featured, społeczeństwo

Od studenta do konsumenta. Wokół reformy edukacji wyższej

AUTOR

Krzysztof Mroczko

Wrocławianin. Zafascynowany historią i literaturą PRL. Miłośnik literatury popularnej, zwłaszcza powieści milicyjnej i szeroko rozumianej fantastyki. Współpracuje z portalem Poltergeist. Patrzy na świat przez różowe okulary.

Przez ostatnie dwadzieścia lat zmieniło się w naszym kraju wiele. Radykalne reformy omijały jednak do tej pory szkolnictwo wyższe, pozostawiając uczelniom autonomię. Nowe zapisy w ustawie „Prawo o szkolnictwie wyższym” mają zmienić dotychczasowy stan rzeczy. Czy na lepsze? Studenci zrzeszeni w Demokratycznym Zrzeszeniu Studenckim, podobnie jak Komisja Nauki NSZZ „Solidarność” uważali, że część zapisów nie jest korzystna ani dla studentów ani dla kadry naukowej. Protesty zorganizowane w większych miastach Polski nie przyniosły rezultatu, spotykając się z obojętnością środowiska studentów i wykładowców. Dziś, w przededniu rozpoczęcia nowego roku akademickiego, warto raz jeszcze zastanowić się nad tym, co czeka świat uczelni wyższych w naszym kraju.

 

Zapisy reformy

 

W pierwszych dniach lutego 2011 roku, Sejm przyjął projekt zmian w ustawie „Prawo o szkolnictwie wyższym[1]”. Najwięcej emocji wzbudził pomysł wprowadzenia odpłatności za drugi kierunek. Minister Kudrycka tłumaczy opinii publicznej, że dzięki temu uniknie się sytuacji, w której osoba studiująca na kilku kierunkach blokuje miejsce innym czy też korzysta ze stypendiów socjalnych, które nie powinny przysługiwać nikomu dwa (lub więcej) razy.

Największe problemy nie są jednak związane, wbrew powszechnemu mniemaniu, z samym zapisem o odpłatności za drugi kierunek. Znacznie poważniejszy w skutkach wydaje się być zamysł transferu pieniędzy z puli stypendiów za wyniki w nauce na rzecz stypendiów socjalnych. Studenci, często już od najmłodszych lat dopingowani do bycia najlepszymi, otrzymują nagle sprzeczne sygnały. Oto państwo nie chce już premiować osiągnięć, tłumacząc się bliżej niesprecyzowaną „sprawiedliwością” i „solidarnością” i roztaczając wizję świetlanej przyszłości już po skończeniu edukacji.

W ustawie brak też interpretacji zapisu o wprowadzeniu obowiązkowego monitorowania losów absolwentów przez uczelnie. Po trzech i pięciu latach po zakończeniu studiów uczelnie mają przesyłać ankiety swoim absolwentom. Nie ma jednak konkretnych zapisów, jakie to będą pytania i według jakich kryteriów będą one weryfikowane przez ministerstwo. Wygląda więc na to, że ten fragment pozostanie jedynie pustym zapisem, a jego jedynym efektem będzie powiększenie grubości akt w dziekanatach. Zapis nie wyznacza żadnych konkretnych kategorii, według których będą jego wyniki opracowywane i milczy o sposobach realizacji,  pozostawiając wszystko domysłom pracownikom uczelnianych administracji. Nie wiadomo, czy i jak oceniany będzie rozwój kariery magistrów. Czy bycie dziennikarzem w lokalnej gazecie to dla absolwenta polonistyki degradacja czy awans? Czy ma znaczenie wysokość pensji? Jak różnicować te i inne zagadnienia, ustawa milczy.

Wprowadzając w życie zmiany w ustawie państwo zrzeka się swojej roli opiekuna i mentora, przerzucając koszty i odpowiedzialność na młodego człowieka, który nie jest już dłużej studentem, ale konsumentem. Stąd tyle w ustawie zapisów o podmiotowym traktowaniu studenta na uczelni, bo odtąd to klient, który ma zostać obsłużony za swoje pieniądze tak, aby był zadowolony. Skutki widać już dziś, gdy wielu wykładowców jest zmuszanych do zaliczania egzaminów w imię zysku uczelni. Te na razie marginalne zachowania szybko mogą stać się regułą w świecie, w którym już niedługo po prostu nie będzie takiej liczby młodzieży. Bitwa uczelni o studenta już teraz przypomina kampanie marketingowe producentów i sprzedawców towarów i usług. Czy takiej przyszłości chcemy? Czy jesteśmy w stanie zatrzymać ten proces?

 

Gospodarka oparta na wiedzy

 

Początek lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku to okres wielu przełomowych zmian na całym świecie. To właśnie wtedy Bill Clinton ogłosił nadejście nowej epoki, w której gospodarka będzie „oparta na wiedzy”. Zafascynowani nowymi technologiami Amerykanie, za którymi wkrótce miał podążyć cały świat, uwierzyli w nadchodzącą rewolucję, która miała odmienić nie tylko biznes. W ciągu następnego dziesięciolecia nie raz miało się okazać, że optymizm był zbudowany nieco na wyrost, a wprawiona w ruch maszyna nie będzie toczyć się w nieskończoność. Jednocześnie, zawrotne tempo rosnących zysków i zmiany stylu życia zaczęły wymuszać nieustanne dostosowywanie się do szybko zmieniających się reguł.

Co to wszystko ma wspólnego z edukacją? Skoro gospodarka ma być uzależniona bardzo szybko pojawiły się nowe wymagania dotyczące kwalifikacji osób szukających zatrudnienia. Tendencję tę można opisać w niezwykle prosty sposób – im wyższy poziom wykształcenia, tym lepiej. Zdobywanie kwalifikacji szybko stało się w tym systemie celem samym w sobie, a decyzję o podjęciu wysiłku ich zdobycia zaczęły być podejmowane bezrefleksyjnie. W umysłach zapanował mit dyplomu. W pogoni za szczęściem, jakie miało oferować zatrudnienie na kierowniczym stanowisku i związana z nim wysoka pensja, setki tysięcy młodych ludzi idą na studia, napędzając w ten sposób statystyki i, co o wiele bardziej istotne, windując zyski zarówno prywatnych jak i publicznych uczelni[2].

 

Mit dyplomu

 

Młodzi ludzie poświęcają dziś swój czas i nierzadko duże pieniądze w imię wizji przyszłych zysków, jaką mami ich zewsząd dzisiejsza rzeczywistość. Jednak mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że cały ten edukacyjny boom ostatnich lat jest wytworem producentów wiedzy, którzy poszukują nowych rynków zbytu.

„Apetyt rośnie w miarę jedzenia” głosi popularne przysłowie. Podobnie jest z producentami, dla których słupki sprzedaży muszą rosnąć, bez względu na wszystko. Już dawno temu odkryto, że w procesie sprzedaży nie wolno niczego pozostawić przypadkowi, a potencjalny klient jest podatny na sugestie i pochlebstwa. Jeśli roztoczyć przed kimś wizję zmiany jego statusu społecznego, będzie w stanie zrobić wiele, by nabyć nasz produkt. Od dawna już towary przyciągają swoich nabywców nie samą funkcjonalnością, lecz także swoistą „wartością dodaną” w postaci prestiżu i poczucia przynależności do wybranej grupy. Dlaczego z edukacją miałoby stać się inaczej?

W dzisiejszym rozumieniu, studia wyższe są zatem jedynie środkiem, nie celem samym w sobie. Są warte tylko tyle, na ile zostanie wyceniona nasza praca po ich ukończeniu. Proces zdobywania wiedzy przedstawia się jako inwestycję, która zaprocentuje w przyszłości, właściwie tak samo jak lokata bankowa czy fundusz inwestycyjny. I tak samo jak w finansach, ogromne ryzyko, które jest związane z przepowiadaniem przyszłości jest właściwie w tej narracji pomijane, a przypadki niepowodzeń przedstawia się jako błędy planowania bądź wykonania po stronie jednostki a nie systemu.

Odkąd nasz parlament dopuścił istnienie prywatnych uczelni, widzimy szalony wyścig w poszukiwaniu nabywców produktu oferowanego przez te instytucje. Nie chciałbym upraszczać tego obrazu, ponieważ z całą pewnością są wśród nich wyróżniające się uczelnie, ale czy naprawdę ilość dostępnych miejsc zapewnia wyższą jakość kształcenia? Czy nikt jeszcze nie dostrzegł cynizmu owych budowniczych mitu osiągania sukcesu życiowego jedynie poprzez dyplom wyższej uczelni? Wystarczy przecież otworzyć pierwszą lepszą gazetę we wrześniu czy październiku, by natknąć się na artykuły poświęcone obleganym kierunkom, perspektywom zawodowym (i płacowym rzecz jasna) czy opisami losów tych, którym się powiodło.

Na drugim biegunie mamy ostatnie badania czytelnictwa przeprowadzone przez Bibliotekę Narodową. Wynika z nich, że połowa ludzi w wieku studenckim nie czyta żadnych książek, więcej niż 7 książek rocznie czyta zaledwie 12 procent Polaków, a aż 20 procent osób z wyższym wykształceniem nie czyta w ogóle[3]. Jak zatem mają się do tego próby przedstawiania nowych pokoleń jako tych, którzy są bardziej wykształceni od swych rodziców?

Z tego obrazu wynika też jeszcze inna, chyba nawet bardziej istotna kwestia. Warto rozważyć, czy chcemy jedynie wykształcić wykwalifikowaną siłę roboczą, owych „profesjonalistów”, czy może powinno zależeć nam wszystkim na przekazaniu młodym ludziom pewnego wzorca zachowań i postaw, który można określić jako „etos inteligenta”. To mocno już wytarte i uważane za przestarzałe w naszym ponowoczesnym świecie pojęcie oznacza osobę aktywną nie tylko w swojej dyscyplinie, ale także zaangażowanej społecznie, kulturalnie i przenoszącej pewne stałe i ponadczasowe wartości na następne pokolenia. Udzielenie odpowiedzi na tak postawione pytanie oznacza także opowiedzenie się po jednej ze stron w o wiele szerszym sporze – czy społeczeństwo jest jedynie zbiorem jednostek, czy może posiada pewną wspólną wartość, która nie jest jedynie sumą jednostek tego zbioru. Innymi słowy – czy wierzymy, że edukacja jest indywidualną sprawą czy może przynosi ona także korzyści społeczeństwu.

 

Egalitaryzm czy elitarność?

 

Tak naprawdę nie istnieje jedyna słuszna odpowiedź na to pytanie o kierunek rozwoju szkolnictwa wyższego w naszym kraju. Wydaje się jednak, że bardzo ważne jest zrozumienie doniosłości zmian, które będą miały wpływ na następne pokolenia. I ważne jest także, by debata na ten temat w ogóle istniała, bo na razie słyszalny jest zaledwie jeden głos. Głos liberałów postulujących wprowadzenie pełnej odpłatności za studia. Rząd na razie na tak drastyczny krok się nie zdecydował. W końcu mamy rok wyborczy.

W ciągu ostatnich dziesięciu lat poziom skolaryzacji Polaków w wieku 19 – 24 lat osiągnął ponad 50 procent[4]. Oznacza to, że możemy się niemal dwoma milionami studentów. To tyle, co dwukrotnie od nas liczebniejsze Niemcy lub również sporo od nas liczniejsza Francja. Czy dzięki temu nasz kraj zmienia się w zasadniczy sposób, czy powstają tutaj wynalazki lub teorie o światowym znaczeniu?

Moim zdaniem, można w pewien sposób ograniczać zgubny wpływ rynku na edukację, starając się przywrócić nauce należne jej miejsce i rangę. Być może zaostrzenie wymogów kwalifikacyjnych w postaci egzaminów wstępnych na tyle ograniczy dopływ młodzieży na uczelnie publiczne, że kształcenie wróci do zasad opartych na jakości, a nie ilości. Nie nastąpi to jednak bez finansowego wsparcia rządu, który musi przedstawić spójną wizję rozwoju, a nie ograniczyć się do zrzucania kosztów na obecnych i przyszłych studentów. W takim układzie sił może okazać się, że niedługo skończy się wiara w magiczną moc dyplomu.

 

Skutki reformy albo popyt, podaż i inflacja

 

Trudno już dziś przewidzieć wszystkie skutki reformy, ale nie da się ukryć, że niesie ona ze sobą szereg potencjalnych niebezpieczeństw. Ogólny kierunek, w którym ma, zdaniem twórców nowej ustawy, zmierzać edukacja wyższa, to komercjalizacja. Gdyby odwołać się do marksowskiej teorii alienacji pracy potraktowanej jako produkt, można odkryć spore podobieństwo. Takie instrumentalne podejście do wiedzy prowadzi do uznana za fakt obowiązywanie rynkowych praw popytu i podaży. Wydaje się, że dla autorów projektu ustawy liczyła się jedynie ekonomiczna opłacalność studiów wyższych.

W materiałach przygotowujących reformę z 1999 roku – tę wprowadzającą gimnazja i nowe matury – pisano o „podnoszeniu poziomu edukacji społeczeństwa poprzez upowszechnianie wykształcenia średniego i wyższego[5]”. W ramach tego „upowszechniania” od tamtej pory obniża się nieustannie poziom edukacji na wszystkich jej szczeblach. Wystarczy tylko przejrzeć zadania egzaminu gimnazjalnego lub matury aby się o tym przekonać. Uczniowie nie są oceniani za błędy ortograficzne, ale dostają punkt za schludny wygląd pracy lub napisanie odpowiedniej ilości słów i trzech akapitów[6]. Zajmuję się językiem polskim, ale podobne kryteria obowiązują też i na innych przedmiotach. Trudno zatem nie odnieść wrażenia, że ilość nie przeszła w tym wypadku w jakość.

Poza komercjalizacją, której wpływ dotyka wszystkie dziedziny życia, reforma niesie za sobą także inne niebezpieczeństwo. Instrumentalnie potraktowany proces edukacji staje się elementem nacisku. Tak samo jak fabryki produkują jednakowe przedmioty, tak w postulowanym modelu niezależność poglądów wyrażanych przez studentów nie będzie już premiowana. Jak wynika z moich doświadczeń, już dziś najczęściej liczy się jedynie bycie najlepszym w danej grupie znajdującej się wewnątrz ściśle określonego schematu. To pomijane zagadnienie w obecnie istniejącym dyskursie, a przecież stanowi bodajże największe zagrożenie. Jednostronne myślenie, bez niezbędnej dawki krytycyzmu, sprowadza proces kształcenia do modelowania pożądanych umiejętności, bez budowania aparatu narzędziowego, pomocnego w kształtowaniu własnego światopoglądu. Jeśli się zgodzimy z taką propozycją, skażemy przyszłe pokolenia na bierność i odtwórczość, , którą trudno będzie brać za aktywne i krytyczne uczestnictwo w kreowaniu rzeczywistości, o działaniu na rzecz zmiany nie wspominając. Taka wizja jest zupełnie realna. Już dziś coraz częściej można przeczytać o sfrustrowanych osobach z dyplomem wyższej uczelni, długotrwale bezrobotnych lub czy bez stałego etatu[7]. Ich słowa są pełne żalu i rozgoryczenia, bo poświęcili czas i pieniądze na coś, co okazało się jedynie pustą obietnicą opisywaną przez media i uczelniane działy marketingu. Dla tych osób studia nie były intelektualną przygodą, poszerzaniem horyzontów czy budzeniem aspiracji. Czas nauki to w ich przypadku terminowanie w przyszłym zawodzie, zgodne zresztą z teorią traktującą wiedzę jako „kapitał”. Dla tysięcy młodych dziś ta inwestycja się nie zwraca, czują się oszukani. Mam nieodparte wrażenie, że nowa reforma tylko utrwali ten stan rzeczy, nie dając możliwości wyboru.

 

drukuj

KOMENTARZE

  1. Najgorsze że większość naszego społeczeństwa akceptuje taki stan rzeczy. Ba, żeby to była tylko akceptacja. Znacznie więcej – jest to stan przez nie pożądany. Tak, nie oszukujmy się, znakomita część rodaków chce być automatami, nie chce mieć swojego zdania, żadnymi intelektualnymi przygodami nie jest zainteresowana. Niektórzy mają już nawet „odwagę” powiedzieć to wprost (póki co anonimowo na forach internetowych).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *