ankieta, idee

Gdula: Przyszłość lewicy zależy od postawy klasy średniej

AUTOR

Maciej Gdula

(1977) dr socjologii, publicysta, członek zarządu Stowarzyszenia im. Stanisława Brzozowskiego. Pracuje w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. Zajmuje się teorią społeczną i teorią polityki, łącząc te zainteresowania z zaangażowaniem w debatę publiczną. Na łamach prasy wielokrotnie krytykował władzę sondaży opinii publicznej, wskazując na wiele ukrytych założeń, które nie pasują do statusu naukowości przypisywanego tym badaniom. Publikował teksty teoretyczne dotyczące przestrzeni miejskiej, polskiego pola politycznego i polityki historycznej. Tłumaczył i współredagował polskie przekłady tekstów i książek Pierre’a Bourdieu. Obronił doktorat o dyskursach eksperckich o miłości.

To, że świat zmienia się bardzo szybko wcale niekoniecznie przekłada się na poczucie niestałości. Bywa wręcz odwrotnie, żyjąc dniem jutrzejszym nie jesteśmy często w stanie uwzględnić ani tego, co niedawno minęło ani tego, co za wkrótce nadejdzie. Pozwalam sobie na tę ogólną uwagę, bo po ostatnich wyborach trudno jest powtarzać tezę, która od sześciu, może siedmiu lat miała w Polsce status głębokiej mądrości. Chodzi o stwierdzenie, że w Polsce nie ma lewicy. W 2001 powtarzano, że SLD będzie rządzić dwie, trzy kadencje, albo nawet „zawsze”. Kilka lat później to samo powtarzano odnośnie PiS-u, teraz to samo mówi się o PO. Ja nie zdziwiłbym się gdybyśmy za cztery lata powrócili do nastroju z 2001. Polityka w Polsce ożywia się, gdy tylko ktoś ogłosi jej śmierć.

Nie znaczy to, że polską polityką rządzą jakieś cykle. Boleśnie i zasłużenie przekonało się o tym SLD, gdzie sądzono, że wystarczy poczekać aż znowu nadejdzie czas Sojuszu. Polityką nie rządzą żadne spiżowe prawa – do gry wchodzi ten, kto potrafi zmieniać jej warunki. Na takiej zasadzie działali wszyscy ważni politycy po 89 roku: od Kwaśniewskiego, który połączył nowoczesność z tożsamością PZPR-owską, przez Kaczyńskiego, wyrażającego aspiracje klasy średniej (tak, tak krytyka III RP i jej elit dobrze rymowała się z pragnieniem awansu powszechnego u niższych warstw klasy średniej) i gniew klas ludowych, po PalikotaTrudno na razie orzec konkluzywnie, w jaki sposób odmieni polską politykę ten ostatni. Do tej pory udało mu się połączyć swoje kontakty i obycie z mechanizmami rządzącymi establishmentem z „nietykalnymi” tematami antyklerykalnymi i legalizacyjnymi (legalizacja marihuany, związków jednopłciowych). Teraz dobija SLD dodając do tego kwestie lokatorskie i socjalne. Łączenie kwestii światopoglądowych i ekonomicznych może się nam wydawać czymś nowatorskim i bardzo trudnym, ale tak naprawdę nigdy nie mieliśmy do czynienia z ich prawdziwym rozdzieleniem. SLD przynajmniej od połowy lat 90. traktowało zagadnienia świeckości państwa, aborcji, edukacji seksualnej jako tematy, którymi daje się swobodnie żonglować . Podczas kampanii wyborczej można dzięki nim dodać sobie paru punktów, aby potem w negocjacjach z Kościołem było z czego schodzić i jak zawierać kompromisy. Postulaty ekonomiczne w podobny sposób traktowała prawica. PiS mógł domagać się solidarności, gdy trzeba było pokonać PO, ale gdy zdobywał władzę obniżał podatki najbogatszym, likwidował podatek spadkowy i osłabiał budżet obcinając składkę rentową. Większym problemem niż rozdzielenie lewicowych postulatów było ich ciągłe defraudowanie przez istniejące partie polityczne. Palikot wcale nie musi okazać się lepszy nawet jeśli należy mu się pewien kredyt zaufania.

Kwestie kulturowe i ekonomiczne muszą być artykułowane wspólnie przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że nie istnieją ekonomiczne realia bez wymiaru kulturowego. Robotnicy chętniej wyjadą za granicę niż założą związek zawodowy także dlatego, że praca fizyczna została zdegradowana symbolicznie. Drobiazgowo pokazała ten proces Elisabeth Dunn w książce Prywatyzując Polskę. Robotnicy po roku 1989 sprowadzeni zostali do zestandaryzowanych dodatków do taśmy produkcyjnej. Na jedynych reprezentantów gatunku ludzkiego wyrośli natomiast menadżerowie i przedstawiciele handlowi. Z drugiej strony, zbyt daleko idący przechył w stronę lewicowości kulturowej niesie w sobie niebezpieczeństwo, że ”zdobycze kulturowe” zostaną zinterpretowane – w sytuacji ogólnej mizerii ekonomicznej i nierówności socjalnych – jako przywilej bogatych. Łatwo przychodzi wtedy przekierowanie gniewu z systemu generującego niesprawiedliwość, na grupy, którym przypisuje się „nieuzasadnione przywileje”.

W Polsce najważniejszym wyzwaniem politycznym dla lewicy związanym z przemianami gospodarki i struktury społecznej będzie skonstruowanie sojuszu klasy średniej z klasą ludową. Po 1989 roku następowała powolna, ale stała zmiana, która przekształciła układ klasowy w Polsce. Pozycja robotników została skutecznie podważona przez dezindustrializację i zmiany w organizacji produkcji. Przez dwadzieścia lat zmierzaliśmy od społeczeństwa przemysłowego do postindustrialnego i udało się – rzeczywiście powstało społeczeństwo klasy średniej. Tyle tylko, że nie pokrywa się ono z obiegowymi fantazjami na temat jego kształtu. Trzon polskiej klasy średniej tworzą pracownicy sektora usług publicznych i administracji. To od ich postaw zależeć będzie kształt polskiej polityki i przekształcenia systemu społecznego.

Sytuacja może rozwijać się w dwóch kierunkach. Klasy średnie, dzięki uzwiązkowieniu i obiektywnym trudnościom z relokacją jej miejsc pracy, stały się główną klasą bojową, zajmując w tej roli miejsce robotników. To pielęgniarki, nauczyciele i policjanci są dziś w stanie skutecznie protestować i bronić swoich interesów. Protesty tych grup pozbawiają też polityków społecznego poparcia i osłabiają ich publiczny wizerunek. Dlatego Donald Tusk kupuje przychylność nauczycieli podwyżkami pensji nawet w czasie kryzysu. Klasa średnia sektora publicznego ma zdolność wiązania swoich interesów płacowych z interesami klas niższych, bo broniąc godziwych wynagrodzeń i standardów zatrudnienia dba też o jakość usług publicznych, na których najbardziej korzystają osoby biedne. Zamiłowanie do porządku i równych standardów skłania klasy średnie do popierania idei poszerzania dostępu do dóbr publicznych jak działo się to chociażby w przypadku akcji ZNP dotyczącej dotacji budżetowej dla przedszkoli, która miała zapewnić powszechny dostęp dzieci do edukacji przedszkolnej. Te odruchy czynią z klasy średniej potencjalnego sojusznika wszystkich postępowych inicjatyw związanych z kwestiami dostępu od wolnych podręczników, przez krytykę praw autorskich do in vitro. Z drugiej strony niewykluczony jest scenariusz ściślejszego sojuszu klasy średniej z klasą wyższą. Klasa średnia marzy przecież o awansie i nie przestaje aspirować do czegoś więcej. Moc oddziaływania fantazji o bliskości z możnymi tego świata jest nie do przecenienia. Sojusz przypieczętować może nagonka na ludzi „pasożytujących na socjalu” i zasługujących raczej na nadzór niż na pomoc. Zamiłowanie do porządku może realizować się wówczas jako tęsknota za rządami silnej ręki i rygorem. Ten proces wcale nie musi się kłócić z prekaryzacją miejsc pracy w sektorze publicznym, który staje się coraz wyraźniejszą tendencją. Przechodzenie pielęgniarek na kontrakty, zatrudnianie na publicznych uczelniach na umowy o dzieło lub fikcyjne pół etatu to już polska rzeczywistość. O tym, że zagrożona klasa średnia skłonna jest do zachowań autorytarnych przekonuje nas jednak chociażby międzywojenna historia Europy.

Wyzwania dla polskiej lewicy stają się coraz bardziej zbliżone do tych, przed którymi stoi dziś się cały Zachód – autorytaryzacja demokracji, obniżanie standardów usług publicznych i próby zabezpieczenia procesów akumulacji przez cięcia socjalne. Nie łudźmy się, że czekają nas lata solidarnej walki z kryzysem. W najbliższym czasie rozegra się ostry konflikt o to, jaki ład wyłoni się z obecnej zawieruchy.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *