AUTOR

Aleksander Sola

ur. 29 X 1932 w Przytykach k. Poniatowej. Gospodarz, robotnik, działacz "Solidarności", pierwszy przewodniczący rady miejskiej w Poniatowej po 1989 roku.

Wiosną 1950 r., przy niechętnej zgodzie rodziców, postanowiłem wyjechać ze wsi na zachód do braci i siostry. Miałem tam być w umówiony listownie dzień. Pewnego dnia w końcu marca, obładowany bagażami (jak się jechało do miasta, trzeba było wziąć coś do jedzenia), udałem się na przystanek autobusowy.

Po drodze zobaczyłem, iż kilkuletnia córka sąsiadów, idąc do nas, weszła na orane pole i ugrzęzła, a było to około pół kilometra od drogi. Trudno było nie poratować dziecka. Postawiłem bagaż, wszedłem w pole, wyciągnąłem Alusię z błota, ale zostały buty. Postawiłem Alusię, wyciągnąłem buty, ale ugrzęzłem ja. Wyciągając własne nogi, z dzieckiem na rękach, upadłem na kolana i dokładnie się utaplałem w błocie. Odprowadziłem dziecko, a sam też wróciłem do domu, gdyż w tym stanie nie można było się wybierać w świat.

Po dwóch dniach, doprowadzony do porządku, udałem się autobusem do Hrubieszowa, następnie pociągiem do Lublina. W końcu pociągiem relacji Lublin-Jelenia Góra około godziny 22-ej ruszyłem w dalszą drogę. O godz. 11-tej rano wysiadłem na stacji kolejowej w Świebodzicach. Nikt na mnie nie czekał, gdyż miałem być dwa dni wcześniej. Rozglądałem się, bezradny i zagubiony, po dworcu. Podszedł do mnie starszy mężczyzna i zaoferował pomoc. Ja znałem adres, a on znał miasto. Miał ze sobą drewniany wózek. Najwidoczniej dorabiał sobie, podwożąc bagaże. Za niespodziewanie niewielką opłatą zgodził się mnie i mój bagaż dostarczyć pod wskazany adres. Po drodze dowiedziałem się, iż jest Niemcem. Byłem dumny z tego, że jeden z Niemców, których tak się bałem i nienawidziłem, wiezie teraz mój bagaż. Nachodziła mnie pokusa, aby usiąść na tym wózku i przejechać się.

Karol z żoną mieszkali w Pełcznicy, przy ul. Kamiennej 24. Jan z Marią przy ulicy Leśnej w czerwonym domku. Maria i Jan mieszkali na pierwszym piętrze, w dość ładnym dwuizbowym mieszkaniu, około 50 m2. W mieszkaniu była woda i zlew. Na każdej kondygnacji mieszkały cztery rodziny. Na korytarzu były dwie ubikacje, jedna dla dwóch rodzin. Dla mnie był to szok cywilizacyjny. Zamieszkałem z rodzeństwem. Do Karola było niedaleko, często się odwiedzaliśmy, razem spędzaliśmy niedziele i święta.

Długo nie mogłem dostać pracy, chociaż Karol był kierownikiem wydziału. Wyglądało na to, że trzeba wracać do domu. Wreszcie na początku maja przyjęto mnie na ucznia w narzędziowni. W pracy poznałem kolegę Janka Zająca. Kolega zaproponował, abyśmy się zgłosili do wieczorowej szkoły zawodowej. Jego przyjęli do drugiej klasy, gdyż wcześnie miał ukończoną pierwszą klasę zawodówki; mnie przyjęto do pierwszej klasy, miałem co prawda ukończoną ósmą klasę, ale nie miałem styczności ze szkolnictwem zawodowym. Było to już około 15 maja, więc blisko końca roku szkolnego. Zwalniano nas wcześniej z pracy, pracowaliśmy do godz. 12-tej, na 15-tą szliśmy do szkoły. Z przedmiotów ogólnych od razu miałem piątki, gdyż poziom w ósmej klasie był znacznie wyższy niż w zawodówce. Z przedmiotów zawodowych za okazywaną chęć do nauki postawiono mi trójki i zaliczyłem klasę. Języka rosyjskiego nigdy się nie uczyłem, chłopcy uczyli się już czwarty rok. W jedną noc nauczyłem się alfabetu rosyjskiego, co nieco czytać i wierszyka na pamięć, więc też postawiono mi trójkę. W drugim roku z zawodowych przedmiotów miałem czwórki, a w trzecim byłem najlepszym uczniem w szkole i przewodniczącym Rady Szkolnej. Mieliśmy bardzo fajnego dyrektora, był to życzliwy, zawsze uśmiechnięty człowiek, przy tym dobry matematyk. Bardzo go lubiłem, z matematyki u niego miałem zawsze piątki, nazywał się Walerian Adamek.

Szkoła miała w pełni socjalistyczny program, ale nauczyciele byli jeszcze starej daty. W zawodówce spotkałem się z nowym przedmiotem – NOP (nauka o Polsce i świecie współczesnym). Trzeba było przede wszystkim znać życiorysy Marksa, Engelsa, Lenina i Stalina oraz naszych przywódców. Trzeba było wskazywać różnicę między socjalizmem a komunizmem. Lansowane było twierdzenia: „Prześcignęliśmy Włochy, doganiamy Anglię i Francję”. Musieliśmy też znać założenia planu 6-letniego oraz wierzyć, że wykonaliśmy go przedterminowo.

Kim był młody Aleksander Sola? Był chłopem, urodzonym ma Lubelszczyźnie, który powrócił z Dolnego Śląska w rodzinne strony, by spędzić tam resztę życia. Był też robotnikiem, który ze względu na swoją pracowitość – jak wynika ze jego wspomnień – cieszył się uznaniem w swojej fabryce. Był również pilnym uczniem – żeby zdać egzamin wkuł alfabet rosyjski i wierszyk w jedną noc. Przy tym wszystkim był i działaczem partyjnym w latach 50-tych. Nie tylko zapisał się do ZMP, ale został przewodniczącym komitetu zakładowego, odwiedził nawet Warszawę jako delegat na Światowy Festiwal Młodzieży w 1955 r. Potrafił też nieźle rozrabiać, „buszując” z kolegami po niemieckich zamkach. Opowiada tu o małym sabotażu antykomunistycznym, być może wymyślonym po wypiciu butelki „Wiśniowego Mocnego”… Czyli był po prostu typowym obywatelem PRL-u w okresie Planu Sześcioletniego. Wcielając się w te czasem sprzeczne, ale jakże na owe czasy „normalne” role, cały czas był człowiekiem, który nie znosił siedzieć biernie i uważał że „trzeba coś robić”.

 
Padraic Kenney
18 maja 2017r.
 

Maria i Jan podczas urlopu wyprawili się do rodziców na żniwa, a wiosną 1951 r. Maria wyjechała do Modrynia na stałe. Mieszkaliśmy razem na Leśnej. Chodziłem do szkoły i pracowałem w zakładzie. W wakacje, jako nieletnich, obowiązywało nas pięć godzin pracy, ale postanowiliśmy pracować osiem godzin, aby się więcej nauczyć. Po ciężkiej harówce w polu od świtu do nocy praca w fabryce była dla mnie rozrywką, szczególnie podczas wakacji, gdy całe popołudnie miałem wolne. Jan z kolegą ze starych niemieckich odbiorników radiowych składali nowe. Odbiorniki te przeważnie nie miały obudowy, ale działały. UB miał o to do nich pretensje. Nie chodziło o to, że montują odbiorniki, ale o to, że słuchają Wolnej Europy. Ja też w tym czasie miałem pierwszy kontakt z UB. Ktoś zerwał plombę z gaśnicy na oddziale. Uznano to za sabotaż. Przesłuchiwano nas, uczniów, nakłaniano, abyśmy się przyznali lub powiedzieli, kto to zrobił. Mówiłem, że ja nic nie wiem i nie widziałem ani nie słyszałem, kto to zrobił. Funkcjonariusz trzymał w otwartej szufladzie pistolet i mówił: My wiemy, że wy jesteście porządny chłopiec, ale powiedzcie, kto to zrobił. Ja zaprzeczałem, bo naprawdę nie wiedziałem. Trwało to kilka dni i dali spokój.

Karol i Jan kupowali poniemieckie motocykle. Były to potężne maszyny o pojemności 500, 750 cm3 i większe. O prawo jazdy i rejestracje nikt nie pytał, więc można było poszaleć. Chodziliśmy na pochody pierwszomajowe. Z Pełcznicy do stadionu w Świebodzicach było ponad trzy kilometry. Szliśmy w szyku zwartym, 1 maja dzień był wolny od pracy, ale obecność obowiązkowa, trzeba było podbić kartę przed i po pochodzie. Nieśliśmy portrety naszych przywódców z Marksem, Engelsem, Leninem i Stalinem na czele. Nieśliśmy również karykaturę imperialistów Trumana, Churchilla, Bevina i innych. Marszałek Tito był „psem łańcuchowym” imperializmu amerykańskiego. W naszym zakładzie pracowali Grecy, uciekinierzy z komunistycznego powstania Markosa Wafiadisa w Grecji. Znałem chłopca młodszego ode mnie, miał oszpeconą twarz od rany postrzałowej. Grecy mieszkali w pięknym hoteliku nad Czarną Rzeką, niedaleko od czerwonego bloku na Leśnej. Na 1 maja 1951 Grecy nad rzeką obok swojego hotelu ułożyli piękne emblematy z cegły, kredy i innych dostępnych materiałów. W środku był biały orzeł na biało-czerwonym polu, po prawej czerwona gwiazda z sierpem i młotem, po lewej emblemat walczącej Grecji. Przyszło nam do głowy z kolegą Jankiem Zającem, aby te emblematy zniszczyć. Weszliśmy do rzeczki pół kilometra powyżej hoteliku i doszliśmy do emblematów. Nie wychodząc z rzeki, przy pomocy długich kijów zniszczyliśmy emblematy radziecki i grecki, pozostawiliśmy białego orła. Kije połamaliśmy i puściliśmy z prądem rzeki, pół kilometra przeszliśmy korytem rzeki i wróciliśmy do domu. 1 maja, jeszcze przed pochodem, obserwowaliśmy z okna naszego mieszkania ruch milicji i UB wokół hotelu. Wzięliśmy udział w pochodzie. Na drugi dzień poszukiwania wznowiono. Mieliśmy wielkiego stracha. W tej sprawie przesłuchiwani byli brat Jan i jego koledzy. Ja z kolegą Zającem nie puściliśmy pary z ust aż do upadku socjalizmu.

Na początku 1952 r. moi bracia, Karol i Jan, wyjechali. W Zakładach Wytwórczych Aparatów Wysokiego Napięcia zmieniono profil produkcji, powstało WSK Pełcznica o profilu wojskowym, a stara produkcja została przeniesiona do Świebodzic. Karol został tam szefem produkcji, a za nim podążył też Jan. Zostałem sam w Pełcznicy. Karol załatwił mi stancję u swojego kolegi i pasierba Stanisława Bogdanowicza, który mieszkał w sąsiedztwie z żoną Sabiną. Miałem u nich swój pokoik, stołowałem się też u nich za niewielką opłatą. Chodziłem do szkoły i zarabiałem niewiele. Niedługo potem Bogdanowicze sprzedali dom i przenieśli się do Świebodzic. Dla mnie załatwili mieszkanie po drugiej stronie ulicy u państwa Karczmarków. Był to pokój i kuchnia na parterze, około 40 m2.

Dalej pracowałem i chodziłem do szkoły. Kłopoty miałem z wyżywieniem, obiady jadałem przed szkołą, w gospodzie, a śniadania i kolacje robiłem sobie sam. Miałem wielu kolegów, pomagałem im w nauce. Bywałem u nich w domu. Matki kolegów wiedziały o tym, że pomagam ich synom, zapraszały mnie, częstowały obiadem. Zapraszano mnie na niedzielne obiady. Bywało, że jednego dnia zjadłem trzy, innego dnia żadnego. Pod koniec trzeciej klasy dostaliśmy na zakładzie po dwa tygodnie urlopu na przygotowanie się do egzaminu końcowego. Zebrało się wokół mnie pięciu czy sześciu kolegów, uczyliśmy się razem. Była piękna pogoda, wybieraliśmy się w plener, gdzieś w góry czy nad wodę. Buszowaliśmy też na zamku Książ, mieszkałem półtora kilometra od niego. Matki chłopców, którzy mieli rodziny, przygotowywały coś do jedzenia.

Wbrew pozorom i okolicznościom naprawdę się uczyliśmy. Na egzaminach końcowych wszyscy chłopcy osiągnęli wynik przynajmniej o jeden stopień wyższy niż osiągali do tej pory. Ja miałem najlepszy wynik z trzech zdających klas. Pan dyrektor Walerian Adamek zorganizował niezłą bibkę, on i nauczyciele traktowali nas jak dorosłych. Na zakładach zatrudniono nas jako pracowników. Ja za wyniki w nauce dostałem szóstą grupę zaszeregowania, więc grupę wyżej niż koledzy. Były to już pieniądze, za które można było się utrzymać.

(…) Po odbyciu dwuletniej służby wojskowej zamieszkałem z siostrą Marią przy ul. Kamiennej u pana Karczmarka. (…) Pracowałem, na urlopy jeździłem do rodziny. Pomagało się przy żniwach, rozmawiało z rodzeństwem, ale był też czas na balangi. W pracy włączyłem się w działalność polityczną w ZMP. Znałem realia, pamiętałem o działalności władzy ludowej w pierwszych latach po wojnie, a pomimo to uważałem, że trzeba coś robić. Byłem ruchliwym młodym człowiekiem, nie mogłem usiedzieć w miejscu. Robiłem szybszą karierę polityczną, niż mogłem przypuszczać. Wkrótce zostałem przewodniczącym na oddziale, a następnie przewodniczącym ZMP w zakładzie zatrudniającym około 700 ludzi. Oprócz działalności politycznej, takiej jak udział w zebraniach, konferencjach aktywu zakładowego, szkoleniach, zajmowaliśmy się działalnością kulturalną i sportową. Założyliśmy sekcję kolarską, w której jeździłem od czasu do czasu. Młody inżynier nazwiskiem Kautz założył sekcję biegów narciarskich. W biegach też nieraz brałem udział, bez większych rezultatów, gdyż robiłem to sporadycznie, dla przyjemności. Turystycznie dużo jeździłem z kolegami rowerem. Jeden kolarz ze Świebodzic, Józef Bekier, brał udział dwukrotnie w Wyścigu Pokoju. Było też koło Polskiego Czerwonego Krzyża. Koło to odnosiło duże sukcesy na różnych zawodach. PCK był wspierany przez władzę, gdyż był organizacją paramilitarną.

W lipcu i sierpniu 1955 r. odbywał się w Warszawie V Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów. Jako działacz ZMP byłem delegatem i wziąłem udział w tym festiwalu. Otwarcie festiwalu odbyło się na Stadionie Dziesięciolecia. Widziałem tam takich towarzyszy, jak Bierut, Rokossowski, Cyrankiewicz. Brałem udział w spotkaniach z wieloma zagranicznymi delegacjami, w tym nieraz bardzo egzotycznymi.

Miałem zgraną grupę kolegów i koleżanek. Chodziliśmy na spacery, na zamek Książ, zwiedzaliśmy na rowerach inne okoliczne zamki i miejscowości turystyczne. Zimą chodziliśmy na narty i sanki. W każdym poniemieckim domu było po kilka par nart. Były to zwykłe jesionowe deski, przypinane do nóg skórzanymi paskami, ale się jeździło. Zgraną grupą chodziliśmy do kawiarni na ciastko i gronowe wino. Jeśli byliśmy w towarzystwie dziewczyn, piliśmy niewiele, gdyż wino gronowe było drogie. Natomiast w towarzystwie męskim piliśmy więcej, ale wina owocowe. Wina owocowe były niedrogie i w tym czasie dobrej jakości. Takie marki jak Tur czy Wiśniowe Mocne były naprawdę dobrymi używkami.

W 1956 r. przyjechał mój brat Jan. Zamieszkaliśmy przy ul. Leśnej, w czerwonym bloku. Jan pracował w Fa-Ma-Lem w Świebodzicach. W tym samym roku brat Wiesław, po ukończeniu 18 lat, dołączył do nas, mieszkaliśmy w trzech. Wiesław nie mógł znaleźć pracy, nie miał szkoły zawodowej, a w tym czasie już tego wymagano. W wałbrzyskich kopalniach ogłoszono nabór do pracy na dole, na korzystnych warunkach. Wiesiek odbył kilkutygodniowe szkolenie, na którym już coś płacono. Podjął pracę w kopalni węgla kamiennego „Bolesław Chrobry” i był z tej pracy zadowolony.

W czerwcu 1956 r. doszło do wydarzeń poznańskich. Robotnicy Cegielskiego, a następnie innych zakładów zastrajkowali, wyszli na ulicę, protestując przeciw władzy ludowej. Rozruchy te zostały krwawo stłumione przy pomocy wojska i czołgów. Zginęło wielu ludzi, wielu zostało rannych, bardzo wielu aresztowano lub zwolniono z pracy. Na masówkach w zakładach głoszono, że była to robota wrogich sił przy pomocy zachodnich imperialistów, warchołów itp. Ludzie nie wierzyli propagandzie. Zapanowało powszechne przygnębienie, zwątpienie i ukrywany gniew. Przyszła „jesień ludów”, październik 1956 r. Bardzo szybko następowały polityczne zmiany. Na schodach Pałacu Kultury im. J. Stalina odbył się wielki wiec, wystąpił na nim, zwolniony z więzienia, Władysław Gomułka (tow. „Wiesław”). Powitano go z wielką radością, ludzie cieszyli się jak dzieci. Wydawało się, że skoro był uwięziony, to chciał innej Polski, dostatniej i niepodległej. Domagano się zwolnienia więźniów politycznych, w tym prymasa Stefana Wyszyńskiego.

Gomułka wszystko obiecał. Faktycznie wielu ludzi wyszło z więzień, a prymas Wyszyński objął swój urząd i rządowi Gomułki udzielił poparcia. Kilka dni po objęciu władzy przez Gomułkę było dniami prawdy i demokracji. Na zakład przyjechał członek Komitetu Centralnego Partii. Odbył się wiec załogi, na którym przedstawiciel KC powiedział, iż w Poznaniu nie było prowokacji zachodnich imperialistów, lecz prezentowano tam słuszne i niezaspokojone żądania ludzi pracy. Wojska użyto bezprawnie, wymienił liczbę zabitych i rannych. Obiecał, iż winni zostaną ukarani. Powiedział, iż w czasie dochodzenia Gomułki do władzy na rozkaz marszałka Rokossowskiego w kierunku Warszawy przemieszczono sześć radzieckich dywizji, że mogło dojść do starć z wojskiem polskim, a Rokossowski został zdjęty ze stanowiska. Ministerstwo obrony objął gen. Marian Spychalski. Delegat KC na pytania odpowiadał szczerze. W tym czasie odwołano ze stanowisk w wojsku polskim oficerów radzieckich, tzw. doradców. Powrócili do Sojuza, nawet ci, o których mówiono, że są Polakami z krwi i kości, np. gen. Strażewski, gen. Popławski i wielu innych. Marszałek Konstanty Rokossowski został dowódcą zakaukaskiego okręgu wojskowego i tam było jego właściwe miejsce. Nastąpiła niezapowiedziana wizyta przywódców radzieckich z Nikitą Chruszczowem na czele. Celem tej wizyty było przywołanie przywódców polskich do porządku oraz postraszenie narodu. Gomułka ponoć im się postawił. Po kilku godzinach, nie skorzystawszy z przyjęcia, towarzysze radzieccy odlecieli do siebie. W tym czasie tow. „Wiesław” złożył wizytę w ZSRR, ponoć otrzymał obietnicę, że Rosjanie zapłacą za pobierane za darmo węgiel i żywność. Pod wpływem wydarzeń w Polsce na Węgrzech wybuchło powstanie zbrojne, jak przebiegało i się skończyło, wiemy. Wydarzenia te spotkały się w Polsce z wielkim poparciem, przy niechętnym przyzwoleniu władz. Zbierano żywność dla braci Węgrów, pobierano krew. Były też nielegalne próby mobilizacji ochotników do wsparcia Węgrów. Gdyby były możliwości, to ochotników by nie zabrakło.

Gdy cieszyliśmy się ze zmian, jeden stary mistrz powiedział: Chłopaki, a ja wam powiem, jak to było naprawdę. Wezwał Chruszczow Gomułkę do Moskwy i powiedział: „Wiesław, Polakom trzeba dokręcić śrubę”, a Gomułka odpowiedział: „Towarzyszu Nikita, zrobimy to inaczej, śrubę pofolgujemy, odkręcimy, naoliwimy, a potem dopiero dociśniemy”. Tak też się stało, wszystko zaczęło wracać do normy, odwilż się kończyła.

Na jednym z zebrań aktywu zabrałem głos, powiedziałem, że partia, która strzela do robotników, nie ma prawa używać przymiotnika robotnicza, i ja z tym wszystkim nie chcę mieć nic wspólnego. W tym czasie wielu członków partii opuściło jej szeregi. Ja też zaprzestałem działalności politycznej. Na takie postępowanie władza patrzyła bardzo nieprzychylnym okiem.

Zdjęcia z rodzinnego archiwum Aleksandra Soli

Numer 5 (16)/2017

drukuj