AUTOR

Marta Stefaniak

Marta Stefaniak, urodziła się i wychowała na Podkarpaciu, studiowała w Warszawie i tam też mieszka od czasu studiów. Z wykształcenia jest matematyczką, pracuje zawodowo jako projektantka systemów informatycznych, a literaturą zajmuje się z zamiłowania.

Kiedy obserwuję przyjaciół mojego starszego syna, wydają mi się tak różni, że nie umiem zgadnąć, dlaczego akurat ich mój syn lubi najbardziej spośród wszystkich dzieci poznanych w szkole, na podwórku albo u naszych znajomych. Czasami wtedy przychodzi mi do głowy takie pytanie: czy gdyby mój synek i dziewczynka w jego wieku, którą kiedyś byłam, mogli się spotkać, to polubiliby się? Zaprzyjaźnili? Czy w ogóle mieliby o czym rozmawiać? Bardzo dużo by ich przecież dzieliło.

Tamta dziewczynka mieszkała na wsi, w domu z wielkim ogrodem, nie znała żadnych gier komputerowych (w tamtych czasach mało kto mógł się pochwalić własnym komputerem – a tabletów ani smartfonów w ogóle nie było) i miała dużo rodzeństwa. Mój synek mieszka w bloku w dużym mieście, pasjami grywa w różne gry na laptopach lub telefonach i ma tylko jednego braciszka.

Ale może to dobrze, że tyle rzeczy by ich różniło? Dzieci uwielbiają bawić się w wymianę. Mój syn i jego koledzy wymieniają się figurkami Lego albo kartami ze zdjęciami piłkarzy. Ja, kiedy byłam mała, wymieniałam się z innymi dziećmi obrazkami, w które owijano niektóre gumy do żucia, pocztówkami i znaczkami pocztowymi. Może mój syn i ta dziewczynka, którą kiedyś byłam, także mogliby się czymś powymieniać?

Najłatwiejsza wydaje się wymiana książkami. Na regale mojego syna stoi wiele powieści, które w czasach mojego dzieciństwa nie zostały jeszcze napisane, natomiast dziewczynka, którą byłam, miała sporo książek, jakich teraz nie można już kupić w żadnej księgarni. Myślę, że ta dziewczynka bardzo by się ucieszyła z jednej z powieści z cyklu o Harrym Potterze, a mojemu synowi na pewno bardzo spodobałaby się wspaniała książka Měrćina Nowaka-Njechorńskiego pod tytułem „Mistrz Krabat – dobry łużycki czarodziej”.

O wiele ciekawiej byłoby jednak, gdyby mogli się powymieniać nie tylko przedmiotami, ale czymś dużo ważniejszym: swoimi przeżyciami. Jakimi na przykład? Mój syn uwielbia chodzić na wielki kompleks basenowy, parę ulic od naszego bloku. Są tam wodospady, podwodne gejzery i tak cudownie szybkie zjeżdżalnie, że jeśli dobrze się odbić na wejściu, to na niektórych odcinkach nie zjeżdża się już, ale leci w powietrzu. Ta dziewczynka, którą kiedyś byłam, nie posiadałaby się z zachwytu, gdyby miała sposobność zabawy na takim basenie. A co mogłaby dać w zamian mojemu synkowi? Może spacer po zamarzniętej rzeczce, po której zimą wracała ze szkoły razem z gromadą innych dzieciaków? Już sama możliwość swobodnego przechodzenia z jednego brzegu na drugi – nie po mostku, nie po kładce, tylko wprost po lodzie – sprawiała niezłą frajdę. Ale największej przyjemności dostarczały długie pasma ślizgawek błyszczące pośród śnieżnej pokrywy, po których – jeśli miało się odpowiednio śliskie buty i umiało zachować równowagę – można było jechać i jechać z wielkim pędem.

Jakimi jeszcze doświadczeniami mogliby wymienić się mój synek i ta dziewczynka, którą byłam? W wielkim mieście, w którym mieszka mój syn, wyższe szkoły organizują dla dzieci pasjonujące zajęcia. Mój syn dowiedział się dzięki nim między innymi tego, jakich języków używa się w Afryce i że czasami bliżej Słońca znajduje się Neptun, a czasami Pluton. Tamta dziewczynka także chętnie posłuchałyby paru takich wykładów i nauczyłaby się tak ciekawych rzeczy. W zamian mogłaby na przykład pokazać mojemu synkowi mrowisko w kącie jej ogrodu. Nie pokrywało go igliwie, tak jak leśnych mrowisk, więc łatwo można było śledzić, jak prowadzącymi przez nie korytarzykami mrówki niosą białe jajeczka albo kawałki listków. Mogłaby też powiedzieć mojemu synkowi, z których roślin da się wyssać słodki płyn gromadzący się u nasady kwiatków, których znów liście mają orzeźwiający, kwaskowaty posmak, a których owocki w kształcie serduszek przyjemnie chrupią między zębami. A jej babcia mogłaby pokazać mu, jak wyglądają świeżo wyklute kurczaczki, nauczyć go, czym je karmić i jak dbać, żeby było im ciepło.

Ta dziewczynka, którą kiedyś byłam, na pewno zaoferowałaby na wymianę nowemu przyjacielowi także najbardziej ekscytującą ze wszystkich zabaw: buszowanie w tajemnicy przed dorosłymi po budowanych w sąsiedztwie domach. Podczas takich potajemnych wypraw zamiast po schodach wdrapywało się na piętro po drewnianych rusztowaniach, a z jednego pomieszczenia do drugiego przechodziło się po deskach zawieszonych ponad betonową podłogą daleko na dole. Ale ta dorosła kobieta, którą teraz jestem, nigdy nie pozwoliłaby swojemu dziecku na tak niebezpieczną zabawę. I gdybym mogła, wytłumaczyłabym także tamtej dziewczynce, jak głupie jest to, co robi.

Za to zgodziłabym się łatwo, żeby starszy brat tej dziewczynki udzielił mojemu synkowi lekcji wspinania się po drzewach (sama dziewczynka nabyła tę umiejętność właśnie od swojego brata, jednak nigdy mu w niej nie dorównała). Zupełnie innych technik trzeba było użyć, żeby wspiąć się na wiśnie (najłatwiejsze ze wszystkich drzew), innych, żeby wdrapać się na trudniejsze jabłonie, a jeszcze innych, żeby dostać się na konary starych, ogromnych lip osłaniających ogród od ulicy. Mój syn w zamian za tę naukę mógłby pozwolić tamtej dziewczynce, żeby poszła zamiast niego na parę zajęć karate (może po takich zajęciach dziewczynka czułaby się trochę raźniej, mijając łobuzów, którzy lubili dokuczać innym dzieciom) albo zaprowadzić ją do jednej z ogromnych sal zabaw w swoim mieście, gdzie ta dziewczynka miałaby takie same atrakcje, jak podczas wspinaczki po rusztowaniach niewykończonych domów, ale byłaby przy tym o wiele bezpieczniejsza.

Mój synek na pewno uwielbiałby zabawę ze zwierzętami, które mieszkały w gospodarstwie rodziców dziewczynki: z psami, z kotami, albo z wróblami i kawkami o zwichniętych skrzydłach (wszystkie dzieci w domu dziewczynki miały nadzieję, że te ptaki, troskliwie pielęgnowane, przywiążą się do swoich opiekunów i pozostaną już z nimi – ale one zawsze odlatywały natychmiast po wyzdrowieniu). A co mój syn mógłby zaproponować w zamian za taką zabawę? Może seans filmowy w jednym z wielkich i pięknych kin w jego mieście? Może przedstawienie w równie pięknym teatrze? Może koncert przeznaczony specjalnie dla dzieci? A może mógłby zaproponować tej dziewczynce, którą byłam, że zastąpi ją przy zbieraniu truskawek, zrywaniu fasolki albo przy innych pracach, przy których rodzice wymagali od niej pomocy? To były męczące zajęcia i czasami ta dziewczynka miała ich z całego serca dosyć. Ale ludzie pracujący przy nich zawsze śmiali się i żartowali. A dzieci pomagające dorosłym umiały nawet z tej ciężkiej pracy zrobić zabawę. No i podczas tych robót dorośli opowiadali sobie pasjonujące nieraz historie, które dzieci mogły wtedy do woli podsłuchiwać.

Zatem wielka szkoda, że mój synek i ta dziewczynka, którą kiedyś byłam, nie spotkają się nigdy, nie zaprzyjaźnią i nie powymieniają się swoimi przeżyciami. Z pewnością oboje bardzo by na tym skorzystali.

Ilustracja: Monika Tyczyńska

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *