Aleksandra Bilewicz, featured

Bilewicz: Powinniśmy być z kibolami

AUTOR

Aleksandra Bilewicz

Zawodowo socjolożka, pracuje na Uniwersytecie Warszawskim. Naukowo interesuje się historią i socjologią spółdzielczości, antropologią ekonomiczną, socjologią wsi. Stara się oddzielać pracę naukową od publicystyki, co nie zawsze do końca się udaje. Trochę postępowa, trochę konserwatywna.

1. Dlaczego w Polsce nie ma lewicy?/jak ją zbudować?

 

Zasadniczą przyczyną, jak przypuszczam, jest sposób, w jaki przeprowadzono transformację ustrojową, dezawuując wszystko to, co było związane z PRL.  Zdaje się, że dzisiaj to nastawienie nie jest aż tak dominujące, jak jeszcze kilka lat temu, nawet na łamach mediów głównego nurtu pojawia się już nieco inne spojrzenie. Ze zdumieniem znajduję czasem w „Gazecie Wyborczej” bardzo krytyczne teksty, przełamujące myślenie o kapitalizmie jako jedynym możliwym ustroju gospodarczym. Generalnie jednak ekonomia jest, jako dziedzina życia publicznego, nadal kompletnie zabetonowana (mam tu na myśli jej medialne, ekspercko-dziennikarskie wydanie). Codziennie serwowana jest nam, jako obiektywna, wizja życia gospodarczego wychodząca od milcząco przyjętych, przez nikogo niekwestionowanych założeń: że PKB jest miernikiem dobrobytu, że potrzebny jest ciągły wzrost, a zwiększanie konsumpcji jest niezbędne do utrzymania owego wzrosu, że wydatki państwowe należy minimalizować. Cały ten zestaw milczących założeń wydaje się konstrukcją na razie nie do podważenia. Jej siła jest widoczna chociażby w recepcji „proeuropejskiego” przemówienia ministra Sikorskiego, który nawoływał kraje UE do wzajemnego kontrolowania się w cięciu państwowych wydatków, czy sprawa zadłużenia Grecji, której obywatele są obwiniani o lenistwo i niegospodarność (cały ten sposób mówienia i pisania o Grecji należałoby w zasadzie uznać za mowę nienawiści). Z tego typu poglądami na gospodarkę wiąże się też głębsze założenie, które zdaje się wypływać z historycznie, jak się zdaje,  zakorzenionej w Polsce mentalności: to, co państwowe, jest z istoty złe, więcej: to, co wspólne jest złe, zawsze będzie gorzej zarządzane… Sama wychowałam się w głębokiej nieufności do państwa: słyszałam, że politycy czy urzędnicy „kradną”, są nieuczciwi, a więc, gdyby dostali więcej, w oczywisty sposób wzrosłaby także skala korupcji. Potoczny krytycyzm Polaków sprowadza się do nieufności i podejrzliwości wobec konkretnych osób, a nie systemowych rozwiązań. (ostatnio trochę to się zmienia, gdy polityka likwidacji szkół zawitała również do Warszawy). A przecież Polska nie potrzebuje autostrad i stadionów, tylko dobrego transportu zbiorowego; rozwoju, a nie likwidacji sieci lokalnych szkół, bibliotek i centrów kultury. W horyzoncie zamożnej wielkomiejskiej klasy średniej nie mieści się to, co dzieje się poza Warszawą. Zmiana leży jednak także w interesie tej klasy. Jak dowiedli Wilkonson i Pickett, autorzy przełożonej niedawno na Polski książki „Duch równości”, nierówność dotyka także tych, którzy znajdują się na górze społecznej hierarchii. Uruchomienie mechanizmu rynkowego, jak trafnie zaobserwował Karl Polanyi w eseju „Class conflict and social change”, powoduje „katastrofę kulturową”, odbiera wszystkim ludziom znane punkty odniesienia, oparcia.

 

Drugą sprawą, związaną poniekąd z tym potransformacyjnym bagażem, jest kompromitacja „lewicy parlamentarnej” uosobionej przez SLD. Nie będę się na ten temat rozwodzić, było to już omawiane wielokrotnie i chyba trudno zakwestionować fakt, że domniemana lewica prowadziła politykę całkowicie nielewicową, czy to w sferze podatkowej, obyczajowej czy w zakresie polityki zagranicznej.

 

Trzecia rzecz, o której chciałabym powiedzieć, jest dla nas, identyfikujących się z lewicowościa, kłopotliwa: to nasza własna postawa. Nie będę tu mówić o rozdrobnieniu, fragmentacji lewicy, bo to jest w zasadzie wtórny problem. Po prostu nie mamy – i zazwyczaj nie chcemy mieć – kontaktu z ludźmi, do których powinniśmy dotrzeć, z którymi powinniśmy po prostu być. Lewica nominalnie walczy z wykluczeniem, ale bardzo często sama to wykluczenie generuje: czy to poprzez język, styl organizacji lewicowych przedsięwzięć (także tych kulturalnych), estetykę. Często robimy to w całkowicie dobrej wierze, zauważam jednak (czasem też w sobie) zadowolenie z takiego elitaryzmu. Nie powinniśmy się dziwić, że grupy wykluczone,  ludzie bezrobotni, pracownicy fizyczni (bo o klasie robotniczej oczywiście trudno już mówić), mieszkańcy wsi i małych miast, osoby starsze, są raczej zagarniani przez ruchy skrajnie prawicowe i nacjonalistyczne, a także Kościół, instytucje dające im proste wytłumaczenie rosnących nierówności, niesprawiedliwości, jaka ich dotyka. Zamiast osobistego szczęścia i spełnienia dostają silną narodową tożsamość, poczucie wielkości grupy, które jest ukojeniem dla ich własnego upokorzenia. Znowu można nawiązać w tym momencie do zapomnianych nieco tez Polanyi’ego z zakresu genezy ruchów totalitarnych. Twierdził on, że skrajny nacjonalizm i faszyzm są odpowiedziami na nieznośną niepewność i chaos wielkiej machiny rynku, która burzy poczucie bezpieczeństwa i kulturowe punkty oparcia. Aktualność tych problemów daje powody do obaw, zwłaszcza w czasach gospodarczego kryzysu.

 

Symbolicznym wyrazem tych podziałów na elitarną lewicę i prawicowy „ciemnogród” było to, co stało się 11 listopada ubiegłego roku. „Kolorowa Niepodległa” stanowiła grupę w większości społecznie uprzywilejowanej inteligencji, która bawiła się kolorowymi piłeczkami przy ogromnej obstawie policji, a na zewnątrz był naziol, kibol, zagrażająca nam dzicz, od której należało się odciąć, odgrodzić. W pewnym momencie na tym naszym radosnym święcie pojawiły się transparenty „uwaga, epidemia” (zwrócone w stronę zbliżającego się Marszu Niepodległości) – to był już język odczłowieczenia, używanie metod faszystów przeciwko nim samym (lub też przeciwko tym, których za takich braliśmy). Stałam przez pewien czas na platformie, ale nie mogłam się powstrzymać przed odczuciem, że dzieje się coś głęboko nie w porządku, mimo, iż nie miałam też wątpliwości, że powinnam być w tym właśnie miejscu. Powinniśmy być z kibolami, z „łysymi pałami”, z „dresami”, a nie przeciwko nim. Więź między inteligencją a „zwykłymi ludźmi” została jednak przerwana. Niedawno czytałam niezwykle inspirującą pracę Ilony Iłowieckiej-Tańskiej p.t. „Liderzy i działacze” o przywódcach tzw. „trzeciego sektora” w Polsce. Książka ta pokazuje dobitnie, jak zmieniło się znaczenie działalności społecznej, jak stała się ona profesjonalną, wyalienowaną w gruncie rzeczy aktywnością, jak znikło  zobowiązanie do poświęcenia, do oddawania ludziom tego, co się zdobyło dzięki przywilejowi edukacji.

 

Sytuacja wyglądała inaczej podczas protestów przeciwko ACTA, które miały miejsce w ostatnich tygodniach – lewicowcy i liberałowie protestowali razem z kibicami, ze środowiskami skrajnie prawicowymi. Wydawało się, że jest to jakiś początek przełamywania barier, ale teraz wszystko wskazuje na to, że kiboli porwał jednak nacjonalizm i ksenofobia. Hasło „jebać unię europejską” wyparło podobne zawołanie z korporacjami w roli głównej. Nie wiem, czy uda się jeszcze wykorzystać tę szansę, jaką jest masowy protest przeciw ACTA, na którym maski używane przez ruch Occupy stały się akceptowanym przez wszystkich symbolem. Należy jednak zrobić wszystko, żeby docierać do ludzi, przezwyciężając własny opór, nieraz i pogardę dla ludzi mniej wykształconych, mówiących innym językiem, o niewyrafinowanych bądź anachronicznych gustach. Wiem, jak bardzo to jest trudne, bo sama próbowałam kilkakrotnie, w ramach działalności kooperatywy spożywczej w Warszawie, namawiać sąsiadów – ludzi starszych czy mieszkańców kamienic socjalnych nieopodal – do udziału w tym przedsięwzięciu. Trudno właściwie zrozumieć, dlaczego jest to takie trudne. Monolityczność różnych lewicowych przedsięwzięć pod względem klasowym i wiekowym wynika prawdopodobnie nie tyle z niechęci, ale z pewnych przyzwyczajeń i braku refleksji nad tym, że sposób, w jaki działamy, mówimy, może zniechęcać innych czy uniemożliwiać im włączenie się. Bardzo podziwiam działaczy Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów i Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej w Warszawie, którym udało się nawiązać trwałe relacje ze „zwykłymi ludźmi”. Ta lewicowa elitarność być może jest specyficzna dla środowiska warszawskiego, ale to właśnie to środowisko ma największy wpływ na to, jak jesteśmy postrzegani.

 

 

2. Jaka winna być relacja postulatów kulturowych do socjalnych? Czy i jak je łączyć?

 

Spontaniczna odpowiedź na to pytanie brzmi: postulaty socjalne i kulturowe są nierozłączne. Nie ma lewicowej polityki, która mogłaby abstrahować od jednej z tych sfer. Jeśli jednak zastanawiać się nad relacjami między nimi, to nie jest to już takie proste. Postulaty socjalne są warunkiem koniecznym jakiejkolwiek lewicowej polityki. Zdumiewa mnie uporczywe nazywanie lewicą takich organizacji jak Ruch Palikota i obawiam się, że koncentrowanie się wyłącznie na obyczajowości przesłania to, co powinno być najistotniejsze, czyli (w wersji minimalistycznej)  dążenie do znacznego ograniczenia nierówności społecznych i zapewnienie każdemu obywatelowi i obywatelce godziwego życia. Nie jestem przekonana, żeby można było w Polsce wywołać rewolucję obyczajową na naprawdę dużą skalę (nie ograniczającą się do największych ośrodków), bez upodmiotowienia ludzi, przywrócenia im godności. Walka o prawo do mieszkania w sposób oczywisty ważniejsza jest od walki o refundację In vitro. Pogarda dla „ciemnogrodu”, zwolenników PiS, konserwatywnych katolików, „prawactwa” jest dla mnie nie do przyjęcia. Lewicowy światopogląd redukuje się w ten sposób do narzędzia dystynkcji, nie zmiany. W tym sensie – nie dziwię się, że prawicowe tygodniki mają w nas łatwy cel, bo mogą sprowadzić lewicowość do stylu życia, mody, trendu („lewicuję sobie”, mam i-phona, rower miejski i „Kryształowy pałac” pod pachą).

 

Z drugiej strony czasem trudno mi się zgodzić ze sposobem, w jaki postulaty obyczajowe czy kulturowe są artykułowane, jakie aspekty są podkreślane, i jakie są tego konsekwencje. Pewnie zostanę tu źle zrozumiana, ale mimo wszystko spróbuję wyrazić, o co mi chodzi. Wydaje mi się otóż, że sprawy określane zazwyczaj jako „obyczajowe”, związane z prawami kobiet czy mniejszości seksualnych, są  przedstawiane jednostronnie. W jakimś sensie feminizm i nowolewicowość stają się nowym ascetyzmem Z jednej strony namawiają one do afirmującego i jawnego manifestowania swojej tożsamości czy odmienności, nonkonformizmu wobec przyjętych norm kulturowych, a z drugiej releguje do sfery prywatnej wszystko, co z tym związane, poza tożsamościową metką. Mówimy dużo, i słusznie, o prawie do aborcji, antykoncepcji, związkach partnerskich, ale ze względu na obawy o seksizm, o potencjalną nierówność i uprzedmiotowienie, tabuizujemy pewne sfery życia. Sama seksualność pozostaje czymś niedotykalnym, a od niej samej – od jej całkowitej akceptacji, odtabuizowania, chyba powinno się zacząć. Zmiana kulturowa powinna, jak mi się zdaje, polegać na czymś więcej niż tylko na powiedzeniu: tak naprawdę jesteśmy takie/tacy, jak Wy, tylko trochę inne/inni, ale chcemy przynależeć do Waszego mieszczańskiego świata trwałych, monogamicznych, dzieciatych związków; jesteśmy kreatywni/e, odpowiedzialni/e, dyspozycyjni/e jak inni, dopasowani do rynku pracy.  W jakimś sensie zrobiliśmy krok do tyłu w stosunku do zdobyczy obyczajowej rewolty lat 60-tych.

 

Stanowisko, które nakreśliłam powyżej, może wydawać się wewnętrznie sprzeczne: z jednej strony uważam, że kwestie społeczne powinny mieć pierwszeństwo nad kulturowymi, z drugiej – nawołuję do bardziej całościowej, bardziej radykalnej obyczajowej zmiany. Ale takie właśnie podejście wydaje mi się najbardziej sensowne. Nie nawołuję do strategicznego acz zgniłego kompromisu z prawicą w kwestiach obyczajowych (taki zarzut zdarzało mi się słyszeć w dyskusjach), lecz do tego, by nie dać się zwieść polityce tożsamości, która, jak się później okazuje doskonale wpasowuje się w akceptację kapitalistycznych realiów. To jest pułapka „lewicy kulturowej”. Jeśli zdecydowanie będziemy walczyć o prawa wykluczonych ekonomicznie, stawać zawsze po ich stronie, łatwiej będzie też walczyć z obyczajowym konserwatyzmem, łamaniem praw kobiet, dominacją kościoła – bo konserwatyzm widzę, przynajmniej częściowo, jako reakcję na arogancję elit.

 

 

3. Czy cele i strategia lewicy domagają się weryfikacji wobec strukturalnych zmian gospodarczych, technologicznych i kulturowych, zachodzących w ostatnich latach w Polsce i na świecie? Jeśli tak, to czego miałaby dotyczyć taka weryfikacja

 

Trudno odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ wydaje mi się, że obecnie nie ma jednego celu i jednej strategii lewicy. Mogę odpowiedzieć bardzo ogólnie, że pogłębiający się kryzys wymaga od nas pewnej odpowiedzi i alternatywy, którą można wykorzystywać już teraz. Ruch Oburzonych pokazał, że jest potencjał, aby ją realizować: zaufanie do politycznej reprezentacji w demokracjach liberalnych się wyczerpało. Ostatnie protesty wokół ACTA zdają się potwierdzać, że potencjał ten istnieje także w Polsce. Myślę, że istnieje droga, wychodząca poza utarte ścieżki, która pozwoliłaby przeciągnąć ludzi na naszą stronę. Walcząc z nietolerancją i dyskryminacją, możemy jednocześnie pozytywnie wzmacniać lokalną tożsamość, wyciągać z tradycji miejskiej czy chłopskiej to, co zawsze miało w sobie emancypacyjny potencjał. Dziś mamy albo ksenofobiczny nacjonalizm, albo całkowite odcięcie się od korzeni, pogardę dla wszystkiego, co lokalne, prowincjonalne, nienowoczesne. Taką konkretną drogę widzę między innymi w rozwoju nowych, oddolnie powstających spółdzielni, które wdrażają w życie gospodarkę nienastawioną na zysk, lecz na zaspokajanie potrzeb. Spółdzielnie spożywcze to także szansa na odzyskaniu kontaktu z rolnikami i dowartościowanie ich pracy. Oczywiście to tylko jedno z wielu działań, które musimy podjąć.

 

Legitymizacja kapitalizmu, i to chyba nie tylko jego neoliberalnej wersji, została w minionym roku mocno podważona. Może jest już za późno, ale warto spróbować to wykorzystać, by sprawić, żeby gospodarka zaczęła służyć ludziom, a nie na odwrót. Konsekwentnie kwestionujmy założenia, na których jest oparty nasz system ekonomiczny, włącznie z samą ideą wzrostu gospodarczego. Koncepcja a-wzrostu (degrowth), proponująca alternatywę wobec gospodarki opartej na wiecznym wzroście nie jest u nas chyba szerzej znana i warto ją propagować – zamiast biernie słuchać ciągle o tym, że powinniśmy być przedsiębiorczy, więcej pracować, że edukacja powinna dostosowywać się do rynku pracy, a wzrost konsumpcji jest chwalebnym celem. Wychodźmy poza utarte opozycje pomiędzy uniwersalizmem a patriotyzmem, tradycją a emancypacją, tworzeniem alternatywnych małych wspólnot a działaniem w ramach „głównego nurtu”.

drukuj

KOMENTARZE

  1. Powiem za Żeromskim, lewicy brakuje odwagi. Jeśli się tchórzy, to łatwo właśnie stanąć za kordonem policji. Łatwo gadać o lewicy w modnym klubie popijając Ciechana, albo jakieś ukraińskie piwo. Odważnych jest niewielu, choć są m.in. wymienieni w tekście.

    O robotnikach też nie mówi się z tchórzostwa, żeby nie być izolowanym jako „komuch”. Przecież robotnicy są, a nawet klasa robotnicza („working class”) – choć oczywiście inna niż kiedyś.

    Nacjonalistom niestety więcej starcza odwagi, być może dlatego, że w grupie, być może z poczucia, że i tak im nie zależy na akceptacji.
    Podkreślam, że to nie ocena moralna, tylko problemowa.

    Poza tym lewica zapomniała o narodzie. Nie ma takiej grupy jak „społeczeństwo”. Jeśli by była to znalazłaby się choć jedna osoba mówiąca o sobie, no właśnie jak? Społek Bugo-odrzany?
    Wszyscy zgadzają się, że trzeba tworzyć więzi grupowe, ale nie da się zrobić tego w skali kraju nie mówiąc o narodzie. Różnica jest taka, że lewica ma inną wizję narodu, otwartą. Taką właśnie wizję ma lewica w Skandynawii (jak sądzę, bo nie byłem). Tam flagi narodowe nie są dla lewicy wstydliwe, a tworzenie więzi narodowych jest jednym z celów działania.

  2. „Powiem za Żeromskim, lewicy brakuje odwagi. Jeśli się tchórzy, to łatwo właśnie stanąć za kordonem policji. Łatwo gadać o lewicy w modnym klubie popijając Ciechana, albo jakieś ukraińskie piwo”

    Problemem jest to, że wśród pijącej Ciechana lewicy jest wielu takich, którzy chcieliby wyjśc do ludzi i nawet to robią (np. stowarzyszenia lokatorskie), nawet chcieliby dotrzec do kiboli, ale to co staje na przeszkodzie to filozofia sily. I tu już nie da się obwiniac lewicy, bo jeśli dla kiboli podstawą działania jest po prostu lanie słabszego – „frajera”, to trzeba mieć naprawdę silną wolę, ogromne doświadczenie, żeby takiego kogoś w ogóle do czegoś przekonać. To jest jak praca księży w więzieniach. Są święci, ale ja świętym nie jestem. Ja się po prostu organicznie boję dresiarzy, czy nazioli. Jestem dla nich zerem do zgniecenia (wiem, bo już nie raz oberwałem po mordzie w nocy w polskim mieście) i cóz, nie mogę postawic sie z nimi w jednym rzędzie.

    Nie znaczy to, że nie cieszę się z sojuszu preciwieństw, jak przy protestach ws. ACTA.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *