featured, internet

Udacity – przyszłość akademii?

AUTOR

Filip Białek

ur. 1984, członek redakcji Nowych Peryferii, czasem pisze też gdzie indziej

„Nie mogę dłużej uczyć na Stanfordzie. Mogłem wziąć niebieską pigułkę i wrócić na uczelnię, żeby wykładać dla dwudziestu osób, ale wziąłem czerwoną pigułkę i ujrzałem raj.” Tymi słowami Sebastian Thrun tłumaczył swoje odejście ze słynnego amerykańskiego uniwersytetu, po tym jak przeprowadził kurs, który ukończyło 60 000 ludzi. Ale po kolei…

udacity - sebastian thrunThrun to wybitny naukowiec zajmujący się sztuczną inteligencją. Prócz działalności akademickiej pracuje dla Google, gdzie odpowiadał m.in. za Google Street View, oraz za budowę bezzałogowego samochodu. Jesienią zeszłego roku wraz z Peterem Norwigiem (kolejna znakomitość) uruchomił na Stanfordzie kurs o AI. Kurs ów był o tyle szczególny, że dzięki internetowi został otwarty dla ludzi z całego świata. I to nie w formie kolejnych wykładów wrzucanych na youtube. Studenci spoza Stanforda musieli odrabiać prace domowe oraz na koniec kursu uczestniczyli w egzaminie. Kurs odniósł porażający sukces. Po kilku dniach zapisało się nań prawie 160 000 ludzi. Po pewnym czasie okazało się jednak, że coraz mniej studentów z uczelni przychodzi na zajęcia prowadzone przez Thruna. Gdy ten zapytał o powód niskiej frekwencji, dowiedział się, że stanfordccy studenci – płacący czesne w wysokości ok. 40 000 dolarów – również wolą uczyć się przez internet. Oto Thrunowska „czerwona pigułka”. Jeden kurs udostępniony przez sieć wywarł większy edukacyjny efekt niż cała dotychczasowa akademicka kariera Thruna.

Udacity – uniwersytet on-line

Na początku tego roku Thrun uruchomił serwis Udacity, który – najprościej mówiąc – ma być uniwersytetem on-line. Pierwsze dwa kursy to „Building a Search Engine” i „Programming a Robotic Car”. Przydarzyło mi się zapisać na pierwszy z nich. Kurs jest absolutnie rewelacyjny. W zasadzie nigdy uczyłem się niczego z taką przyjemnością. Czasem nawet łapałem się na tym, że przyjemność z nauki jest zbyt duża, gdyż już po dwóch dniach czułem się od kursu uzależniony i chciałem robić tylko więcej i więcej ćwiczeń. Przyjemność nie jest jednak związana z prostotą. Kurs jest trudny i jeśli nie miało wcześniej do czynienia z programowaniem, to w niektórych momentach trzeba poświęcić określonemu zagadnieniu więcej czasu. Jednocześnie wykładowcy (mój kurs prowadzi głównie dr Dave Evans z University of Virginia) są tak świetnymi pedagogami, że nawet jeśli pojawia się uczucie zagubienia, to po kilkakrotnym odtworzeniu odpowiedniego materiału w końcu człowiek zaczyna rozumieć.

Kurs podzielony jest na siedem części, które pojawiają się raz w tygodniu. Każda część to ok. trzydzieści filmików trwających nie więcej niż kilka minut. Większość z nich kończy się quizem, który pozwala sprawdzić, czy należycie zrozumiało się dane pojęcie. Quizy to albo test wyboru, albo zadanie polegające na napisaniu kodu rozwiązującego problem. Wydaje mi się, że podzielenie każdego rozdziału na wiele krótkich części i związanie ich z zadaniami są tym, co w dużej mierze decyduje o sukcesie tego modelu. W dwie minuty trudno zgubić koncentrację, a kolejne testy działają jak wyzwania, które przy pewnym wysiłku kończą się pozytywnym bodźcem w postaci satysfakcji i napisu „You got it right!”. Każdy tydzień kursu zakończony jest pracą domową składającą się z kilku zadań (niektóre są proste, inne bardzo trudne). Tutaj poprawnej odpowiedzi nie uzyskujemy natychmiast, ale dopiero po pewnym czasie. Wyniki prac domowych, wraz z testem na zakończenie całego kursu wyznaczają ocenę, którą wraz z certyfikatem Udacity otrzymuje każdy student, który ukończył dany kurs. Prócz samych wykładów ważne jest również forum Udacity, na którym można szukać pomocy, jeśli nie zrozumiało się czegoś dobrze. Odpowiedzi są zazwyczaj bardzo przyjazne i rzeczywiście pomocne.

Już 16 kwietnia zostaną otwarte cztery nowe kursy. Wszystkie mają być dostępne całkowicie za darmo. Zresztą Thrun nie dopuszcza nawet możliwości, że będzie kiedykolwiek pobierał opłaty za kursy. Jego celem nie jest zarabianie na Udacity (zarabia w Google, a tam raczej nie płacą najgorzej), a sam koszt prowadzenia takiej działalności nie jest wielki. Celem Sebastiana Thruna jest demokratyzacja wyższej edukacji, która staje się coraz bardziej niedostępna dla niezbyt bogatych ludzi. Dzięki Udacity ukończenie kursu na poziomie Stanfordu jest możliwe dla każdego, niezależnie od stopnia zamożności, wieku i miejsca zamieszkania – wystarczy komputer podłączony do internetu. Thrun deklaruje również, że systematycznie będą powiększali swoją ofertę kursów wykraczając poza informatykę. Docelowo Udacity ma uczyć tego, czego uczy się na zwyczajnych uniwersytetach.

Najbardziej fascynujące jest to, że pierwszy kurs Udacity wydaje się być idealnie wykonany, a jest to ledwie wersja beta platformy. Thrun, Evans i Norwig dopiero uczą się uczyć za pomocą tego medium. Jak będą wyglądały następne kursy, gdy tak bystrzy ludzie jak oni, usiądą nad zebranymi podczas pierwszych kursów danymi i zaczną zastanawiać się, co by tu jeszcze poprawić? Trudno przewidzieć, ale można mieć pewność, że będzie tylko lepiej.

Kondycja uniwersytetów

Piszę o Udacity z dwóch powodów. Po pierwsze, aby podzielić się wiadomością, o zjawisku, które uważam za absolutnie cudowne – jedni z najbardziej wybitnych ludzi w swojej dziedzinie oferują ludziom z całego świata wiedzę za darmo. Po drugie jednak, warto w tym kontekście zastanowić się nad obecną kondycją uniwersytetów.

Szkoła wyższa, oświecona przez krytykę nauki i zdolna do politycznego działania, mogłaby stać się rzecznikiem tego, by alternatywne kierunki działania naukowo-technicznego postępu wybierane były nie w sposób naturalny z przemysłowo-militarnych punktów widzenia, lecz politycznie, przez rozważenie praktycznych następstw, a więc na gruncie powszechnego dyskursywnego procesu kształtowania woli społecznej


Te słowa Jurgena Habermasa napisane na początku lat 70. mogą razić swoim optymizmem. Uniwersytet nie tylko nie jest miejscem, w którym kształtuje się krytyczna opinia publiczna nieskrępowanie szukająca nowych rozwiązań, ale raczej całkowicie podporządkował się “systemowi”. Tzn. niekrytycznie zaakceptował to, co obecnie uważane jest za racjonalne. Wydaje się nawet, że akademia w neofickim zapale wdrożyła pewne “nowoczesne” rozwiązania daleko bardziej radykalnie niż dzieje się to w niektórych korporacjach. Różnorakie systemy punktów i algorytmów mających dokładnie określać pozycje jednostki w ramach uniwersyteckiej struktury są czasem bardziej sztywne niż metody promocji w przedsięwzięciach komercyjnych. Podporządkowanie wszystkiego krótkoterminowemu zyskowi jest aż nadto widoczne – promowane są te kierunki, na które jest popyt oraz takie, które przyciągają biznesowych inwestorów zainteresowanych jak najszybszym spieniężeniem wytworów naukowej myśli. Myślenie o tym, co może się przydać w dalszej przyszłości jest w zdecydowanym odwrocie. Nie wspominam nawet o rozwiązaniach, których celem byłaby walka o dobro wspólne, gdyż ów ładny zwrot wyszedł z mody dawno temu.

Wydaje się więc, że uniwersytet nie stanie się przestrzenią, w której dojść może do “powszechnego dyskursywnego procesu kształtowania woli społecznej”. Co więcej, szkoły wyższe same powinny stać się przedmiotem reformy. Tym bardziej, iż kryzys uniwersytetu ma negatywny wpływ na całe społeczeństwo. Akademie, których głównym przykazaniem winna być wolność, co roku wypuszczają ze swoich murów ludzi, którzy w świecie widzą tylko i wyłącznie konieczność, którym brakuje chęci, odwagi i możliwości, aby krytycznie spojrzeć na zastany świat.

Nie twierdzę oczywiście, że wszyscy akademicy bezproblemowo zgadzają się z obecną sytuacją. Co więcej, pisząc, iż zmiana uniwersytetu może przyjść tylko z zewnątrz, nie mam na myśli tego, żeby muszą jej dokonać ludzie spoza akademii. Wręcz przeciwnie, jedynie ludzie związani z uniwersytetem będą w stanie sprawić, aby szkolnictwo wyższe pełniło ważną społecznie rolę. Mówiąc o uniwersytecie mam na myśli jego instytucjonalny wymiar. Sebastian Thrun jest dobrym przykładem: akademik z krwi i kości, który aby realizować swoją wizję uniwersytetu, musiał z uniwersytetu odejść.

Techniki zdobywania wiedzy

Wydaje mi się jednak, że casus Udacity pokazuje nie tylko, że akademia musi być reformowana od zewnątrz, ale również, że możemy traktować uniwersytet jako pewnego rodzaju technologię. Spotykanie się w salach i słuchanie wykładowcy jest jedną z możliwych technik zdobywania wiedzy, podobnie oglądanie krótkich filmów i rozwiązywanie quizów. Jeśli w ten sposób spojrzymy na szkoły wyższe, zobaczymy, że reforma nie może opierać się wyłącznie na krytyce obecnego modelu – czyli: procesie dyskursywnym. Technologii nie zmienia się za pomocą krytyki, ale poprzez stworzenie nowej technologii, która będzie w stanie zastąpić obecną.

Tak właśnie postąpił Thrun. Nie rozpoczął serii debat uniwersyteckich, na których ludzie w praktyce zgadzający się na obecny system będą podawać kolejne argumenty wskazujące na jego słabości, dzięki czemu będą mogli zdobyć wewnątrz niego lepszą pozycję. Nie, Thrun po prostu stworzył nowy model studiowania.(i)

Warunkiem niezbędnym dla pojawienia się „dyskursywnego procesu kształtowania się woli społecznej” jest technologia, która będzie sprzyjać dobrej komunikacji. Uważam, że stan uniwersytetów (podobnie jak stan mediów) raczej blokuje ów proces niż go napędza. Dlatego też praktycznie niemożliwe jest, aby sytuacja komunikacyjna, w jakie znajdujemy się obecnie, mogła sterować rozwojem technologii z korzyścią dla społeczeństw. Jeśli jesteśmy optymistami, to raczej powinniśmy mieć nadzieję, że odpowiednie technologie powstaną niejako z przypadku, bez poprzedzającej debaty (która musiałaby się odbyć w ramach obecnych technologii dyskusji), a ich użyteczność zostanie zweryfikowana przez praktykę. Udacity pozwala wierzyć, że technologia pozostawiona sama sobie również może mieć pozytywne skutki.

(i) Warto zaznaczyć, że Thrun nie jest  pionierem w tej dziedzinie. Sam przyznaje, że inspiracją była dla niego KhanAcademy stworzona przez Salmana Khana.

drukuj

KOMENTARZE

  1. u nas tez jest filozofia polityki online. Szlachta, Bartyzel, Pietrzyk-Reeves itd. bardzo fajne… 800 zł (w tym 300-za samą rekrutację)

  2. Głównym problemem jaki się pojawi będzie próba przejęcia kontroli przez kapitalizm rentierski.

    Gdy rozrosnie się darmowy lub niedrogi system nauczania, stanie się atrakcyjnym obiektem ataku przez poszukiwaczy rent, prowadzonym przez armie prawników i policję uzbrojonych w nowe prawa, w imię obrony „własności intelektualnej”.

    Natura nie znosi prózni i gdzie jest żer pojawiają się drapieżniki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *