AUTOR

Tomasz Nalewajk

Psycholog, zajmuje się kołczingiem, działa w kolektywie trenerskim Multiprops. Historyjkę o Bałwanku napisał dla swojego syna Tymona; ma ona być częścią cyklu opowiastek o przygodach Samolocika. Pisze też powieść „Przebieg”, o dojrzewaniu chłopaka, który urodził się na początku lat osiemdziesiątych.

Samolocik leciał ponad ośnieżonymi szczytami. Zimny wiatr owiewał jego czerwone skrzydła. Szczyty były wysokie i było ich bardzo, bardzo dużo. Gdziekolwiek spojrzeć, były. Morze szczytów, morze gór. Nieskończone Góry.

Na jednym z wierzchołków Samolocik dostrzegł czerwoną plamkę. Plamka bardzo szybko przesuwała się w dół zbocza. Samolocik pomyślał: „Ciekawe, co to?” i zapikował w tamtym kierunku. Czerwona kropka robiła się coraz większa i większa. Samolocik zobaczył, że to szalik powiewa na białej postaci, która pędzi w dół. Biała postać również go dostrzegła, zatrzymała się i pomachała mu białą, okrągłą ręką. Samolocik zwolnił i gładko wylądował obok nieznajomego.

– Cześć, nazywam się Samolocik! A ty kim jesteś?
– Ja jestem Bałwanek. Cześć!
– Co tutaj robisz, sam, w śniegu, na szczycie góry?
– Mógłbym ci zadać to samo pytanie.
– Jakie pytanie?
– No właśnie: co tutaj robisz, sam, w śniegu, na szczycie góry? Ha, ha, ha!
– Ha, ha, ha! Ja sobie tutaj latam, bo jestem Samolocikiem i to właśnie najbardziej lubię robić.
– Aha. A ja sobie tutaj zjeżdżam w dół i najbardziej lubię robić właśnie to.
– Mieszkasz tutaj?
– Tam wyżej, na szczycie góry. O, wysoko, tam.
Na samym szczycie góry Bałwanek ma swoje łóżeczko. Śpi pod Nawisem, gdzie gromadzi się mięciutki jak puch śnieg. Codziennie rano wstaje, zjada na śniadanie dwie kulki śniegu, robi pięć skłonów, dziesięć przysiadów i przez parę minut obserwuje góry i chmury. Potem zakłada narty, dokładnie je zapina, staje na szczycie i ziuuuuu w dół.

Bałwanek bardzo lubi szusować, i skręcać, i patrzeć, jak śnieg rozsypuje się wysoko na boki. Lubi szum wiatru w uszach i świst mknących nart. Kiedy słońce schodzi niżej, tak, że odbija się w jego nartach, Bałwanek zatrzymuje się i odpina narty. Zarzuca je sobie na ramię i zaczyna się wspinać z powrotem pod swój Nawis. Na sam szczyt. Dociera tam, gdy słońce już prawie zachodzi i od razu kładzie się spać, żeby następnego dnia wstać i znowu pojechać na nartach w dół, w dół, w dół.

– Fajnie! A skąd masz taki szalik?
– Szalik? To się tak nazywa?
Bałwanek zdjął szalik z szyi i wtedy Samolocik zobaczył, że to wcale nie szalik, tylko wielka płachta, której jedna połowa jest czerwona, a druga biała.
– Wisiało na patyku niedaleko stąd, ściągnąłem i zawiązałem.
– A te deski, na których zjeżdżasz, to narty, prawda? Skąd je masz?
– Nie wiem… Były, odkąd pamiętam. Mam jeszcze dwie takie, tylko w innym kolorze. Trzymam je pod Nawisem.

Bałwanek drapał się w głowę, próbując przypomnieć sobie, skąd ma narty, a Samolocik przekrzywiał swoją, zaciekawiony.

Gdyby tylko Bałwanek wiedział to, co Góra wie.
Gdyby tylko Góra mogła mówić.
Wtedy na pewno opowiedziałaby taką historię.

Była zima i śnieg przykrywał mnie całą. Wszystkie moje drzewa były pod nim schowane, wszystkie strumienie zamarznięte. Woda biła z moich źródeł i od razu zamieniała się w lód.
Zwierzęta spały. Spały głęboko.
Ja byłam. Tak, jak jestem od zawsze.
U moich stóp pojawiło się dwóch ludzi. Szli cierpliwie. Czułam ich małe ciała na sobie. Czułam je tylko trochę mocniej niż spadające z drzew gałęzie. Małe, wytrwałe istoty. Nocami chowali się w jaskrawych domkach, które nieśli na plecach. Słyszałam ich szepty.


Niewielu dociera aż tutaj. Oni byli już blisko mojego szczytu. Szli powoli. Wiatr wiał szczególnie mocno. Czułam to w koronach drzew i widziałam w tumanach śniegu wzlatującego w niebo.
Przystawali co chwilę, żeby zaczerpnąć tchu. Gdy słońce było dokładnie na środku nieba, oni zrobili ostatni krok. Byli na moim szczycie. Uścisnęli się mocno, śmiali i wystawiali ręce do nieba. Jeden z nich głęboko w śnieg wbił patyk i powiesił na nim płachtę, w połowie białą, a w połowie czerwoną.


Znowu uścisnęli się mocno. Usiedli na śniegu i dużo mówili, wskazywali palcami deski, które ze sobą przynieśli. W pewnym momencie zebrali śnieg w kulę i zaczęli toczyć ją, aż robiła się większa i większa. Utoczyli jeszcze dwie kule, każdą większą od poprzedniej, i ustawili je jedna na drugiej. Wyciągnęli ze swoich bagaży podłużny, pomarańczowy korzeń i wbili w środek najmniejszej kuli, tej na samej górze. Wtedy pierwszy raz zobaczyłam Bałwanka.


A potem zeszli w dół moim zboczem, tam, skąd przyszli. Deski zostały tutaj. I była noc, a później dzień, i więcej chmur, i w dole mnie przeleciał orzeł, a moje drzewa stały jak co dzień, w śniegowych czapach.
A potem była noc i nocą dalej padał śnieg.
Rano na horyzoncie ukazały się czarne chmury. Czarne jak smoła.
Widziałam takie po raz pierwszy. A wiele już widziałam.
Razem z chmurami pojawiły się błyskawice. Najpierw w oddali, potem coraz bliżej. Śnieg cały czas padał i Bałwanek od niego robił się coraz większy i większy. I znowu nadeszła noc, ale błyskawice sprawiały, że było jaśniej niż w środku dnia.
A potem nadszedł kolejny ranek i Bałwanek otworzył oczy.
Czarne chmury zniknęły.


– To musi być frajda, Bałwanku, tak sobie zjeżdżać na nartach!
– O tak, tak! Na początku było trudno, ale teraz już zjeżdżam szybko i się nie przewracam.
– A jak długo zjeżdżasz, Bałwanku?
– Aż słońce schodzi tak nisko, że odbija się w moich nartach. Wtedy ściągam narty i wracam na górę, żeby przed zmrokiem dotrzeć pod Nawis.
– Ojej, ja to bym wleciał na górę dużo szybciej! Mogę cię tam zabrać. Na sam szczyt! Jeśli tylko chcesz!
– A co z moimi nartami?
– Jak to, co? Zabierzemy je ze sobą!

Bałwanek pokiwał głową, wsadził narty pod pachę i zaczął gramolić się do kabiny na plecach Samolocika. Ciężko było wcisnąć okrągły brzuszek do środka, ale w końcu się udało.
Ziemia, nawet gdy szusował na nartach, nigdy nie płynęła tak szybko pod stopami Bałwanka. Drzewa zmieniły się w biało-zieloną smugę, śnieg zacinał w oczy.
Słońce nie przesunęło się nawet odrobinkę, a już byli na szczycie.

– Ojej, ale szybko dotarliśmy! Super być takim Samolocikiem jak ty!
– O tak! Super! Nie zjeżdżam na nartach tak jak ty, ale za to mogę latać!
– Samolociku, a gdybym tak zjechał jeszcze raz? Słońce stoi jeszcze wysoko… Zabrałbyś mnie z powrotem?
– Z przyjemnością!

Bałwanek sprawnym ruchem przypiął narty i już sunął w dół zbocza. Samolocik ruszył za nim. Bałwanek mknął i mknął, i wzbijał w powietrze chmury śniegu, aż słońce zaczęło chować się między górami. Wtedy zatrzymał się, a Samolocik miękko wylądował przy nim. Bałwanek wdrapał się do kabiny i znowu wylecieli wysoko ponad skały, wysoko ponad drzewa, wysoko na niebieskie niebo i gdy słońce robiło się czerwone, a kolory wszystkiego wokół ciemniały, wylądowali przy Nawisie.

– Ale było fajnie! Dziękuję ci, Samolociku!
– Cieszę się, że ci się podobało, Bałwanku!
– Robi się już ciemno. Czy będziesz leciał w nocy? Jeśli nie, możesz spać u mnie pod Nawisem!
– W nocy mało widać, nawet jak włączę światła. Chętnie tutaj przenocuję!
Bałwanek jak zawsze zasnął pod Nawisem, a Samolocik wybrał bezwietrzne miejsce za jedną ze skał.

Obudziło go poklepywanie po skrzydle.
– Samolociku, Samolociku, obudź się!
– Oj, oj, już, już. Co się stało, Bałwanku?
– Miałem taki piękny sen! Jechałem w nim na nartach, ty leciałeś nade mną, świeciło słońce i byłem taki szczęśliwy!
Bałwanek podskakiwał przy każdym słowie.
– Co za piękny sen! Czy chciałbyś dzisiaj też zjechać daleko w dół i żebym pomógł ci wrócić na szczyt góry, zanim słońce znowu pójdzie spać?
– Tak, chciałbym!
– Dobrze! Mam jeszcze dużo paliwa, więc na pewno ci pomogę!
– Och, jak się cieszę, Samolociku! Będę jechał, jechał, i jechał, aż do zachodu słońca!

Bałwanek błyskawicznie przypiął narty i z werwą zaczął szusować. Samolocik leciał nad nim i podziwiał, jak dobrze Bałwanek radzi sobie na nartach. Początkowo był tylko Bałwanek, jego czerwony szalik i śnieg, śnieg, śnieg. Potem spod śniegu zaczęły wystawać czarne skały, które Bałwanek sprytnie omijał. Po jakimś czasie na zboczu pojawiły się pojedyncze drzewa, ciemnozielone, z kłującymi igłami, przysypane śniegiem jak ciepłym kubrakiem. Bałwanek szusował między nimi. Drzew robiło się coraz więcej i więcej i już Bałwanek jechał przez gęsty las, a Samolocik tylko co jakiś czas widział czerwony materiał migoczący między drzewami. Gdy słońce już było wysoko na niebie, do choinek dołączyły inne drzewa, bez liści o tej porze. A śniegu było coraz mniej. Gdzieniegdzie spod białego puchu widać było zmarzniętą ziemię. A Bałwanek cały czas jechał. Było mu coraz cieplej. Samolocik przetarł oczy. Nie, wzrok go nie mylił! Bałwanek robił się coraz mniejszy! Zleciał więc niżej i dostrzegł, że po całym ciele Bałwanka spływają duże krople wody. Ale Bałwanek nie zwracał na to uwagi. Jechał tylko, wciąż w dół, w dół, w dół i w dół.


– Bałwanku! Bałwanku! Zatrzymaj się! Bałwanku!
Bałwanek nie słyszał.
– Bałwaaaaaankuuuuuu! Zaaaaatrzyyyymaj się!
Bałwanek zjeżdżał dalej.
Samolocik opuścił się tak nisko, że w każdej chwili mógł zahaczyć o jedno z drzew i runąć na ziemię.
– Bałwaaaanku! Musisz się zatrzymać! Teraz! Stój!
Samolocik krzyczał i machał skrzydłami, aż w końcu Bałwanek zauważył go i zaczął zwalniać. Wreszcie zatrzymał się, z uśmiechem od ucha do ucha.

– Bałwanku! Robisz się coraz mniejszy!
– Coraz mniejszy? Co masz na myśli?
– Wydaje mi się, że się topisz!
– Topię się?
– Im niżej zjeżdżasz, tym cieplej się robi i twoje bałwankowe ciało maleje!
– Ojej, masz rację! Tak się zapomniałem mknąc na dół, że w ogóle tego nie zauważyłem!
– Topniejesz w oczach! Musimy wracać na górę, Bałwanku!
– Ojej, ale przed sobą w dali widzę jeszcze taki szmat drogi, i w dół, i śnieg i można mknąć, mknąć!
– Jeśli się cały stopisz, to już nie będziesz mógł mknąć, bo cię nie będzie.
No tak.
Wracajmy, Bałwanku, póki jeszcze jesteś!

Malutki Bałwanek tym razem bez trudu zmieścił się w kabinie Samolocika. Im wyżej wzlatywali, tym więcej śniegu przylepiało się do twarzy i brzuszka Bałwanka. Gdy Bałwanek zamknął oczy, widział jeszcze pod powiekami swoje sunące coraz prędzej narty i śnieg rozsypujący się w pędzie na boki. Przez całą drogę nie otworzył oczu.

Gdy dotarli na sam szczyt, Bałwanek wyskoczył z Samolocika, który na jego widok wybuchnął śmiechem.

– Bałwanku, jakie masz chude nóżki!
Bałwanek spojrzał w dół.

– Ha, ha! Masz rację! Moje nóżki były schowane w kabinie, a tam śnieg nie docierał! Bałwanek niewiele myśląc rzucił się w świeży śnieg. Turlał się w nim i śmiał się, i śmiał, uszczęśliwiony swoim zjazdem, zachwycony tym wspaniałym dniem. Podniósł się i uklepał śnieg na nogach, na brzuchu, na głowie.

– Teraz lepiej, Samolociku?
– O tak, zdecydowanie lepiej!
Bałwanek znowu był sobą, okrągłym Bałwankiem z białego puchu.
– Dziękuję ci bardzo! To była wspaniała przygoda! Dzięki tobie nie skończyłem jako mokra kałuża.
Bałwanek mocno przytulił się do Samolocika.
– Nie ma sprawy, Bałwanku. Cieszę się, że wszystko jest dobrze! A teraz już będę leciał. Samolocik wzbił się wysoko nad szczyty, a Bałwanek długo stał z zadartą głową i machał mu na pożegnanie.
– Na pewno jeszcze kiedyś tutaj przylecę. A teraz bardzo mnie ciekawi, co jest na końcu Nieskończonych Gór!

Ilustracje: Aga Gójska. Ilustratorka i animatorka. Współautorka komiksu „Tak, super!” i „Prace i robótki”. Prowadziła projekt animacji zmysłowej „Brzuchomówcy”. Współtworzy kolektyw komiksowy Dream Team, prowadzi warsztaty, ilustruje między innymi dla „Świerszczyka” i „Zeszytów komiksowych”.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *