AUTOR

Jan Mencwel

Współpracuje z Pracownią Badań i Innowacji Społecznych „Stocznia”. Fotografuje i pisze. Lubi Warszawę, podróże i sporty zimowe.

O perspektywie dla lewicy w dzisiejszej Polsce można albo pisać długo i mądrze, albo opisać ją jednym słowem: odwagi! Sądzę, że dobry czas dla prawdziwej lewicy w Polsce nadchodzi, a jedyne, co może mu zagrozić, to przespanie tego czasu przed zataczające coraz szersze kręgi środowiska lewicowe lub sympatyzujące z lewicą, choć (jeszcze) nie określające się tym terminem.

Skąd ten optymizm? Gdy przyglądamy się sytuacji politycznej i nastrojom społecznym w Polsce początku roku 2012, jest coraz bardziej jasne, że sytuacja lewicy w Polsce po 1989 roku nigdy jeszcze nie była jednocześnie tak dobra i tak zła. Minus i plus podobno daje minus, ale w tej sytuacji może być odwrotnie, bo paradoks, który daje się dziś zaobserwować, jest naprawdę interesujący.

Jest naprawdę źle, jeśli chodzi o sferę twardej polityki, o wpływ na funkcjonowanie państwa, na kształt procesu modernizacji i trwałe zmiany w życiu społecznym, które on ze sobą niesie. W obecnej kadencji sejmu mamy do czynienia z całkowitym regresem lewicy. Dla każdego ambitniej myślącego sympatyka lewicy nie ma złudzeń, że formacje, które w dzisiejszym układzie sił politycznych uchodzą za lewicowe, w rzeczywistości dokonują najwyżej przypisania sobie etykiety lewicowości, jak to słusznie – acz poniewczasie – określił były premier Włodzimierz Cimoszewicz w wywiadzie udzielonym niedawno tygodnikowi „Polityka”.

Jeśli ktoś wyobraża sobie, że SLD może podnieść się z kompletnego uwiądu, w którym się znalazło, niech przypomni sobie, czym skończyła się ostatnia próba stworzenia sobie „nowej, młodej twarzy” w wykonaniu tej formacji. I ile wysiłku zostało włożone w tę spektakularną klapę. Za to Ruch Palikota, z lubością określany przez mainstreamowe media jako „lewicowa opozycja”, jest partią-kameleonem, która może będzie próbowała się „załapać” na różne – w tym lewicowe – nastroje społeczne, ale która nie stworzy żadnej trwałej formacji, a nawet, na co przynajmniej można było mieć nadzieję, nie narobi chwilowego zamieszania w życiu politycznym. Jednocześnie rząd Donalda Tuska, jeszcze niedawno podejrzewany o „skręcanie w lewo”, od początku kadencji robi wszystko, żeby nas przekonać o tym, że „nie pójdzie tą drogą”: począwszy od expose premiera, które bardziej niż do obywateli było skierowane raczej do agencji ratingowych i obliczone na uspokojenie rynku, po trwającą nadal awanturę wokół ACTA, która pokazała, że rząd bez problemu (i bez konsultacji społecznych) jest skłonny aktywnie bronić interesu wielkich międzynarodowych koncernów, natomiast głos sprzeciwu ze strony społeczeństwa jest w pierwszej kolejności traktowany jako „szantaż”, przed którym nie można się ugiąć.

Jednocześnie, sytuacja lewicy jest dziś wyjątkowa dobra, jeżeli spojrzymy na sferę szeroko pojętej metapolityki: kulturę, w której coraz większym anachronizmem staje się, jeszcze nie tak dawno uchodzące za pożądany standard „nieuwikłania artysty w politykę”, a sztuka „zaangażowana społecznie” oznacza coraz częściej sztukę wpisującą się swoim przesłaniem w lewicowy nurt krytyki współczesności; na sferę debaty publicznej, w której – nawet w jej głównym nurcie – coraz wyraźniej przebijają się głosy autentycznie lewicowe (patrz nowy „Przekrój” pod redakcją Romana Kurkiewicza), a kontekst światowego kryzysu ekonomicznego sprawia, że lewica może znowu „przemówić ludzkim głosem”, bo lewicowy język opisu świata staje się coraz bardziej adekwatny. Jeżeli jedną z najczęściej cytowanych i omawianych książek w ostatnim czasie jest „Źle ma się kraj” Tony’ego Judta, jeżeli w USA kręci się (i nominuje do Oscara!) filmy takie jak „Margin Call” J.C. Chandora, a w Polsce wyświetla się go pod znamiennym tytułem „Chciwość”, jeżeli młodzi ludzie są w stanie tysiącami wyjść na ulice polskich miast mimo kilkunastostopniowego mrozu, żeby wystąpić przeciwko prawu chroniącemu interesy amerykańskich koncernów, to, jak mawia ksiądz Natanek – „wiedz, że coś się dzieje”.

To są znaki na niebie i ziemi, które wskazują na to, że lewica jest dziś – i na świecie, i w Polsce – potrzebna. Że mówienie o kryzysie obecnej wersji kapitalizmu, o solidarności społecznej, która nie musi wyrażać się tylko w dobroczynności łatającej dziury w systemie, ale także w sprzeciwie wobec niesprawiedliwego systemu i w myśleniu o tym, jak go zmienić, przestaje być jakąś niezrozumiałą mrzonką, która zasługiwała jeszcze niedawno najwyżej na obojętne wzruszenia ramionami. Jeszcze niedawno wszyscy czuli, że, parafrazując Tony’ego Judta, „w naszym sposobie życia jest coś głęboko błędnego”, ale jednocześnie byli dogłębnie przekonani, że nic się nie da z tym zrobić, a zaangażowanie czy niezgoda na sprawiedliwość były uważane za zwykłe frajerstwo. Dziś wszyscy czują to samo dużo intensywniej i jednocześnie mają świadomość, że inni dookoła mogą myśleć podobnie. To duża zmiana. I oznacza ona, że tematy takie jak walka z wykluczeniem społecznym, z uprzywilejowaniem korporacji, z upadkiem godności pracy, z brakiem polityki mieszkaniowej, z urynkowieniem coraz to nowych sfer życia i zamienianiem relacji społecznych na transakcje zaczynają dotyczyć i obchodzić coraz więcej osób. Warunkiem koniecznym do ich podjęcia jest przeważenie w powszechnej świadomości szali z „there is no alternative” na „we must think of an alternative”, i ten warunek wydaje się być bliski spełnienia.

A zatem, dawno nie było lepszego momentu, by rozwijać projekty lewicowe odpowiadające na te coraz bardziej globalne wątpliwości i na poszukiwanie alternatyw. Te projekty przynajmniej na gruncie polskim na razie muszą pozostać w sferze metapolitycznej – ruchów społecznych, czasopism, organizacji pozarządowych, projektów z dziedziny ekonomii społecznej. Ale kto pamięta, jaki rozmach miały lewicowe projekty społeczne w Polsce początków XX wieku, by przypomnieć choćby ruch spółdzielczy albo samokształceniowy, ten nie będzie lekceważył sfery działań społecznych, nawet jeśli dziś kojarzy się ona z nieco bezbarwnym i zbiurokratyzowanym „trzecim sektorem”. Możliwości do działania i realnego zmieniania fragmentów naszej rzeczywistości czy tworzenia kolejnych krytycznych głosów na jej temat są przecież fantastyczne. Lewica nie może ich lekceważyć i skupiać się tylko na „krytyce politycznej” (celowo używam tej nazwy, która odnosi się nie do tytułu czasopisma, ale do pewnej filozofii działania), musi za tym iść też praktyka polityczna, która będzie realnie wpływać na życie społeczne, a nie tylko na język, którym je opisujemy. Wydaje się, że walka o język w jakimś stopniu została już wygrana, czego dowodem może być fakt, że Grzegorz Hajdarowicz, właściciel spółki PressPublica, decyduje się na powierzenie redakcji „Przekroju” Romanowi Kurkiewiczowi w przekonaniu, że jest to jakaś nisza w rynku, którą można zapełnić.

Skoro jednak mówimy o języku, to można w tym momencie poczynić kilka zastrzeżeń, bo wydaje się, że język lewicy wciąż zbyt często wpada w kilka pułapek, które nigdy nie pozwolą mu wyjść poza „niszę w rynku” i stać się zaczątkiem zmiany politycznej lub szerokiego ruchu społecznego. Te pułapki można by wskazać formułując kilka postulatów dla lewicy w Polsce.

PO PIERWSZE: nie dla „rewolucji”, tak dla „zmiany”. Lewica nie może popadać w idiotyczne marzenia o „ostatecznym krachu systemu korporacji”, w puste frazesy w rodzaju „kapitalizm jest zły”. Lewica musi zrozumieć, że wolny rynek nie jest złem samym w sobie, ale narzędziem, które należy wykorzystywać w celach społecznie użytecznych. Że wolny rynek, poddany odpowiednim regulacjom i otwarty na zmiany, jest najlepszym systemem, jaki dotychczas wymyślił człowiek, by zmieniać świat na lepsze. Dlatego warto wreszcie skończyć z fałszywą alternatywą „neoliberalizm – socjalizm”, a zamiast tego zacząć rozmawiać na przykład o społecznej gospodarce rynkowej, choćby w wydaniu brazylijskim. W polskiej debacie publicznej jest to przykład właściwie nieobecny, bez echa przeszedł nawet fascynujący wywiad jaki przeprowadził Jacek Żakowski z doradcą prezydenta Luli Da Silvy – Ladislau Dowborem.

PO DRUGIE: tak dla „aktywnej roli państwa”, nie dla „wszystko musi zrobić państwo”. Zgoda, ze ważnym zadaniem lewicy jest dziś odbudowa zaufania do instytucji państwa, ale niesie to za sobą niebezpieczeństwo popadnięcia w totalizm, który odmówi racji bytu na przykład instytucjom społeczeństwa obywatelskiego i roli, jaką powinny pełnić, albo emancypacyjnej funkcji wolnego rynku. Zadaniem lewicy nie może być udawanie, że państwo może nas wszystkich zbawić, jeśli damy mu wszystkie sznurki do ręki, bo w to już nikt dzisiaj nie uwierzy, zresztą słusznie. Społeczeństwa chcą dziś większej porcji bezpieczeństwa, ale chcą też marginesu wolności i możliwości „radzenia sobie samemu”. Nie tylko poprzez instytucje demokracji bezpośredniej, które należy rozwijać, ale także przez samoorganizację w określonych sprawach. Samoorganizacja ma zresztą w polskiej kulturze bardzo bogatą tradycję – w przeciwieństwie do patriotyzmu rozumianego jako szacunek do instytucji państwa. Jeżeli Polacy mają więc odzyskać zaufanie do państwa, musi się to zacząć od wspierania ich własnych działań i wysiłków, a nie od prób zrobienia wszystkiego za nich.

PO TRZECIE: nie dla definiowania się przez antyklerykalizm, tak dla postulatu rozdziału państwa od Kościoła. Naprawdę, da się mówić o świeckości państwa bez uciekania się do barwnych opisów „opasłych biskupich brzuchów”, bez piętnowania „katolickiego ciemnogrodu”, za to z wrażliwością społeczną każącą dostrzec w słuchaczach Radia Maryja osoby, które z jakiegoś powodu nie czują się reprezentowane przez żadną inną siłę polityczną. Nazywanie ich „ofiarami transformacji” albo „wykluczonymi” to pewne nadużycie lub uogólnienie, ale faktem jest, że autentyczny ruch społeczny, jaki powstał wokół Radia Maryja, wypełnił lukę, która musi stanowić wyzwanie, a nie oponenta dla ewentualnej formacji lewicowej.

PO CZWARTE: nie dla hermetycznego i akademickiego „lewicowego dyskursu”, tak dla prostego i zrozumiałego języka opisu rzeczywistości. Gdy obserwuje się działania ważnego dla polskiej lewicy środowiska Krytyki Politycznej, można odnieść wrażenie, że środowisko to uważa, iż stworzenie formacji lewicowej może się opierać o wydawanie niezrozumiałych dla osoby bez doktoratu z socjologii książek Chantal Mouffe, Alaina Badiou i tym podobnych. Takie działanie szybko zamieni się w „przekonywanie dawno już przekonanych”. Lewica musi chyba odrobić lekcję środowiska KOR-u, lekcję wyjścia na zewnątrz z akademickich i towarzyskich salonów do ludzi naprawdę pokrzywdzonych przez system. Na przykład do dwóch milionów obywateli Polski, którym dochody nie pozwalają na zaspokojenie podstawowych potrzeb, których liczba, mimo wszystkich „sukcesów naszej gospodarki”, od kilku lat się właściwie nie zmienia. Z nimi nie da się rozmawiać językiem akademickim, ale to oni stanowić powinni podstawowy punkt odniesienia dla lewicy wrażliwej społecznie.

Spełnienie tych postulatów może się wydawać lewicy odejściem od pewnych schematów myślenia, ale w moim przekonaniu właśnie odchodzenie od schematów jest dziś właściwą drogą do wyjścia poza schemat „jesteśmy lewicą, ale nikt nas nie rozumie, bo…”. Przyczyn trzeba poszukać w sobie samych. Wzorem mogą tu być – uwaga – amerykańscy liberałowie, skupieni wokół nowego pisma „Breakthrough Journal (http://breakthroughjournal.org/), o których pisał w jednym z numerów „Kultury Liberalnej” Paweł Marczewski. Ich podejście dobrze oddaje tytuł tekstu programowych tego środowiska: „Modernizing liberalism”, w którym nawoływali liberałów, by „przestali myśleć o państwie opiekuńczym jako źródle świadczeń i protezie dla niezaradnych, a zaczęli w nim widzieć narzędzie stymulowania aktywności gospodarczej i społecznej” (P. Marczewski). Podobną lekcję musi odrobić dziś lewica, rewidując krytycznie niektóre schematy swojego myślenia – proponuję zacząć od tego o „wrednych i złych liberałach”, a w drugiej kolejności wziąć się za „katolicki ciemnogród”.

I na koniec przydługiej jak na ankietę wypowiedzi – miało przecież wystarczyć jedno słowo „odwagi!” – powrócę do początkowej optymistycznej diagnozy. Od redakcji „Nowych Peryferii” dostałem pytania do ankiety, które zaczynały się od znamiennego zdania: „dlaczego w Polsce nie ma lewicy?”. Jeśli marzymy o lewicy, która będzie miała jedną twarz, jedno ciało, to faktycznie może jej nie ma, ale są w Polsce różne małe lewice, jest poza tym Lewicowość, która powoli zasługuje na postawienie dużego „L”. Jest na czym budować, trzeba tylko skończyć z mówieniem w tonie narzekania na „brak lewicy” i po prostu z odwagą i wiarą ją tworzyć. I nie bać się porywania się z motyką na słońce, bo już nie raz w historii okazało się, że bywa ono w jej zasięgu.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *