kultura

Markiewicz: Adopcyjne skalpowanie

AUTOR

Tadeusz Markiewicz

(ur. 1987) – analityk ds. bezpieczeństwa gospodarczego, dziennikarz, copywriter, aktywista – nie był jeszcze tylko ministrem. Absolwent politologii i profilaktyki społecznej (UW). Pomysłodawca i organizator inicjatyw obywatelskich, m.in. szeroko nagłośnionej akcji „Ratujmy Iluzjon”. Poza tym: członek Zielonych 2004, autodydakta literatury amerykańskiej, miłośnik muzyki minimalistycznej. Fan Star Treka.

W USA do dziś tysiące indiańskich dzieci bez przyczyny zabierane jest od ich rodzin i plemion. Dzieje się tak, mimo iż rdzenni Amerykanie od 30 lat cieszą się przywilejami, które mają chronić ich od kulturowej indoktrynacji. Jednak kiedy w grę wchodzą pieniądze, okazuje się że na nieszczęściu można zarabiać.

W 1924 roku Calvin Coolidge, ówczesny prezydent Stanów Zjednoczonych podpisał Indian Citizenship Act. Teoretycznie dokument nadawał prawa obywatelskie wszystkim rdzennym Amerykanom. Teoretycznie bo – jak to wielokrotnie w amerykańskiej historii bywało – wola Waszyngtonu okazała się trudna do zaakceptowania dla wielu obywateli. Wizja Coolidge’a w pełni ziściła się dopiero 24. lata później, w 1948 roku, kiedy ostatnie dwa stany wprowadziły ustawę do lokalnego prawa.

Niestety obywatelstwo nie zapewniło pierwotnym gospodarzom Północnej Ameryki należnych im praw. Indianie byli powszechnie dyskryminowani, ich dzieci kulturowo indoktrynowane. Przez ponad 100 lat, rokrocznie od 25% do 35% dzieci zabierano z domów i umieszczano w sierocińcach, internatach i nie indiańskich rodzinach zastępczych. Zasada, która przyświecała federalnym placówkom edukującym czerwonoskórych brzmiała: „Zabij Indianina. Uratuj Człowieka”. Kres hańbiącej polityce położono w 1978 roku, kiedy Kongres przegłosował Indian Child Welfare Act. Ustawa przywracała indiańskiej kulturze należne jej miejsce, nadawała plemionom uprawnienia, dzięki którym mogły nadzorować procesy adopcyjne dzieci członków społeczności.

Niestety w ciągu ostatnich miesięcy na łamy amerykańskiej prasy wróciły informacje o zabieranych bez wyraźnej przyczyny indiańskich dzieciach. Tym razem dzieje się tak za pośrednictwem finansowanego ze środków federalnych systemu rodzin zastępczych (ang. – foster care). Jak donosi raport National Council of Juvenile and Family Court Judges dotyczący tego programu, w ponad 30 stanach dzieci Indian znacznie częściej od ich rówieśników trafiają do przybranych opiekunów. Np. na Alasce, gdzie potomstwo rdzennych Amerykanów stanowi 17,7% nieletnich obywateli stanu, 55% trafiających do rodziny zastępczej podopiecznych ma indiańskie pochodzenie. Jeszcze większa dysproporcja występuje w Minnesocie: Indianie liczą 1,4% „dziecięcej populacji”, jednak aż 15,7% nieletnich w rodzinach zastępczych wywodzi się z tej grupy.

Smutna Dakota

Sprawą indiańskich adopcji ponad rok zajmowała się grupa dziennikarzy National Public Radio. W niedawno opublikowanej serii reportaży przedstawili problemy, z jakimi na co dzień borykają się plemiona zamieszkujące Południową Dakotę, jeden z najbiedniejszych regionów Stanów Zjednoczonych.

Indiańskie dzieci stanowią tu 15% nieletnich, jednak przeszło połowa przebywających w foster care to rdzenni Amerykanie. Rodziców pozbawionych swojego potomstwa są tu tysiące: „DSS (Wydział ds. Spraw Socjalnych – dop. red.) zabrało mi dziewięć wnucząt” – Tonya Hill opowiada dziennikarzowi rozgłośni. – W „systemie” przebywa dwójka moich wnuczków – wtóruje Dolores Pine. Inna z rozmówczyń wyznaje, że swojego syna nie widziała od kiedy skończył 4 lata: „Niedługo obchodzilibyśmy jego 16 urodziny”.

Czynnikami, które wpływają na nadreprezentację indiańskich dzieci w systemie opieki społecznej są bieda i alkoholizm. Mimo przeznaczonych dla nich rozbudowanych federalnych programów socjalnych, rdzenni Amerykanie to najuboższa mniejszość etniczna USA. W rezerwatach Południowej Dakoty wiele gospodarstw do dziś nie posiada telefonów czy podstawowego sprzętu AGD. Kiedy w październiku znana dziennikarka telewizji ABC zbierała materiały do swojego programu w leżącym na południowym zachodzie Dakoty rezerwacie Pine Ridge, 6-letnia dziewczynka na pytanie „co chciałaby dostać, gdyby mogła o coś poprosić prezydenta Obamę”, odpowiedziała: „Świeżą wodę… gumę do życia… no i plecak”. W innym indiańskim rezerwacie, Pine Creek, leżącym nieopodal Mount Rushmore, tego narodowego symbolu „Kraju wolnych ludzi”, stopa bezrobocia wynosi 85%. Odsetek samobójstw jest tu czterokrotnie wyższy od średniej krajowej.

Wykorzenienie kulturowe, bezrobocie i fatalne warunki życiowe wpędzają ludzi w nałogi. W takich okolicznościach trudno wychowywać potomstwo. Federalne prawo stanowi jednak, że tylko w najbardziej skrajnych przypadkach nieletni mają trafiać do opiekunów spoza rodziny czy plemienia. Te gwarancje mają zapobiegać „przemysłowej” asymilacji kulturowej najmłodszych i dawać im możliwość dorastania w swoim kręgu tożsamości.

Jak pokazują dane stanowe, w Płd. Dakocie tak się jednak nie dzieje. Indiańskie domy partycypujące w foster care świecą pustkami. Aż 9 na 10 zabieranych dzieci trafia do rodzin nie-indiańskich. Jest to jawne pogwałcenie samorządności plemion i ducha prawa federalnego.

Gdy nie wiadomo o co chodzi….

…to chodzi o pieniądze. Południowa Dakota nie posiada złóż ropy jak Dakota Północna czy Texas, nie ściąga podatków z giełdy, jak Nowy Jork. Na terenie stanu praktycznie nie ma zakładów przemysłowych. Nadsyłana tu przez Waszyngton rokrocznie suma 100 milionów dolarów dotacji na programy foster care nabiera w tej sytuacji niebagatelnego znaczenia.

Zasada jest prosta: kiedy dziecko trafia do przybranej rodziny, rząd wysyła dotacje. Jako, że Dakota jest szeregowana, jako wyjątkowo ubogi stan, dostaje wyższe dopłaty. Co więcej dzieci indiańskie są systemowo określane jako „wymagające specjalnej opieki” Tym samym usuwany z rodziny nieletni jest dużo bardziej „wartościowy finansowo” dla urzędników i jego przyszłych opiekunów. Za pomyślne przeprowadzenie procesu adopcyjnego czerwonoskórego dziecka stan otrzymuje specjalną dopłatę w wysokości 12 tys. dolarów. W przypadku dzieci o „zwyczajnych potrzebach” ta suma nie przekracza 4 tys. dolarów.

– Ostatecznie zabierając dzieci rodzicom pod płaszczykiem niejasnych okoliczności, władze stanowe otrzymują duże sumy pieniędzy – podsumowują problem autorzy bloga „Think Progress”.

Władza zlękła się plemienia

W jednym z najnowszych reportaży National Public Radio przedstawiło historię czwórki wnuczków Janice Howe. Kobieta przez półtora roku bezskutecznie próbowała dociec, dlaczego urzędnicy socjalni bez żadnej konkretnej przyczyny zabrali przebywające pod jej opieką dzieci.  Zdesperowana Howe zdecydowała się na ostateczny krok. Poszła na spotkanie rady plemienia i opowiedziała swoją historię. Opowiedziała, jak stan zabrał jej wnuki. Opowiedziała o tym, jak próbowała dowiedzieć się co było przyczyną tej decyzji. Wielu członków rady potakiwało, bo temat nie był im obcy – mówi dziennikarka radia.

Tym razem jednak w zebranych coś pękło. Rada podjęła niespotykaną decyzję. Przegłosowano rezolucję, na mocy której wystosowano oficjalne ostrzeżenie do władz stanowych. Plemię oświadczyło, że jeżeli wnuki Howe nie zostaną zwrócone, rada zgłosi jej sprawę do sądu jako porwanie.

Brawura tego kroku przywodzi na myśl szalone ataki na wojska Amerykańskie wodza Apaczów, Geronimo. Jak opowiadają reportażyści National Public Radio: „Nikt nie spodziewał się, że to zadziała. Jednak parę tygodni później na podwórku Howe zaparkował samochód. W środku siedziała Antoinette, Rashauna oraz dwójka bliźniąt, które kończyły właśnie 2,5 roku. Antoinette podbiegła do babci krzycząc: „Zostajemy! Zostajemy!””.

Czy przypadek Howe może być zapowiedzią zmian w polityce Waszyngtonu i władz stanowych? Wszystko jest możliwe. Skoro jednak w trakcie kadencji pierwszego czarnego prezydenta USA, nadal w sposób arbitralny zabiera się z domów indiańskie dzieci, trudno liczyć na rychłe zmiany.

Tymczasem Amerykanie nie powinni się dłużej dziwić, że ich „czerwonoskórzy bracia” nadal mają do państwa  stosunek, jak jeden z bohaterów opowiadań amerykańskiej pisarki Louise Erdrich, który na wieść o planowanym spisie powszechnym odparował: „Musi się obejść beze mnie, chociaż się mówi, że to robią z korzyścią dla Indian. (…) Ja mówię: ilekroć nas policzyli, dokładnie wiedzieli, ilu trzeba się pozbyć”.

Zdjęcie: Native American Indians of the Columbia Plateau on horses in front of tipis, 1908.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *