Agata Młodawska, społeczeństwo

Wiejski homo sovieticus vs miejski innowator. Uwagi o „Młodych 2011”

AUTOR

Agata Młodawska

urodzona w roku 1983. Absolwentka wiejskiej podstawówki oraz Instytutu Socjologii UJ, gdzie w 2007 roku obroniła pracę magisterską. Współzałożycielka i współpracowniczka Nowych Peryferii. Najczęściej mieszka w Hiszpanii, z kilkumiesięcznymi przerwani na wizyty w Polsce. Interesuje się teoriami postkolonialnymi, które stara się twórczo zmiksować z teoriami rozwoju, wskutek czego znajduje pewne podobieństwa między procesami społecznymi w różnych częściach globu. Duże wrażenie zrobiły na niej publikacje Fatimy Mernissi, Michaela Buroway’a, Elisabeth Dunn, Davida Osta, Brunona Latoura, Saskii Sassen, Edwarda Saida, Amartyi Sena, Chantal Mouffe, Juana Goytisolo, Pierra Bourdieu oraz Ani Loomby. Zawodowo zajmuje się realizacją i koordynowaniem badań społecznych, co sprowadza ją na manowce współpracy z rozmaitymi instytucjami (m. in. Bankiem Światowym). W wolnych chwilach blogerka i autorka reportaży.

Biznesmeni w białych koszulach, siedzący w McDonaldzie wokół stolika, na którym dumnie spoczywały ich telefony komórkowe, kierownicy naprędce przerabiani na menedżerów, i zdegradowane robotnice – takie postacie wypełniały notatki Elisabeth Dunn, amerykańskiej antropolożki, która w połowie lat 90 zatrudniła się w fabryce Gerbera w Rzeszowie, gdzie miała okazję ujrzeć premierowy pokaz reklamy Frugo:

 

Na ekranie pojawił się młodzik ubrany niczym członek gangu z Los Angeles, noszący modne szerokie ubranie i malujący sprayem. W tle usłyszeliśmy szept „Frugo bez ograniczeń”, a kolorowa sceneria zmieniła się w monotonną i jednolitą. Na ekranie zobaczyliśmy stereotypowego zgreda, grubego i ociężałego który albo stojąc, albo siedząc za stołem, zaczynał przemawiać. Na przykład w reklamie czerwonego Frugo, otyła kobieta ubrana na czarno i z beretem na głowie, siedząc na czerwonym tle, mówiła stanowczo: dzisiejsza rozwydrzona młodzież musi wiedzieć, że nam często brakowało buraków, a co dopiero mówić o owocach” (…) We wszystkich wersjach reklamy gdy tylko „zgred skończył mówić, obraz rozdymał się jak bańka. Z góry ekranu na postać napierała butelka Frugo. Postać zgreda deformowała się, malała, a następnie znikała (Dunn, „Prywatyzując Polskę s.77 – 78).

 

Dunn zanotowała reakcje rozbawionej sali, a po latach pojęcia tak błyskotliwie użyte w reklamie Frugo opisała, jako część większego procesu, gdzie jednych ludzi kategoryzowano jako „elastycznych, racjonalnych i indywidualistycznych”, podczas gdy innym przypisywano etykietkę „biernych, kolektywistycznych i sztywnych”, a więc a priori niezdolnych do odgrywania ważnej roli w transformacji ekonomicznej („Prywatyzując.. 78). Tym samym Frugo wpisało się w historię konstruowania tożsamości młodzieży polskiej w czasach transformacji. Młodzi Polacy od początku skazani byli na rolę forpoczty nowego systemu. Wyzwania na przestrzeni lat zmieniały się: na początku lat 90. wybierali Pepsi będąc sobą, kilka lat później rozwalali system popijając Frugo, w 2007 chowali babciom dowody broniąc wolności i utrzymania Polski w kręgu cywilizacyjnym gwarantującym efektywność systemu społecznego (s.296), a w 2011 zostali głównymi bohaterami 400 – stronicowego raportu autorstwa Krystyny Szafraniec przygotowanego przez zespół pod egidą Michała Boniego.

Pozwólcie państwo przedstawić sobie, oto nowe pokolenie globalnych nastolatków. Indywidualiści, kreatywnie przekształcający rzeczywistość poprzez wyrafinowaną konsumpcję, zupełnie nie zainteresowani tradycyjnymi protestami zbiorowymi (wydarzenia z Hiszpanii i krajów arabskich należy traktować jako wyjątki potwierdzające regułę). Ich wymagania wobec państwa są nieco skomplikowane, popierają działania na rzecz wyrównania płac (88%), jednocześnie twierdząc, że w Polsce za dużo osób korzysta z pomocy od państwa (75%). Szczęśliwie, niekonsekwencja jest tylko pozorna: Zarzut niekonsekwencji może być jednak bezzasadny. Państwo powinno pozbywać się zobowiązań wobec tych, przez których jest cynicznie wykorzystywane i nie powinno zostawiać na łasce i niełasce (wolnego rynku) tych, którzy mogą – niezależnie od własnych wysiłków – zostać zmarginalizowani (s. 69).

W istocie, kilkaset stron zawiera całkiem imponujący zbiór danych o młodzieży. Niestety ich interpretacja budzi niekiedy pewne zastrzeżenia. Gdyby „Młodzi 2011” byli ćwiczeniem szkolnym, autorom zapewne nakazanoby powtórkę wiadomości ze studiów socjologicznych. Niewątpliwie elementem poprawki byłoby również napisanie 100 razy: „korelacja nie implikuje związku przyczynowego, zwłaszcza jeśli siła związku nie została obliczona” i uzupełnienie raportu o aneksy ze szczegółowymi informacjami o badaniach.

 

Poza kwestiami natury metodologicznej, zastrzeżenia budzi teoretyczna część raportu. Dokument skupia jak soczewka wszystkie możliwe uproszczenia, jakie popełniają polscy socjologowie piszący o transformacji. Przede wszystkim zespół Michała Boniego podziela przekonanie, że to polityka ery transformacji zaprowadziła nową jakość w zacofanej polskiej kulturze. Na przykład, konsumpcja przed 1989 była nad Wisłą jakoby nieznana, a społeczeństwo obywatelskie musiano wręcz na początku transformacji zrzucić ze spadochronu niczym Marcelego Nowotkę, aby przebić polskie skostniałe struktury. Konsekwencją założenia o radykalnej nieprzystawalności dwóch światów jest podział społeczeństwa na dwie warstwy: nadążającą za zmianami i pozostającą z tyłu. Podział ten pojawił się już w pokoleniu „Solidarności”, które początkowo odegrało użyteczną rolę; niemniej jednak obecnie targane „ambiwalencjami politycznymi”, powinno ustąpić:

Dzisiaj starsi Polacy są równie mocno podzieleni, a linie podziałów wyznacza niemal to samo kryterium – „za zmianą” (oddalającą nas od dawnych etatystycznych rozwiązań) lub „przeciwko niej” (w kierunku tradycjonalno-etatystycznych rozwiązań). Po jednej stronie mamy religijnych tradycjonalistów, gorzej wykształconych, upośledzonych ekonomicznie, mieszkających na prowincji, wykazujących bardziej emocjonalny niż racjonalny stosunek do polityki, skłonnych do ulegania stereotypom i podatnych na rozmaite zabiegi socjotechniczne, po drugiej ludzi wykształconych, stosunkowo dobrze sytuowanych, przeważnie mieszkających w dużych miastach, których można zaliczyć do beneficjentów zmian, opowiadających się za projektem liberalno-demokratycznym. Nie trzeba zaawansowanych technik analizy treści, żeby dostrzec, że upośledzeni ekonomicznie mają sprzeciwiać się transformacji nie dlatego, że zostały zagrożone ich interesy, ale przez irracjonalność i niezdolność do właściwej oceny sytuacji. Podział ten ma też swój wymiar geograficzny: przebiega między biedniejszą, gorzej wykształconą i bardziej tradycjonalną, zorganizowaną wokół parafii prowincją a bogatszymi, lepiej wykształconymi i bardziej liberalnie zorientowanymi mieszkańcami dużych ośrodków miejskich.

 

Młode pokolenie odziedziczyło te podziały i zostało posegregowane już w dzieciństwie, na trzy różne klasy (W konsekwencji grupy młodzieży z obszaru A-A’ stawały się „lokomotywą” zmian i znakomicie sobie radziły z nowymi wyzwaniami coraz śmielej formułując nowe potrzeby, aspiracje, dążenia życiowe, grupy z obszaru drugiego (B-B’) działały jako układ wspomagający, zaś ci z obszaru trzeciego (C-C’), którzy nie mogli czuć się beneficjentami zmian, zaczęli pełnić rolę układu hamulcowego, s. 26), jednak w kolejnych rozdziałach warstwa pośrednia zaniknęła i zostali sami bogaci i biedni. Rodzicami pierwszych byli przedstawiciele warstwy wykształconej, drugich małorolni. Pierwsi byli innowacyjni, dobrze się uczyli i poszli na studia. Drudzy byli sztampowi i skończyli w szkołach zawodowych. Brzemię braku innowacyjności młodzi wykluczeni mają dźwigać przez całe życie:

1. Nie tylko mniej zarobią i zostaną słabeuszami żyjącymi z pomocy społecznej, ale także będą roszczeniowi i przywiązani do autorytarnego etatyzmu; podczas gdy ich wykształceni rówieśnicy będą wymagający i liberalni (Rola wykształcenia zaznacza się już na etapie szkoły średniej, gdzie widać wyraźniejsze zainteresowanie młodzieży, zwłaszcza w dobrych LO, popieraniem projektu liberalno-demokratycznego i wyraźniejsze ciążenie młodzieży z zasadniczych szkół zawodowych ku projektowi tradycjonalno-etatystycznemu, s.379). Zakłada się zatem, że transformacja była niezakłóconym marszem ku idealnej demokracji, a jakiekolwiek formy oporu wynikają z autorytarnych ciągot niedokształconej młodzieży.

2. Postawy antydemokratyczne i podatność na manipulację sprawiają, że upośledzona część młodzieży głosuje na PiS, a umiłowanie wolności, demokracji i zabawnych internetowych kampanii popchną tę lepszą część młodzieży w stronę PO. W odróżnieniu od troglodytów z plemienia homo sovieticus, młodzież ta kieruje się wyłącznie racjonalnymi motywacjami i skomplikowanymi analizami sceny politycznej, z których wynikało, że PiS-owska rzeczywistość podważa takie wartości jak wolność, indywidualność, prywatność, takt, tolerancja, godność (s.. 278).

3. Podział na elastycznego innowatora i młodocianego homo sovieticusa przetnie wszystkie sfery życia, łącznie ze spożywaniem alkoholu, które w przypadku wykształconej młodzieży będzie zawsze miało ukryte pokłady kreatywności (Niemniej kultura picia odsłania dwa różne światy – młodzieży lepiej wykształconej (licealnej, studenckiej), która zazwyczaj ma więcej pieniędzy i inne ludyczne nawyki (bardziej chodzi o formę – „fun”, wygłup, fantazję, wyczuwanie się w gromadzie) oraz młodzieży „nie-wykształconej”, biedniejszej (która lubi się upić i zupełnie na serio demonstrować swój – z reguły negatywny – stosunek do świata, s. 327).

Autorzy raportu zdają się nie dostrzegać faktu, że poglądy młodych ludzi mogą nie mieścić się w schemacie POPiSowskim. Ignorują również istnienie biedy wielkomiejskiej, ubogich pracujących matek (wg raportu jedynymi matkami aktywnymi zawodowo są kobiety, które dobrze zarabiają, młode kobiety zaliczane do warstwy tradycyjno – etatystycznej skazują się na bierność częściowo z własnej woli), niemal nie dostrzegają prekariatu. Autorzy z danych statystycznych tworzą obraz czarno – biały; zapominając że odkryte przez nich zależności mogą co najwyżej wskazywać na pewne tendencje, które w żadnym wypadku nie mają charakteru prawd absolutnych (o ile można w tym wypadku mówić o zależnościach, próżno szukać w raporcie testów istotności statycznej; nie wiadomo zatem, do jakiego stopnia różnice pomiędzy badanymi są dziełem przypadku). Niemniej jednak autorzy obstają przy stanowisku, że młodzi w 2011 dzielą się na racjonalnych, innowacyjnych kreatywnych i elastycznych mieszkańców wielkich miast i barbarzyńskie hordy zwolenników PiSowskiego etatystycznego zamordyzmu wywodzące się z prowincji.

Zespół pracujący nad raportem dostrzega wprawdzie ciężką dolę uboższych warstw młodzież i nawet oferuje im rozwiązanie: wystarczy zdobyć wyższe wykształcenie, a dołączy się do forpoczty społeczeństwa. Do zmiany stanowiska nie skłaniają autorów opisane w rozdziale 5 problemy awangardy: mediany pierwszych wynagrodzeń w dużych miastach są niskie (od 1700 w Katowicach do 1300 w Kielcach, ogółem 1600, s.154) , w mieście stołecznym mediana wysokość pierwszej pensji spadła z 3900 w 2001 roku do 2000 złotych w 2008 (dane dla warszawiaków, z wyłączeniem przyjezdnych), a pracodawcy nie planują przeznaczyć nadwyżki dochodów na stworzenie miejsc pracy. Co gorsza – zauważają – uelastycznianie rynku pracy doprowadziło ostatecznie do segmentacji: jedne branże uelastyczniły się na trwałe, a w innych anachroniczne umowy o prace pozostały nietknięte. Autorzy ubolewają też, że równie anachroniczne pozostały banki, które nie udzielają zatrudnionym na kontraktach tymczasowych kredytów hipotecznych. Paradoksalnie, okazuje się że, wymogom ponowoczesnego społeczeństwa konsumpcyjnego są w stanie sprostać przede wszystkim ci, których miejsca pracy pozostały w epoce „etatystyczno – tradycjonalnej”.

 

W raporcie problem wzrostu bezrobocia wśród absolwentów został dostrzeżony, niemniej jednak zdobycie wyższego wykształcenia wciąż jest utożsamiane z przepustką do lepszego świata, a pojęcie prekariatu nie istnieje. Warto tutaj przytoczyć wyniki badań nad prekariatem wśród osób z wyższym wykształceniem w Łodzi prowadzonym przez Izabelę Desperak i Judytę Śmiałek. Badaczki doszły do śmiałych wniosków, że na początkowych etapach kariery zawodowej, wykształcenie jest kwestią drugorzędną w stosunku do stażu pracy:

„(…) zarobki na stanowiskach szeregowych nie różnią się znacznie ze względu na wykształcenie. W rezultacie zarobki absolwentów studiów wyższych, zaczynających swą karierę lub nie mających szans na awans, nie będą odbiegać od zarobków osób z wykształceniem średnim, licencjackim lub studiujących [podkreślenie moje – A. M.]

Jest zatem kwestią dyskusyjną, czy zdobycie wyższego wykształcenia powinno być strategią powszechnie zalecaną; szczególnie jeśli dotyczy to kraju, który przez lata budował swoją strategię rozwojową w oparciu o kuszenie inwestorów „tanimi miejscami pracy”. Wprawdzie jedną z raportowych rekomendacji jest dostosowanie systemu edukacji do wymogów miejsca pracy,  jednak to rozwiązanie budzi pewne wątpliwości. Jeszcze kilkanaście lat temu, modne było zamykanie techników, które rzekomo miałyby wypuszczać bezrobotnych, obecnie słychać głosy o „braku fachowców”. W tym samym czasie ukończenie wyższej szkoły zarządzania i marketingu uchodziło za początek olśniewającej kariery w kolorowym świecie biznesu, obecnie absolwentów marketingu zalicza się do grona „bezrobotnych humanistów”. Nawiasem mówiąc, jak sugerują dane GUS przedstawione w „Młodych 2011” (w IV kwartale 2009 roku stopa bezrobocia wśród absolwentów kierunków ścisłych wynosiła 20 procent) przekonanie, że problemy na rynku pracy dotyczą wyłącznie absolwentów kierunków humanistycznych nie jest nie do końca zgodne z rzeczywistością. W tej sytuacji rządowe zachęty, do podejmowania studiów na kierunkach przyrodniczych, należałoby również poddać dyskusji.

 

Autorzy znajdują proste wytłumaczenie polskich problemów społecznych: jesteśmy krajem na dorobku, we wczesnej fazie rozwoju kapitalizmu, czyli Anglią lub Niemcami sprzed 200 lat. Przez ostatnie 200 lat światowy system gospodarczy uległ pewnym zmianom (wynikającym między innymi z rozwoju procesów globalizacyjnych), fakt ten jednak umknął uwadze autorów. Wystarczy po prostu, używając popularnych pojęć z podręczników do socjologii, rozwinąć „kompetencje cywilizacyjne”, przełamać „wyuczoną bezradność” i, zaciskając zęby, cierpliwie czekać, aż dogonimy rozwinięte kraje zachodnioeuropejskie, gdzie panuje wolność, ład i dobrobyt, a Frugo leje się strumieniami.

 

Opracowanie dotyczące roli polskiej młodzieży w procesach transformacji wciąż jeszcze przypomina zachwyty nad kolorową reklamą Frugo i młodzieńcami niszczącymi polski zacofany etatyzm. Nastąpiła wszelako pewna zmiana: w krytycznym wobec etatyzmu raporcie pojawiają się sugestię, że państwo powinno wspierać młodych dotując szkolnictwo i finansując program „Rodzina na swoim”. Postawę tę dobrze oddaje list, „studenta, czytelnika Gazety Wyborczej” krytykującego podtrzymywanie KRUS-u, a popierającego tenże rządowy program. Wniosek jest prosty: tak długo jak pomoc społeczna zasila kieszenie rolnicze, należy ją traktować jako relikt socjalizmu. W momencie, kiedy transfery socjalne wspierają innowacyjnych młodych, zmieniają się w „inwestycje” i „wsparcie”.  Rząd powinien wspierać elastyczne pokolenie, a ono odwdzięczy się wsparciem i butelkami Frugo wymierzonymi w socjalistyczne przeżytki kulturowe.

drukuj

KOMENTARZE

  1. Raport miejscami metodologicznie błędny, upolityczniony i kuriozalny, ale dotyka realnego problemu – biedy wśród młodzieży (20+). Jest to grupa, oprócz 55+, najbardziej dotknięta bezrobociem i rząd nie ma dobrego pomysłu jak to zmienić. Propozycja by ograniczyć „umowy śmieciowe” sprowadzająca się do pomysłu prawnego wymuszenia na pracodawcach podpisywania ze stażystami po okresie stażu umowy stałe przynajmniej na taki sam okres jak czas ich stażu, będzie prawdopodobnie nieefektywna. Pracodawny znajdą sposób na ominięcie prawa. Już chyba lepszym pomysłem byłoby przeniesienie kilku mechanizmów jakie zastosowano w przypadku pakietu 55+.

  2. Owszem, raport dotyka tego problemu, ale moim skromnym zdaniem analizy, które w nim się pojawiają grzeszą nadmiernym uproszczeniem i utartymi schematami.
    Przekonanie, że pracodawcy zawsze znajdą sposób na ominięcie prawa wydaje mi się być mało konstruktywną ideą dla rozwoju polityki społecznej.

  3. Agato, na pewno trzeba brać pod uwagę realia i konstruować prawo w taki sposób, żeby trudno było je ominąć. Tym bardziej, że nawet ta obecnie istniejąca ochrona w kodeksie pracy dzisiaj, w konkretnej rzeczywistości jest fikcją. To po co nowe regulacje? Żeby były sobie na papierze? Wszyscy traktują prawo pracy, jako jakiś przeżytek i nikt, często nawet sąd nie traktuje praw prawcowniczych na serio, a tym bardziej sami pracownicy, nie wspominając o pracodawcach. Obawiam się, że Maciej ma rację: nowe prawo będzie martwym prawem, bo dotyka relacji pracownik – pracodawca, a w Polsce już dawno wszyscy są przekonani, że pracodawca to święta krowa, której państwo nie powinno się wtrącać w prowadzenie biznesu, a jeśli się wtrąca, to przedsiębiorca słusznie je olewa, bo przedsiębiorca jest rodzajem bóstwa, które zawsze ma rację, ba nawet nie ma obowiązku przestrzegać prawa. Żeby to zmienić trzeba by było: 1. miliardów złotych na kampanię w stylu: Za mało płacisz? To przez ciebie dzieci nie mają co jeść, 2. rządzących, którzy zrobiliby porządek z inspekcją pracy i wyposażyli ją w konkretne kompetencje, które dały by możliwość faktycznego wykrywania przez tą instytucję łamania prawa i karania za to w dolegliwy sposób. Taka kara na pewno musiałaby zależeć od obrotu lub dochodu firmy, bo dzisiaj, gdy za to samo przewinienie tyle samo ma zapłacić drobny właściciel i korporacja, to ta druga się śmieje z tych kar.

  4. A poza tym, trzeba jednak powiedzieć, że poprawianie kapitalizmu jest dość trudne, a w zachodniej europie się udawało jeszcze do niedawna, bo były silne związki zawodowe i ruchy społeczne, które te wszystkie prawa sobie wywalczyły. Liberałowie zaś zwalczają związki zawodowe, sami przekonali pracodawców, że kodeks pracy jest reliktem poprzedniej epoki i że zatrudnienie powinno być luźne. A teraz po 20 latach chcą to wszystko nagle zmienić wprowadzając jakiś przepis? Na prawdę chcą? Z tych przepisów to owszem mogłyby skorzystać organizacje związkowe, gdyby były tym zainteresowane, ale bez obywatelskiej mobilizacji niczego nie będzie. Tak więc warto poprawiać kapitalizm w miarę swoich sił, ale trzeba mieć świadomość, co naprawdę może przynieść zmiany i budować organizacje społeczne i chociażby socjaldemokratyczną partię polityczną, której dzisiaj w Polsce nie ma. Bo tylko to daje rzeczywistą nadzieję na zmiany. Taki ruch można budować koncentrując ludzi wokół postulatów zmiany prawa, a potem respektowania tego prawa, itd. Ale celem jest zrzeszenie i zorganizowanie świata pracy, żeby ludzie rzeczywiście mogli się obronić i coś sobie wywalczyć. Liberałowie za darmo nam nic nie dadzą. Nawet jeśli dotarło do Donka, że rzeczywistość jest upiorna a nie wspaniała i nawet jeśli zrobiło mu się bardzo przykro.

  5. Agato II, nie jestem zwolenniczką martwych regulacji, ale uważam, że pewne stwierdzenia zamykają drogę do dyskusji o zmianach. Powiedzmy, że jestem sceptycznie nastawiona do rządowych chęci poprawy, tym bardziej, że w raporcie brakuje analizy obecnej sytuacji prawnej i rozwiązań przeciwdziałających łamaniu kodeksu pracy.
    Mobilizacja obywatelska brzmi lepiej niż martwe przepisy prawne;; pozostaje jednak pytanie, na ile obecnie w Polsce jest ona realna? Miałam szansę uczestniczyć w ruchu oburzonych w Hiszpanii, który działa już kilka miesięcy; niemniej jednak większość polityków uparcie ignoruje pokojowe protesty. Z drugiej strony, muszę uczciwie przyznać, że w Hiszpanii nikt nie przewidział zamieszek, a młodzi byli opisywani przez kolektyw socjologiczno – publicystyczny jako banda biernych darmozjadów. Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *