AUTOR

Kinga Stańczuk

Absolwentka romanistyki i historii idei na London University. Tłumaczy z angielskiego, francuskiego i hiszpańskiego. Naukowo zajmuje się teoriami państwa, francuską myślą nowożytną i filozofią prawa. https://twitter.com/KingaStanczuk

Stało się wczoraj coś – w naszym przekonaniu – oburzającego, coś, co godzi w nasze rozumienie debaty publicznej prowadzonej na sprawiedliwych zasadach.

Zacznijmy od końca. Czwartek, 18:00, relacja z całego dnia niespokojnych demonstracji, które właśnie przetoczyły się przez Warszawę. Szybki montaż, ujęcia raczej z oddali, głos prezentera zapowiadającego następujące po przerwie materiały, nagle – ujęcie dłuższe – artysta Paweł Althamer w stroju więźnia obozu zagłady spogląda w oczy policjanta stojącego w kordonie. Wymowne.

Dzień wcześniej, pocztą pantoflową, wielu Warszawiaków dostaje maila i zostaje w ten sposób nieformalnie zaproszonych. „Przebrani w oświęcimskie pasiaki stańmy w milczeniu naprzeciw tych, którzy zapominają, do czego doprowadziły idee, które tak ochoczo skandują i powtarzają. Bądźmy przez chwilę wielką armią duchów [podkreślenie nasze – KS, JP]. W sposób jasny i konkretny pokażmy, że my – pamiętamy. Bądźmy tego dnia razem.”

Na miejsce zbiórki (kawiarnia „Nowy Wspaniały Świat”) we wskazanym czasie stawia się ok. 25 osób. W pasiakach, okryci szarymi kocami konsumują kawę, palą papierosy, poprawiają włosy przed lustrem. Pytani o powód swojego przebrania, powtarzają: „chcemy skuteczniej walczyć z nazizmem”; cel ich działania, podobnie jak w przypadku niedawnego „Płonie stodoła” Rafała Betlejewskiego, jest niesprecyzowany: „Opieram się na intuicji, zobaczymy co z tego wyjdzie” – mówi Althamer. W pewnym momencie jeden z nieprzebranych gości kawiarni „Krytyki Politycznej” prosi go o ustosunkowanie się do oburzenia Marka Edelmana na „opaskowy” eksperyment Gołdy Tencer. Althamer stwierdza, że operuje czystą formą i wymyka się przez to zarzutom o „szarganie pamięci”. Parę osób nawiązuje rozmowy z uczestnikami happeningu, usiłując przekonać ich do zdjęcia kostiumów i przyłączenia się do kontrdemonstracji w swoich codziennych strojach (które, skądinąd, cały czas znajdują się pod pasiakami, jest bowiem zimno). Wszystko to odbywa się w asyście kamer. Jeden z przebierańców zebranych wokół artysty ze stoickim spokojem oświadcza, że jest tu, by oddać się artyście, stać się, wraz z innymi „rzeźbą społeczną” (choć zapewne nie chodziło o rozumienie tego terminu przez Beuysa)czyli bycie żywym, nieociosanym materiałem, jakiego potrzebuje artysta, aby się wyrazić. Sam Althamer postanawia nie uczestniczyć w dalszej dyskusji, gdy jeden z jego oponentów mówi, że pomysłodawcami pasiaków i współwystępującej z nimi przemocy symbolicznej byli przecież naziści, i że przebierając się w nie, przemoc tę kontynuujemy. W międzyczasie pada informacja, że grupa ludzi przystrojonych w pasiaki (ważne były bowiem dodatkowe akcesoria: ładne okulary, buty sportowe, zegarek, żółta gwiazda wpięta w klapę) oczekuje na sygnał od dowództwa demonstracji antyfaszystowskiej. Po chwili wszyscy postronni obserwatorzy zostają wyproszeni z sali na drugim piętrze kawiarni, następuje narada wewnętrzna.

Godzinę później, idąca rzędem grupa przebierańców, prowadzona przez kordon policji, wkracza w głąb demonstracji na Placu Zamkowym, a po chwili staje na jej czele, przy akompaniamencie pistoletowych wystrzałów z piosenki „Paper planes” M.I.A . Jeden z liderów manifestacji przez megafon zachęca do oklaskiwania „ludzi w pasiakach”, rozbrzmiewają gromkie brawa.

Zło zjawiska

Rekonstrukcje historycznych wydarzeń stały się ostatnio zmorą polskiego życia publicznego. Tam, gdzie inicjatywa leży po stronie katolicko-narodowej prawicy (inscenizacje powstańcze, MPW, portale historyczne, itp.) nasza obyczajowa lewica krzyczy z przerażenia. Mówi się wówczas: zamknięci w polityce historycznej, nie mamy jak patrzeć w przyszłość. Przeszłość wspominamy, uruchamiając sentyment i pamięć emocjonalną, a nie rzeczową analizę, która pomogła by nam skupić się na aktualnie istniejących skutkach minionych wydarzeń; rozpamiętując dawne bohaterstwo pamiętamy wyłącznie o modelu „bogoojczyźnianym”.

Tymczasem, kiedy to obyczajowa lewica organizuje historyczną inscenizację, czyni to jakoby w imię walki ze złymi duchami przeszłości, jako strażniczka pamięci o złu, które w każdej chwili może powrócić. „Neofaszyzm polskiej ulicy” zwalczany jest przebraniem w obozowy pasiak – i to ma być w porządku. Otóż nie jest. Przebranie w pasiaki, mające służyć walce z przemocą symboliczną, samo jest tejże przemocy symbolicznej wyrazem.

Zło doboru daty

Kiedy ten „kontratak” antyfaszystów miał miejsce? 11 listopada, w dzień Święta Niepodległości Polski i końca pierwszej wojny światowej. Wspólnocie narodowej, która dla lewicy jest może nie najważniejszą, ale jedną z oczywistych wspólnot istniejących we współczesnym świecie, służy on zatem jako dzień świąteczny, dzień odzyskania tożsamości i suwerenności jako państwo. Pasiak z obozu koncentracyjnego przynależy do innego czasu i innej sytuacji w historii Polski oraz świata. Abstrahując nawet od formy i przekazu performance’u Althamera jako takiego, sam wybór daty był najgorszy z możliwych. Czy gdyby marsz nacjonalistów odbył się jakimś cudem w Boże Narodzenie, ludzie ci także przebraliby się w pasiaki w ramach „protestu”? Jakim prawem ta sama lewica kulturowa, która obawia się powrotu duchów przeszłości i odżegnuje się od historycznych inscenizacji, skazuje uczestników sfery publicznej na spektakl, w którym nie tylko sama b u d z i duchy, ale wręcz postanawia się w te duchy przeistoczyć? Dlaczego nie respektuje podstawowych zasad, które żądzą życiem społecznym?

Zło politycznej antagonizacji

Widać już pierwsze reakcje na ten show. Wśród nich, łatwe do przewidzenia, oburzenie prawicy. Akcja Pawła Althamera, antagonizując po raz kolejny opinię publiczną, nie pomaga niczemu – ani prawicy, ani lewicy, ani pamięci o Zagładzie. Nawet jeśli w rozumieniu autorów umożliwiła uczestnikom chwilowy upust pary i wyrażenie sprzeciwu wobec „faszyzmu”, stało się to tylko w ich własnym imieniu: inni, być może nieporównanie liczniejsi, będą się czuli upokorzeni tym poczują się tym „lewicowym” gestem sprzeciwu upokorzeni. Lewicowość, pacyfizm, walka o zacieśnianie więzi społecznej nie może się kierować tego typu przesłaniem, ani używać takich narzędzi. Lewica, aby budować politykę opartą na więzi społecznej, potrzebuje dialogu. Dialog nie jest możliwy, kiedy uderza się rozmówcę poniżej pasa, wykrzykując jednocześnie, że ma go to czegoś nauczyć. Do dialogu potrzeba przynajmniej częściowej zgody na język drugiej strony, uzgodnienia podstawowych pojęć. Takie akty jak wczorajszy utwierdzają „lud”w niechęci i obrzydzeniu do lewicy kulturowej. I, niestety, nikt, kto działa w przestrzeni publicznej NIE MOŻE WZNIEŚĆ SIĘ PONAD TĘ LOGIKĘ. Każdy, kto chce kreować dyskurs, musi liczyć się z reakcjami na swoje działania. Nie można powiedzieć, że robimy coś tylko dla siebie, dla własnego komfortu bycia „lewicą”; takie myślenie to źle pojęty, ekscentryczny elitaryzm, a nie lewica. Happening Althamera jest więc w sferze meta tylko tym, czym był fizycznie: zbiegowiskiem rozentuzjazmowanych ludzi z bardzo nieudanym, nieszczęśliwym konceptem w tle, który po raz kolejny przyczynił się do antagonizacji nastrojów i sentymentów, a nie przyniósł zrozumienia Drugiego.

Warto spojrzeć raz jeszcze na finał wczorajszej demonstracji. Jak to zwykle na lewicowych demonstracjach bywa, zakończyła się tańcami. Bohaterowie dnia opuścili miejsce zabawy. Tego roku podczas Marszu Niepodległości tylko jedna strona przywdziała stroje z nazistowskiego projektu.

Kinga Stańczuk (Michalina Przybyszewska)
Jacek Plewicki – Interesuje się wszelkimi odmianami transgresji i wykluczenia/przemilczenia. Postmodernizm, myśl średniowieczna, muzyka współczesna, rubieże filozofii, sztuka i jej odbiorca. Kiedyś rozmawiał ze Stefanem Niesiołowskim.

Zdjęcie: Rachel Titiriga

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *