featured, Krzysztof Posłajko

Bezbrzeżna pustota wolnorynkowej utopii

AUTOR

Krzysiek Posłajko

Urodzony w 1981. Doktor filozofii i niedoszły socjolog ze stajni UJ. W idealnym świecie nauki interesuje się analityczną filozofią języka i ontologią. Używa słowa „socjolog” w liczbie pojedynczej na oznaczenie Pierre’a Bourdieu. Pracował jako tłumacz i leksykograf. W wolnych chwilach publicysta-amator. Nieuleczalny socjaldemokrata. Z lewackiego tłumu wyróżnia go negatywny stosunek do jazdy na rowerze, mieszkań w zapuszczonych kamienicach i psychoanalizy.

Oto już niemal dwa lata jak trwa kryzys handlowo-przemysłowy.
I jak widać, wciąż się rozrasta ogarniając nowe gałęzie przemysłu,
rozprzestrzenia się na nowe rejony,
zaostrza się wskutek nowych krachów bankowych.

LeninNauki kryzysu

Obecne czasy nie sprzyjają utopiom. Tradycyjnie wrogi jest im konserwatyzm. Również współczesna lewica, po doświadczeniach bolszewizmu, rzadko odwołuje się do wizji szczęśliwości, która miałaby zapanować po wprowadzeniu ustroju bezklasowego. (Wyjątkiem potwierdzającym regułę jest twórczość Sławoja Žižka (zob. np. tu). Zazwyczaj jednak lewica współczesna wykazuje nastawienie reformistyczne – jej celem jest „globalizacją z ludzką twarzą” i redystrybucja owoców kapitalizmu, a nie mityczny komunizm. To zbliżenie konserwatyzmu i socjalizmu ma zapewne swe źródło w ponurych doświadczeniach XX wieku, gdy próbowano wcielać w życie utopie, jak i w fakcie, że obie strony sporu zaznały trudów realnej władzy.

W tej sytuacji, co może się wydawać paradoksalne, jedynymi dostawcami utopii na rynku idei okazują się być ortodoksyjni liberałowie wolnorynkowi. Z ich pism można bowiem łatwo wyczytać pewną wizją doskonałego społeczeństwa. Jeśli chcemy traktować fakty społeczne jak rzeczy, to powinniśmy pochylić się nad prądem myślowym, który uwodzi całe rzesze ludzi, nawet jeśli przyczyny tego uwiedzenia wydają nam się mocno wątpliwe.

Okazją do tej refleksji jest polskie wydanie książki Murraya N. Rothbarda Wielki Kryzys w Ameryce (2010). Dociekliwy czytelnik mógłby na początku lektury spytać, dlaczego wydanie prorynkowej publikacji sponsorował prezydent Stalowej Woli, ale po przeczytaniu passusu, że „jeśli urzędnicy rządowi wydają pieniądze na inne cele niż konsumpcja, to oczywiście nie można mówić o konsumpcji, lecz o wyrzucaniu pieniędzy w błoto” (Rothbard s. 15), może poczuć się spokojniejszym wiedząc, iż pieniądze z jego podatków zostały zmarnowane w tak przemyślny i niemal autoreferencyjny sposób.

Utopia Rothbarda

Marek Przychodzeń i Anna Markwart w swych komentarzach do rzeczonego dziełka piszą, że mamy tutaj do czynienia z „książką naukową” oraz sugerują, że jej celem jest wyjaśnienie przyczyn zjawiska zwanego Wielkim Kryzysem. Jest to jednak twierdzenie błędne, jeśli termin „książka naukowa” będziemy rozumieć w sposób bardziej ścisły niż „książka napisana przez osobę z tytułem naukowym”. Celem tej pozycji nie jest bowiem, wbrew pozorom, wyjaśnienie przyczyn Wielkiego Kryzysu, co autor deklaruje niemal jawnie. Wszystkie przywoływane tam liczby, daty i wydarzenia nie stanowią bowiem materiału empirycznego, który miałby potwierdzać stworzoną przez niego hipotezę na temat przyczyn zjawiska. Nie jest prawdą, jakoby „autor zebrał imponującą ilość faktów, przeanalizował je i wyprowadził zależności”, jak pisze Anna Markwart (s. 238). Zależności, o których pisze autor, zostały przez niego a priori założone. Wszelkie dane i fakty historyczne, o których w książce mowa, są jedynie przykładami, mającymi ilustrować z góry przyjęte założenia na temat działania gospodarki (Rothbard s.67).

Czymże – jeśli nie dziełem naukowym – jest zatem książka Rothbarda? Tym samym, co każde dzieło o „ortodoksyjnie liberalnej” proweniencji: mityczną opowieścią o Złotym Wieku i Upadku Ludzkości. Złotym Wiekiem był czas, zanim rząd zaczął ingerować w gospodarkę – ta interwencja jest przyczyną Upadku, a jego skutkiem jest kryzys. Rzekome wyjaśnienia, jakie serwują nam zwolennicy tego podejścia, mają zawsze i nieodmiennie tę samą strukturę – wszystko, co złe w gospodarce, jak i w dowolnej innej dziedzinie życia społecznego, bierze się stąd, że ludzie postanowili odejść od najlepszych możliwych, to znaczy wolonorynkowych, zasad gospodarowania resp. życia społecznego.

Charakterystyczną cechą myśli neoliberalnej jest naturalizacja pewnej organizacji środków produkcji i wymiany: system wolnorynkowy jest, wedle przynajmniej niektórych przedstawicieli tego wyznania, systemem naturalnym dla człowieka. Paradnego przykładu tejże naturalizacji dostarcza tekst Marka Przychodzenia: „Poprawianie ekonomii wiązać się mogło z ogólnym woluntarystycznym programem poprawiania stworzenia, które pozostawione same sobie rządziło się jakoby zbyt brutalnymi prawami” (tekst w Pressjach s. 232). Jeśli przyjrzymy się temu cytatowi, to zauważymy, że zdaniem autora porządek wolnorynkowy jest porządkiem stworzenia; każda inna metoda – włączając tak miłą sercu wielu konserwatystów gospodarkę feudalną – sprzeciwia się w jednoznaczny sposób Bożym zamysłom.

Wielu ortodoksyjnych liberałów – włączając w to choćby samego Misesa – ma jednak świadomość, że „system gospodarki rynkowej w czystej postaci nigdy nie został wypróbowany” (Mises Ludzkie działanie s. 229). Oznacza to ni mniej ni więcej, że w wypadku systemu wolnorynkowego mamy do czynienia z utopią w ścisłym tego słowa znaczeniu – „miejscem, którego nie ma”, a które mimo to stanowi wzorzec dla każdej realnej gospodarki. W rzeczywistej historii gospodarczej kryzys jest bowiem zjawiskiem powszechnym. Jak świadczy przytoczony na wstępie wyimek z Lenina, kryzysy występowały regularnie w XIX wieku, czyli w czasie, który z dzisiejszego punktu widzenia może wydawać się okresem względnej nieinterwencji państwa w gospodarkę.

Geneza kryzysu, jaką przedstawia się w libertariańskiej narracji, nie jest zatem taka, że najpierw, historycznie rzecz biorąc, mieliśmy do czynienia z okresem nieingerencji państwa w gospodarkę, a potem nastąpiło wzmożenie ingerencji, co doprowadziło do kryzysu. Gdyby struktura była taka właśnie, to mielibyśmy do czynienia z rzetelną hipotezą naukową, na rzecz której można by przytaczać rozmaite dane. Tak jednak nie jest – dla libertarian przyczyną kryzysu jest to, że gospodarka realna nigdy nie osiąga stanu doskonałości, opisywanego w ich dziełach. Korupcja wolnego rynku przez państwo jest stanem niemalże powszechnym, co sprawia, że wszelkie wyjaśnienia przez odwołanie się do niej są intelektualnie jałowe.

Można tu postawić zarzut, że w ten sposób odrzuca się wartość całej klasycznej ekonomii, w której mówi się przecież o wolnym rynku. Różnica w podejściu do „wolnego rynku” w „standardowej” ekonomii (jakkolwiek by to nie zabrzmiało obrazoburczo, szkoła austriacka jest kierunkiem tak samo heterodoksyjnym jak marksizm) i dziełach „wolnorynkowców” jest znaczna. „Wolny rynek” można bowiem traktować jako teoretyczną idealizację, czyli uproszczony, kontrfaktyczny model, za pomocą którego dokonuje się uproszczonego opisu zjawisk. Tego typu idealizacje są powszechne w nauce – przynajmniej w tej, którą znamy ze szkoły. Opis ruchu w mechanice Newtona jest tu dość sztampowym przykładem – opisuje się w niej bowiem nierealną sytuację w której nie ma na przykład tarcia.

Błąd libertarian polega na tym, że utożsamiają wyidealizowany model, który niemal z definicji jest niemożliwy do zaobserwowania w rzeczywistości, z egzystencjalnym ideałem, czyli sytuacją, do której powinno się dążyć, a której brak jest przyczyną wszelkich nieszczęść. Podobnie teoria opisująca ruch w świecie bez tarcia czy przesył energii bez strat może mieć swoją wartość naukową, lecz nie będzie jej miało wyjaśnienie wypadku samochodowego, w którym będziemy lamentować nad powszechnym występowaniem w świecie tarcia.

Dlaczego tanie wina są dobre?

Dość łatwo zrozumieć, skąd może brać się tendencja do takiego myślenia: zetknięcie się z klasyczną mikroekonomią jest bowiem jedną z najpiękniejszych przygód intelektualnych, jaką może przeżyć przeciętny człowiek. Prawa ekonomii klasycznej uderzają swoją prostotą i harmonią. Stąd już blisko do wniosku, jakoby świat, w którym obowiązują te prawa, był światem idealnym. Dodajmy to tego jeszcze to, że można wywieść, iż konkurencyjna wymiana na wolnym rynku zapewnia równowagę pomiędzy popytem i podażą. Niestety, zbyt często zapomina się, że stan „optymalny” z rynkowego punktu widzenia nie musi być stanem, w którym wszystkie potrzeby są zaspokojone. Bardziej efektywne ekonomicznie może być na przykład dopuszczanie do śmierci biednych z powodu uleczalnych chorób niż leczenie ich.

Na zarzuty, że nie zawsze racjonalność rynkowa odpowiada naszym wyobrażeniom sprawiedliwej i efektywnej gospodarki, libertarianie odpowiadają zazwyczaj w sposób, który przypomina stary dowcip o tanich winach: „Dlaczego tanie wina są dobre? Bo są dobre i tanie”. Odrzucają oni sens istnienia innych kryteriów oceny efektywności gospodarki, niż jej zdolność do zaspokojenia popytu; innymi słowy: wolny rynek jest dobry, bo jest wolny i jest rynkiem. Zapomina się jednak przy tym, że decyzja, by kierować się przy ustalaniu porządku gospodarczego racjonalnością ekonomiczną, jest wyborem politycznym, a nie czymś, co jest nam z góry narzucone.

Jak jednak wygląda ta utopijna rzeczywistość, o której piszą libertarianie? Jest to świat przypominający wioskę smerfów, w której każdy pracuje skrzętnie na swoje utrzymanie i brak jest poważnych konfliktów. Ta nieco złośliwa metafora ma wskazywać na to, że jedynym celem podmiotu w modelu gospodarki wolnorynkowej jest maksymalizacja użyteczności (czyli realizacja własnych preferencji), przy czym, co niezwykle istotne, preferencje te nie mogą mieć struktury relatywnej. To znaczy, w modelu mieści się to, że chcę mieć samochód, ale nie bardzo jest on w stanie ująć fakt, że chcę mieć samochód nie gorszy od sąsiada. Po drugie, jedyne relacje, w jakie mogę wchodzić z innymi podmiotami, to relacje wymiany oraz, pośrednio, relacja konkurowania o rzadkie dobra. Wykluczone są wszelkie relacje oparte na przymusie. W świecie tym panuje harmonia praestabilita – indywidualne dążenia od zaspokojenia własnych potrzeb prowadzą do zaspokojenia potrzeb cudzych. Wbrew pozorom, to właśnie ostatnie założenie jest najmniej nierealistyczne. Jeśli przyjmiemy wyjściowy zestaw założeń, to rzeczona harmonia pojawia się niejako sama. Rzecz w tym, że ten zestaw jest sam w sobie kontrowersyjny.

Więcej polityki!

Empiria pokazuje nam bowiem, że w dzisiejszym świecie zwijaniu się państwa opiekuńczego nie towarzyszy eksplozja wolnego rynku, ani tym bardziej rzekomo nieuchronnie towarzyszącej mu spontanicznej dobroczynności, która ma wypełniać nieliczne luki po działaniu wolnego rynku. Tym, co obserwujemy jest raczej prywatyzacja przemocy – zjawisko widoczne od Mogadiszu po Moskwę. Dążenie do zapewnienia sobie uprzywilejowanej pozycji wbrew „prawom rynku” nie jest bowiem możliwe jedynie za pomocą aparatu państwowego. Do wypaczenia wymiany wystarczy przymus mający dowolne źródła. Dlatego też wolnorynkowcy bardzo intensywnie promują ideę państwa minimum, które miałoby się zajmować ochroną przed przemocą i oszustwem. Cel ten jednak jest skrajnie nierealny: jeśli zrezygnujemy z określania celu państwa jakim jest dążenie, nawet wbrew logice rynkowej, do dobra wspólnego, to pojawia się pokusa, by aparat państwowy wykorzystać do zapewnienia profitów wybranym jednostkom.

Wizja libertarian poraża sentymentalizmem. Jest to wyidealizowany obrazek świata drobnych przedsiębiorców, kierujących się niezłomną etyką, w którym mechanizmy rynkowe, jak to ujął Marek Przychodzeń, mają „za dobre wynagradzać, za złe karać” (tekst w Pressjach s. 232), zaś zredukowane do minimum państwo czuwa, by nikt nie używał przemocy do zmuszania innych do niechcianej wymiany.

Nietrudno zrozumieć, dlaczego taka idylliczna wizja trafia do serc ludzkich w okresie kryzysu, który prowadzi do zachwiania ekonomicznymi podstawami egzystencji wielu ludzi. Wizja świata, być może nieco surowego i bezdusznego, lecz rządzącego się prostymi i pozornie etycznymi zasadami, musi budzić ukojenie w sytuacji, w której procesy gospodarcze stały się tak złożone, że ich przyczyny wymykają się możliwością intelektualnym przeciętnego obserwatora (w tym i autora niniejszego tekstu).

Pocieszenie, jakie daje libertarianizm, jest jednak zwodnicze. Marzenie o świecie prostych reguł, których nie zaburza złowrogie państwo, w praktyce prowadzi do rezygnacji z resztek wpływu, jaki mamy na rzeczywistość. To bowiem proces polityczny, a zwłaszcza jego demokratyczna wersja, dostarcza nam jedynego narzędzia zmiany świata, zaś rozszerzanie obszarów, na których panuje rynek prowadzi do uwiądu polityki.

Krzysztof Posłajko

Tekst ukazał się w PRESSJACH Teka 22-23 (2010), w których znajdują się teksty Anny Markwart i Marka Przychodzenia, z którymi polemizuję. Przedruk dzięki uprzejmości redakcji.

drukuj

KOMENTARZE

  1. Artykulik zgrabny, nie powiem, ale nie do końca trafiony.
    Po pierwsze: Pan Posłajko wydaje się uważać, że jedyną uzasadnioną metodą naukową jest metoda indukcyjna. Szkoła austriacka do której Rothbard się zalicza, całkowicie świadomie korzysta z drogi dedukcyjnej. To droga w nauce uprawomocniona i trudna do podważenia. Więc teza o nienaukowości tej pracy jest nieuzasadniona.
    Po drugie: główna teza – liberalizm jest oparty na utopii. To prawda. Tezy poboczne – konserwatyzm i socjalizm na utopii się nie opierają. Chyba jednak zdanie fałszywe. Generalnie ideologie polityczne opierają się na utopiach, nawet jeśli nie dostatecznie wyraźnie wyartykułowanych. Socjalizm i konserwatyzm też. Socjalistom trochę wstyd chyba odwoływać się do utopii która stoi u źródeł ich ideologii, ale nie znaczy że ona nie istnieje i nie popycha ich do działania.
    Generalnie jednak utopia liberalizmu przejawia się w dogmatycznym przywiązaniu do pewnych podstawowych wartości, jak życie ludzkie, wolność,własność. I braku zgody na negocjowanie tychże wartości. Socjaliści te akurat wartości traktują sobie dość lekko. Wolność jest cool, ale tylko do momentu w którym nie przeszkadza w realizacji innych wytyczonych celów. Własność zbyt fajna nie jest, ale chyba póki co trzeba ją tolerować – ale też tylko wtedy gdy nam nie przeszkadza. Czasem kradzież jest nie fajan, a czasem trzeba kraść na potęgę. Libertarianie (do których chyba się zaliczam) mówią tu „no passaran!” Całe szczęście.
    Bardzo łądne zdanie podsumowujące:
    „To bowiem proces polityczny, a zwłaszcza jego demokratyczna wersja, dostarcza nam jedynego narzędzia zmiany świata, zaś rozszerzanie obszarów, na których panuje rynek prowadzi do uwiądu polityki.” Oddaje główną linię sporu. Wy (nie tylko socjaliści, ale wszyscy którzy kochają interwencję państwa)kochacie odgórny wpływ na rzeczywistość i zmienianie świata (oczywiście tylko wtedy gdy świat zmienia się wedle waszych reguł). My (libertarianie) chcemy właśnie „uwiądu polityki” – po to abyście na nasze życia nie mogli wpływać.

  2. BP, napisałeś:
    „Generalnie jednak utopia liberalizmu przejawia się w dogmatycznym przywiązaniu do pewnych podstawowych wartości, jak życie ludzkie, wolność,własność. I braku zgody na negocjowanie tychże wartości. Socjaliści te akurat wartości traktują sobie dość lekko.”

    Tak, ale libertarianizm raczej nie występuje „w stanie czystym” i zazwyczaj jest połączony z jakimś komponentem konserwatywnym (zamiast państwa: rodzina, kościół itp.), które też jakoś wolność i własność ograniczają, więc sprawa nie jest tak prosta jak opisujesz.

    Dlatego autor ma rację, że dziś bardziej niż ideologie powszechne są postaw czy formy wrażliwości niż zwarte systemy ideologiczne. Konserwatywny liberalizm ostał się w polskich realiach jako spójna ideologia (nazywana przez jej wyznawców zdrowym rozsądkiem) dzięki kilku barwnym felietonistom, a że funkcjonowanie takiej utopii jest wygodne dla zwolenników przymykania oka na patologie współczesnego kapitalizmu to już inna sprawa.

  3. @BP:
    1. w sprawie naukowości. „Szkoła austriacka do której Rothbard się zalicza, całkowicie świadomie korzysta z drogi dedukcyjnej. To droga w nauce uprawomocniona i trudna do podważenia.” Sądzę, iż moja wiedza nt. logiki wystarcza do stwierdzenia, iż wyciąganie wniosków dot. zjawisk empirycznych na podstawie li tylko dedukcji jest czymś nieuprawnionym. Einstein stwierdził kiedyś, że w tej mierze w jakiej geometria jest pewna, nie dotyczy ona świata zewnętrznego.

    2. W sprawie etyki. „Generalnie jednak utopia liberalizmu przejawia się w dogmatycznym przywiązaniu do pewnych podstawowych wartości, jak życie ludzkie, wolność,własność.” Myślę, że nie ma żadnych podstaw by traktować akurat własność jako wartość absolutną (tzn. taką, której w żadnych okolicznościach nie da się ograniczyć). Np. życia ludzkiego de facto niemal żaden system etyczny nie absolutyzuje, choćby przez dopuszczenie wojny sprawiedliwej.
    Ale myślę, że ta wypowiedź zdradza, że libertarianizm jest po prostu pewną sektą opartą na irracjonalnym kulcie św. Własności.

  4. „autor ma rację, że dziś bardziej niż ideologie powszechne są postaw czy formy wrażliwości niż zwarte systemy ideologiczne.” – owszem, ma rację – ale czy to dobrze, że tak jest. Tu miałbym bardzo duże wątpliwości. Bo mi się wydaje, że jednak trzeba wiedzieć w jakim kierunku się zmierza. Jeśli decyzje polityczne mają się opierać na wrażliwości, to bardzo łatwo będzie nimi manipulować. Innymi słowy ja akurat wole jak człowiek jest np. zadeklarowanym socjalistą (mimo że z jego poglądami dalece mi nie po drodze) niż żeby sam nie wiedział czego chce. Pokażemy mu cierpiące zwierzęta – będzie przez chwilę obrońcą zwierząt, ciężki los robotnika – stanie się na pół godziny socjalistą, skonfrontujemy go z obciążeniami fiskalnymi i pokażemy w telewizji jakieś urzędnicze nadużycia – będzie przez kwadrans liberałem.
    Co do spraw metodologicznych – wyciąganie wniosków na podstawie indukcji w wypadku tak skomplikowanej materii jaką jest życie społeczne jest tak na prawdę niemożliwe. Aby wyciągnąć wnioski dotyczące zależności między zjawiskami konieczna jest dedukcja.
    A co do wartości i etyki. Ja nie znam przyczyn dla których mielibyśmy przyjąć jakąkolwiek wartość innych niż jakieś wewętrzne przekonanie do nich. Chcecie – przyjmujcie jako wartość kradzież,ale (1) nazywajmy tę rzecz po imieniu, (2)jak przyjdziecie mnie okraść to już nie będę dyskutował – przed złodziejem trzeba się bronić, a nie przekonywać go żeby zaniechał swoich niecnych postępków.
    Nie wiem czy absolutyzujemy własność, ale na pewno traktujemy ją bardzo wysoko. Człowiek nie może być wolny, jeśli nie ma prawa do swojej własności.

  5. @BP:
    „Aby wyciągnąć wnioski dotyczące zależności między zjawiskami konieczna jest dedukcja.” – którą następnie TRZEBA konfrontować z empirią. Na tym polega model hipotetyczno dedukcyjny. Odmowa uznania empirii za element potwierdzający/falsyfikujący sprawia, że teoria jest nienaukowa.

    „Ja nie znam przyczyn dla których mielibyśmy przyjąć jakąkolwiek wartość innych niż jakieś wewętrzne przekonanie do nich.” – wówczas nie bardzo można przekonywać innych. Ja mogę mieć np. wewnętrzne przekonanie, że minimalizowanie cierpienia jest najważniejsze i w związku z tym uznawać, że wymuszona danina na służbę zdrowia jest godna i sprawiedliwa. Przy czysto emotywnym poglądzie na etykę nie ma tu możliwości na polemikę.

    „Chcecie – przyjmujcie jako wartość kradzież,ale (1) nazywajmy tę rzecz po imieniu, (2)jak przyjdziecie mnie okraść to już nie będę dyskutował – przed złodziejem trzeba się bronić, a nie przekonywać go żeby zaniechał swoich niecnych postępków.” Na tym poziomie manipulacji emocjonalnej możemy powiedzieć, że każdy kto popiera interwencje w Iraku popiera mord, każdy kto popiera mord jest mordercą a do morderców można tylko strzelać. I co?

  6. Fakt – mało jest miejsca na polemikę na poziomie podstawowych wartości – o to mi właśnie chodziło. Natomiast (1) próbuję uświadomić tym którym z jakichś przyczyn będzie się chciało wczytać w tę dyskusję, że wartości socjalizmu oparte są na przemocy i kulcie siły. Chcecie więcej polityki czyli więcej władzy i więcej przemocy. W mojej „libertariańskiej utopii” nikt nikomu nie zabroni założenia jakiejś socjalistycznej komuny i realizowania tam swoich wartości. W waszej wizji świata muszę płacić na publiczną służbę zdrowia „z pistoletem przy głowie”. A (2) można się zastanawiać czy możliwe jest np. realizowanie postulatu minimalizowania cierpienia za pomocą narzędzi które proponujecie. Z moich obserwacji wynika, że wszystkie te wasze programy pomocowe, antydyskryminacyjne, itp. itd. są (a) przeciwskuteczne, (b) nieskuteczne, lub (c) odnoszą zamierzony skutek kosztem spustoszenia w innych dziedzinach.
    A co do morderców i Iraku: Z tego co wiem Irakijczycy strzelają do Amerykanów. Chyba dość normalna reakcja. A nie pisałem, że będę strzelał do popierających redystrybucję – dopóki nie zaczną strzelać do mnie oczywiście…

  7. Dziwne… kobieta włącza się do dyskusji i nagle kończą się argumenty, a zaczyna się rozmowa oparta jedynie na uczuciach i emocjach… :-) Proszę mi pokazać jakiegokolwiek zwolennika libertarianizmu Agato, który byłby za systemem społeczno-ekonomicznym panującym w Juarez.

    Co do samego artykułu. To na samym początku widzę małą hipokryzję. Autor pisze, że „współczesna lewica, po doświadczeniach bolszewizmu, rzadko odwołuje się do wizji szczęśliwości, która miałaby zapanować po wprowadzeniu ustroju bezklasowego”. Jednocześnie autor przytacza na początku cytat z Lenina… czyli jednak tęsknota nie wygasa :)

    Szczerze mówiąc cały tekst czyta się dosyć nieprzyjemnie. Podejście libertarian jest albo karykaturyzowane albo wyśmiewane. Tak na prawdę tezy, jakie stawiał Rothbard są pokazane labidarnie lub od razu w krzywym zwierciadle – takiego przeciwnika łatwiej przecież „kopać” przy pomocy klawiatury, czyż nie? :)

  8. @DiesIrae

    nawiązanie do Lenina, to miała być taka prowokacja/hipsterski żart. Tak naprawdę Lenin to był bandyta i tyle. Co nie zmienia faktu, że kryzysy w XIX wieku były powszechne.

    A jeśli idzie o karykaturalność. Proszę mi wskazać jeden tekst „libertariański”, gdzie systematycznie, rzeczowo i bez argumentum ad stalinum rekonstruuje się założenia socjaldemokracji.

  9. DiesieIrae, z reguly kiedy w rozmowie padaja argumenty ad hominem, po prostu ja koncze. Tym razem jednak poprosze o rzeczowa neoliberalna analize miasta Juarez – bo nie bardzo rozumiem, dlaczego ten przyklad mialby przynalezec wylacznie do sfery emocji.
    W przeciwnym razie bede zmuszona pomyslec, ze libertarianie po prostu omijaja niewygodne tematy.
    Ewentualnie, jestem sklonna poprzestac na prosbie o rzeczowa merytoryczna analize emocjonalno – uczciowej zawartosci moich postow (mozna wykorzystac skale Eysencka) bez odwolywania sie do argumentow ad Weibningerow.

  10. Bardzo dobry artykuł – gratulacje dla autora :)
    @BP
    „wartości socjalizmu oparte są na przemocy i kulcie siły”
    Nie wartości, co najwyżej konkretne formy ich realizacji, ale żadna to wada, bo libertarianie ze swoim kultem własności robią dokładnie to samo.
    Tyle, że w socjalizmie beneficjentów przemocy jest statystycznie więcej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *