Adam Ostolski, featured

Ostolski: Prymusi nie awansują

AUTOR

Adam Ostolski

(1978) – Socjolog, publicysta, działacz ruchów społecznych. Współprzewodniczący Zielonych, członek “Krytyki Politycznej”. Wykłada socjologię medycyny na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym.

Kiedy pytamy, czy „Polska jest peryferią”, uwagę przykuwa słowo „peryferie” – to ono domaga się wyjaśnienia, choćby dlatego, że zostało w pytaniu użyte abstrakcyjnie, bez określenia, czego peryferią miałaby być lub nie być Polska. Z kolei obecna w pytaniu „Polska” jest nadmiernie oczywista, jak gdyby zawsze już „tu” była. Obserwując toczącą się na łamach „Nowych Peryferii” debatę o peryferyjności Polski, dostrzegam przewagę perspektywy historycznej nad geograficzną oraz większe zainteresowanie peryferyjną mentalnością niż ekonomią polityczną. Chociaż zarówno historia, jak i mentalność są ważne, koncentracja głównie na nich prowadzi moim zdaniem na manowce.

Dlatego chciałbym na początek nieco przeformułować postawione przez Redakcję pytanie. W zmienionej wersji brzmi ono: czy Polacy i Polki żyją, mieszkają i pracują na peryferiach nowoczesnego świata?

Historia usypia, geografia budzi

Pytając o „Polskę” i jej peryferyjność, łatwo wpaść w koleinę historycznej ciągłości, jak gdyby dzisiejsza Polska była tym samym miejscem bądź podmiotem, co powiedzmy państwo pierwszych Piastów czy Rzeczpospolita szlachecka w XVI wieku. I jak gdyby to jej przeszłość wyjaśniała w największym stopniu ograniczenia teraźniejszości.

Nie chodzi o to, by zaprzeczać roli „podłoża dziejowego”, które współokreśla dzisiejsze położenie Polaków i Polek. Chodzi o to, by przyjąć, choćby jako roboczą hipotezę, że zanim odwołamy się do historii, aby zrozumieć nasze miejsce w dzisiejszym świecie, warto odwołać się do geografii gospodarczej kapitalizmu, aby zrozumieć ową historię. Wprowadzając rozróżnienie na centrum i peryferie kapitalistycznej gospodarki-świata, Immanuel Wallerstein pisze o „państwach centrum” i „obszarach peryferyjnych”. To ważne: świat widziany z perspektywy relacji centrum-peryferie nie składa się po prostu z „krajów”. W centrum nowoczesnego świata państwo jest czymś danym, oczywistym. Na peryferiach stabilne państwa mogą istnieć, ale nie muszą – państwowość peryferii zawsze może okazać się czymś wątpliwym i kruchym. (Wyjaśnia to swoją drogą istotną różnicę w nastawieniu ruchów emancypacyjnych w centrum i na peryferiach: te pierwsze częściej są krytyczne wobec państwa, te drugie częściej inwestują w państwo swoje marzenia.)

Można oczywiście dostrzegać pewną ciągłość w doświadczeniu ludzi mieszkających na terenach między Odrą a Bugiem. W X w. książę Mieszko zbudował swoje państwo na handlu niewolnikami – i za pomocą tego handlu zintegrował je z gospodarką ówczesnego cywilizowanego świata. W drugiej połowie XV w. skarb królewski wzbogacał się dzięki cłu (1 floren od głowy), jakie pobierano za niewolników pędzonych przez tereny Polski i Rusi z Kaffy na zachód. Od XVI w. gospodarka rolna w Rzeczpospolitej nie była już innowacyjna – niskie koszty pracy chłopa pańszczyźnianego sprawiały, że nie warto było inwestować w nowe sposoby produkcji, skoro zawsze można było zwiększyć wyzysk siły roboczej. (Drugim hamulcem innowacyjności była oczywiście możliwość dalszego poszerzania terenu upraw.) Itd. itp. Kiedy parę lat temu przeczytałem w „Dzienniku” wywiad z Rzecznikiem Praw Obywatelskich Januszem Kochanowskim, który przekonywał, że Polska nie może przyjąć Karty Praw Podstawowych, bo wzrosłyby koszy pracy, a tania praca jest naszym narodowym atutem w Europie, po prostu nie mogłem nie pomyśleć o Mieszku I. Czasem trudno się oprzeć wrażeniu, że nasza przeszłość jest tu silniej obecna, niż myślimy.

Bez względu jednak na to, czy z takiego zestawienia przykładów wyciągnęlibyśmy wniosek, że historia na peryferiach jest wszystkim, czy przeciwnie, że peryferie nie mają historii, bo nic się tu nigdy nie zmienia, popełnilibyśmy błąd. Świat nieustannie się zmienia. W czasach Mieszka I nie było jeszcze kapitalizmu, a tym samym podziału na centrum i peryferie w ścisłym znaczeniu. W XVI w. Rzeczpospolita zajęła miejsce na peryferiach kształtującego się nowoczesnego świata. Dzisiejszą Polskę określiłbym z kolei raczej jako kraj półperyferyjny. Decyduje o tym również kontekst, czyli geografia.

No dobrze, ale miało być o ludziach, a nie o Polsce. Miało być o tym, co to znaczy być człowiekiem z peryferii, a nie z centrum nowoczesnego świata. Jeśli jestem człowiekiem z peryferii, to moja praca jest statystycznie wyceniana niżej niż praca mieszkańców centrum – i to nawet, kiedy tam pojadę. Moje polityczne wybory mają mniejszą skuteczność, przede wszystkim z powodu względnej słabości instytucji państwowych zarówno wobec różnorodności grup interesu, jak i wobec innych państw. Kultura, w której żyję, narażona jest na rozdarcie między kompleksem niższości a kompleksem wyższości.

Polska jest krajem półperyferyjnym – to znaczy, że mamy zarówno doświadczenie peryferyjności, jak i (względnej) centralności. Polacy i Polki migrują do pracy na Zachód co najmniej od lat 80. W latach 90. dominowała emigracja do pracy sezonowej w rolnictwie (głównie do Niemiec) czy do pracy opiekuńczej (gosposie do Włoch i Grecji, opiekunki osób starszych do Niemiec – warto przeczytać w internecie pamiętniki migrantek nadesłane na konkurs zorganizowany przez Think Tank Feministyczny). W nowym tysiącleciu pojawiły się możliwości związane z „emigracją poakcesyjną”. Polacy traktowani są jako ludzie z peryferii, jeśli pracują po niższych stawkach, akceptują gorsze warunki BHP, pracują poniżej swoich kwalifikacji. Ale Polska jest również celem migrantów zarobkowych, np. z Wietnamu i Ukrainy. Wietnamczycy handlują i pracują w gastronomii. Ukraińcy pracują na roli i w budownictwie, a Ukrainki sprzątają mieszkania i zajmują się dziećmi. Jeszcze taniej pracują w Polsce Chińczycy na kontraktach czy quasi-niewolnicy z Korei Północnej. Nawet jeśli nasza praca jest tania, to są ciągle na świecie inni, których praca jest jeszcze tańsza.

Wyścig do centrum

Ludzie, którzy po raz pierwszy dowiadują się o podziale na centrum i peryferie i uświadamiają sobie, że ich kraj jest bliżej peryferii niż centrum, najczęściej reagują pytaniem: A czy można dołączyć do centrum? I jak to zrobić?

Życie polityczne peryferii oscyluje między dwiema postawami. Z jednej strony mamy pragnienie „dogonienia” krajów rozwiniętych, naśladowania ich, przyswojenia sobie najlepszych sprawdzonych modeli. Z drugiej zaś pragnienie „bycia sobą”, podkreślania własnej tożsamości, swojskości, wyjątkowości – odrzucenia tej całej gry. Oba dążenia są pewną odpowiedzią na poczucie peryferyjności, próbą jej przezwyciężenia lub zanegowania. Oba skazane są najczęściej na to, by peryferyjność, którą miały uleczyć, tylko pogłębiać.

Ci, którzy ratunku przed peryferyjnością szukają w wizji „dogonienia” jakiegoś szczęśliwszego świata – Zachodu, Europy czy Ameryki – mają wobec obowiązującej w centrum nowoczesnego świata ideologii postawę „prymusów”. Chcą nauczyć się jej i jak najlepiej wcielić ją w życie, wierząc, że naśladowanie najlepszych wzorów pozwoli „nam” dostać się do klubu najlepszych. Tyle że to jest od początku gra znaczonymi kartami. Naśladowanie gotowych wzorów nie pozwala na wejście do klubu, m.in. dlatego, że „najlepsze wzory” zawsze powstają lokalnie, w odpowiedzi na miejscowy kontekst. Ale również dlatego, że relacja „przyjmowania standardów”, „doganiania” czy „implementacji” sama w sobie utrzymuje podległość, odrealnia, tłumi wrażliwość na własną sytuację i jej realne wyzwania.

Ale swojskość, celebrowanie własnej tradycji i tożsamości, marzenie o suwerenności i o „byciu sobą”, też nie pozwala wyrwać się z peryferii. Pogłębia gospodarcze i polityczne uzależnienie od centrum. Fantazja o suwerenności – czyli próba życia tak, jakby ze świata podzielonego na centrum i peryferie można się było wypisać – to zarazem projekt niemożliwy i fałszywy cel. Może koić lokalną dumę, ale nie naprawia żadnego z realnych problemów, jakie towarzyszą peryferyjności.

Oczywiście, zdarzają się przykłady sukcesów. Kraje peryferyjne „awansują” do półperyferii, a półperyferyjne do centrum. Tyle że po pierwsze nie jest to dziełem „prymusów”, ale osiągnięciem elit politycznych umiejących rozsądnie ignorować „najlepsze wzory”. Po drugie zaś – nie podważa to samego podziału na centrum i peryferie. W ramach systemu kapitalistycznego, aby jeden kraj mógł „awansować”, inny musi doświadczyć degradacji. Aby ktoś mógł mieć ponadprzeciętnie zyski, ktoś inny musi pracować tanio. Pojedynczy kraj może zmienić swoje miejsce w ramach systemu, ale nie oznacza to zmiany systemu. Nie zniechęci to tych, dla których peryferyjność jest nieszczęściem dlatego, że dotyka „swoich”.

Utopia i uniwersalizm

Trudniejsze zadanie przed tymi, dla których problemem jest nie tyle własna peryferyjność, ile sam podział świata – a więc ludzkości – na centrum i peryferie. Wyzwanie polega wówczas na tym, aby poszukiwać w lokalnym kontekście rozwiązań o charakterze uniwersalnym. Aby wychodząc od własnego doświadczenia, takiego, jakie ono jest, nie unikając kontaktu z miejscowymi realiami, tworzyć projekty urządzenia świata wykraczające poza kontekst, w którym powstały. Praca intelektualna, jaką trzeba wykonać na peryferiach, nie różni się w istocie od pracy intelektualnej w centrum. Tak samo wymaga sporego ładunku utopijnej odwagi.

Ale także zrozumienia, że chociaż doświadczenie peryferyjne tworzy peryferyjną mentalność, jego podstawy są ekonomiczne, a nie duchowe. To nie skaza w kulturze, głupota czy brak wyobraźni odpowiada za podporządkowaną sytuację peryferii – to sytuacja podporządkowania tworzy mentalność na swoją miarę. Trudno ją zmienić, bo ideologia koresponduje tu z doświadczeniem. Bez zakwestionowania tego doświadczenia niełatwo zmienić ideologię. Czy to błędne koło można przerwać? Jestem przekonany, że można. Ale to już temat na inną ankietę.

 

Całość ankiety Nowych Peryferii pt. „Czy Polska to peryferie” do ściągnięcia w formie e-booka tutaj.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *