do stwierdzeń w rodzaju: „klasa średnia wybiera PO”, „inteligent powinien mieć poglądy takie i takie”, które w najnowszej historii były wykorzystywane jako rodzaj samospełniającej się propagandy.

GM przyjął w swoim tekście bardzo cyniczną perspektywę, w której umyka np. fakt, że w naszym liście nie ma żadnej „obrony przemocy”. Kluczowym celem był dla nas natomiast sprzeciw wobec manipulacji i gry na emocjach(dotyczącej szczególnie tej grupy, o której GM pisze), robienia z nagłaśniania i „nadmuchiwania” pojedynczych i niezbyt poważnych incydentów sposobu na mobilizację polityczną. W oczach Galopującego treść naszego listu właściwie nie ma znaczenia, liczy się tylko to, że stając w sprawie blokady Parlamentu po stronie związkowców „przegrywamy” klasę średnią (czy raczej pewną jej część).

Podgrzaliście atmosferę na lewicy. I co dalej? Macie pomysły, jak dalej wspierać prozwiązkową kampanię? Czy uważacie, że zrobiliście swoje?

Cel główny na dzisiaj, czyli wyrażenie sprzeciwu wobec nagonki na związki i wobec postępowania władz w sprawie reformy: łamania zasad dialogu społecznego i ograniczania roli parlamentu, został osiągnięty. Zabiegamy jednak o dalsze rozpowszechnianie listu wszelkimi kanałami (kolejny przedruk zapowiedział np. „Związkowiec OPZZ”, co stanowi także optymistyczną zapowiedź co do przyszłości relacji między centralami związkowymi). Kolportujemy go również w wersji anglojęzycznej, z nadzieją, że może stać się przyczynkiem do podważenia monopolu na kreowanie wizerunku Polski za granicą przez środowisko „Gazety Wyborczej” i innych piewców „sukcesu polskiej transformacji”.

Mamy nadzieję, że list i poparcie, jakie uzyskał, przerodzi się w konsekwentną postawę lewicy w podobnych sytuacjach. Chcielibyśmy także rozwoju współpracy między środowiskami prospołecznymi a ruchem związkowym w istotnych sprawach, takich jak zwalczanie „umów śmieciowych” czy ochrona i egzekucja praw pracowniczych. Namawiamy zwolenników i sygnatariuszy listu do działania w tym duchu i dyskusji nad możliwymi polami współdziałania.

 

Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, 28 maja 2012 r.

 

Rozmowa pierwotnie ukazała się na blogu Consolamentum.

 

 

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *