AUTOR

Filip Leśniewicz

Absolwent socjologii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Obecnie studiuje ekonomię i filozofię na tej samej uczelni.

Joanna d’Arc w 1429 r. przybyła na bitewne pola, by wlać nadzieję w serca upadających Francuzów i zjednoczyć ich w walce przeciw Anglikom. Dziś staje się jednym z symboli rewolucji, która jeszcze nie przybrała żadnego imienia.

Do postaci nastoletniej wieśniaczki odwołują się chcący rewolucji owej przewodzić. Marine Le Pen, która rokrocznie 1 maja składała kwiaty pod pomnikiem francuskiej bohaterki; Emmanuel Macron, mówiący o scalającej roli Joanny d’Arc we Francji dramatycznie podzielonej, dając tym samym do zrozumienia, że mógłby odegrać podobną rolę; wreszcie François Fillon, jedyny z głównych kandydatów do prezydentury przyznający się do katolicyzmu, który sam porównywał się do świętej, tworząc analogię między jej procesem a oskarżeniami o zatrudnianie na fikcyjnych stanowiskach swojej żony. Jedynym chyba, który nie wykorzystywał symbolu francuskiej bohaterki, był wśród czwórki głównych kandydatów Jean-Luc Mélenchon, lider ruchu La France insoumise (Francja niepokorna/zbuntowana). Symbolicznego sensu powoływaniu się na postać Joanny d’Arc przydaje termin drugiej tury wyborów. Zaplanowano ją na 7 maja, a więc w rocznicę dokonanego pod dowództwem Joanny przełamania oblężenia Orleanu, jednego z decydujących momentów Wojny Stuletniej.

Jeszcze kilka tygodni temu sytuacja wydawała się klarowna. Do drugiej tury wejść mieli Emmanuel Macron i Marine Le Pen. Według przewidywanego wówczas scenariusza w drugiej turze zdecydowanie wygrać miał młody, „antysystemowy” polityk, w którym nadziei upatruje spora część establishmentu. Wszystko zaczęło się komplikować podczas pierwszej dużej debaty telewizyjnej, w której prym wiódł dotychczasowy outsider – Jean-Luc Mélenchon. Dzięki swym oratorskim popisom, zdecydowanej postawie wobec Le Pen oraz niesamowitej (bo tak to trzeba określić) kampanii wyborczej zrównał się z François Fillonem, kandydatem Republikanów, który mimo ujawnienia, że zatrudniał żonę na fikcyjnym etacie publicznym, nie odpadł z wyścigu do Pałacu Elizejskiego.

Ostatni z dużych sondaży, przeprowadzony przez Centrum Badań Społecznych Sciences Po i grupę badawczą Ipsos na próbie prawie 12 tysięcy osób (!), pokazuje, że 23 kwietnia wszystko może się zdarzyć. Dotychczasowi liderzy, czyli Macron i Le Pen, nadal zajmują pierwsze pozycje (odpowiednio 23% i 22% poparcia), ale ich przewaga nad pozostałymi kandydatami zmalała do wielkości błędu statystycznego. Na trzeciego z kolei Fillona gotowych jest głosować 19,5% wyborców, a na lewicowego Mélenchona – 19%. O tym, kto przejdzie do drugiej tury, przesądzą wyborcy niezdecydowani, których jak na warunki francuskie jest bardzo wielu, bo aż 28%. Zakładając, że głosy niezdecydowanych rozłożą się po równo, a wygrają ci, którzy mają najbardziej zmobilizowany i zdecydowany elektorat, w drugiej turze Marine Le Pen powinna zmierzyć się z kimś z dwójki Macron-Fillon.

Rzeczą, na którą warto zwrócić uwagę, jest kampania Mélenchona. Kandydat spośród „wielkiej czwórki” najstarszy najodważniej postawił na nowe technologie, łącząc je z najbardziej klasycznymi przymiotami trybuna ludowego. Z jednej strony intensywna kampania w mediach społecznościowych, hologramy Mélenchona pojawiające się na scenach w tych miejscach, do których nie mógł dotrzeć, czy gra komputerowa „Fiscal Combat”, w której gracz może rozprawić się z różnego rodzaju przedstawicielami kapitału i finansjery (w tym z Macronem i Fillonem). Z drugiej żywa gestykulacja, umiejętności oratorskie i manifestacje poparcia, na które przychodzi przynajmniej kilkadziesiąt tysięcy osób (rekordowe było chyba spotkanie w Paryżu, gdzie według szacunków zebrało się ok. 130 tys. zwolenników La France insoumise). To wszystko sprawiło, że Mélenchon, który jeszcze w marcu w jednym z sondaży otrzymał 9%, dziś nie schodzi poniżej 18%.

Drugą istotną sprawą jest to, kto na kogo głosuje. Wśród robotników zdecydowanie wygrywa Marine Le Pen, na którą chce głosować 43% tej grupy zawodowej. Na reprezentantów lewicy (Hamon, Mélenchon, radykalni kandydaci o śladowym poparciu) skłonnych byłoby oddać głos 30% robotników, tylko o 5 punktów procentowych więcej niż na przedstawicieli gospodarczych liberałów (Macron, Fillon). Innym ciekawym wskaźnikiem jest rozkład głosów ze względu na wielkość miejscowości, w której mieszkają robotnicy. Wśród mieszkających w aglomeracji paryskiej 24% głosowałoby na liderkę Frontu Narodowego. Liczba popierających FN jest odwrotnie proporcjonalna do wielkości miejscowości i na terenach wiejskich osiąga poziom 49%.

Źródło: Ifop
Źródło: Ifop

Podobna tendencja, tyle że bez rozróżniania grup zawodowych wyborców, miała miejsce podczas wyborów regionalnych w 2015 r. Im dalej od stolicy, tym więcej zbiera Front National (Saint-Just) i tym mniej dostają partie establishmentu (socjaliści – Bartolone i Republikanie – Pécresse).

Źródło: Ifop
Źródło: Ifop

Gdy spojrzymy na obszary dotknięte bezrobociem, wówczas zauważymy, że prym wiedzie tam przedstawicielka Frontu Narodowego. Podczas wyborów regionalnych w 2015 r. tam, gdzie bezrobocie było większe niż 11%, FN dostawał od 30 do prawie 50% głosów.

Źródło: The Economist/Ministerstwo Spraw Wewnętrznych Francji
Źródło: The Economist/Ministerstwo Spraw Wewnętrznych Francji

Niewątpliwie głównym tematem kampanii wyborczej jest gospodarka oraz to, co z gospodarką związane, czyli bezrobocie, wydatki publiczne, ochrona krajowych towarów i usług itd. Francuzi mają w czym wybierać. Od proponującego duże programy inwestycyjne, skrócenie tygodnia pracy oraz możliwość przejścia na emeryturę w wieku 60 lat Mélenchona, poprzez oparte o protekcjonizm gospodarczy i ochronę rynku pracy propozycje Le Pen, niejednoznaczne, ale zakładające liberalizację gospodarki propozycje Macrona, aż po radykalne cięcia wydatków publicznych i inne propozycje „zaciskania pasa” François Fillona.

W zależności jednak od tego, kto wejdzie do drugiej tury, możemy być świadkami różnych scenariuszy. Pierwszy to klasyczne rozdanie lewica-prawica, gdzie zwolennik ekonomicznej inicjatywy państwa, antyimperialista, alterglobalista Mélenchon starłby się z gospodarczym liberałem, jedynym kandydatem jawnie definiującym się religijnie i zamierzającym radykalnie zmniejszyć wydatki publiczne, Fillonem. Scenariusz drugi można by nazwać walką globalistów z lokalistami, czyli przedstawiciela establishmentu i elit finansowych, podkreślającego swą elastyczność (Macron) z antyimigrancką, ksenofobiczną zwolenniczką protekcjonizmu gospodarczego i narodowej suwerenności (Le Pen).

Ktokolwiek z powyższej czwórki wygra, nie będzie z perspektywy Polski lepszym politykiem niż François Hollande. Zmiany muszą jednak nastąpić i albo będzie to radykalna renegocjacja zasad obecności Francji w UE, łącznie z zagrożeniem wyjścia z niej (Le Pen, Melenchon) i/lub zbliżenie z Rosją (Le Pen, Mélenchon, Fillon), albo szybsze bądź wolniejsze podążanie w kierunku Europy dwóch prędkości, od której nikt już nie zamierza uciekać (Fillon, Macron).

Czy 7 maja rzeczywiście dowiemy się, kto zostanie nową Joanna d’Arc? Być może przełom nie będzie tak wielki jak symbol, na który powołują się dzisiejsi kandydaci. Niemniej wybory te przebiegają w atmosferze upadku ancien régime’u. Dekadencja i poczucie upadku osiągają apogeum. Skandale nie omijają właściwie żadnego z kandydatów. Wybory te rozpoczną okres bardzo wymagający dla zwycięzcy i obfitujący w wiele wyzwań, z których nie wszystkie dziś potrafimy sobie wyobrazić.

Jeśli chodzi o wynik wyborów, najbardziej prawdopodobne jest to, że Marine Le Pen (jeśli do niedzieli 23 kwietnia/7 maja nic przełomowego się nie wydarzy) nie wygra tych wyborów, choć pewnie wejdzie do drugiej tury. Nie wiem jednak, co miałoby ją zatrzymać za 5 lat (lub wcześniej). Z bieżącej kampanii wynika, że tematy imigracji i terroryzmu są przesłonięte zasłoną milczenia, którą czasem zrywała Le Pen, i o której czasem mówił Fillon. Ani lewica, ani centryści nie proponują żadnego rozwiązania, które nie byłyby parafrazą słów premiera Vallsa, że Francja będzie musiała nauczyć się żyć z terroryzmem. Tę postawę można również porównać do zachowania liderów europejskich podczas kryzysu migracyjnego, twierdzących, że migracji nie da się zatrzymać. Postulat zaprowadzenia porządku, o którym głośno mówi Le Pen, i który ma przywrócić oczekiwane przez Francuzów poczucie bezpieczeństwa będzie zyskiwał na wartości. I jeśli nikt nie podejmie problemu migrantów i ich asymilacji na serio, we Francji zastaniemy rządy autorytarne lub, co gorsza, europejską wojnę domową. Nie da się już nigdzie uciec. Kto chce się brać za politykę, musi brać na siebie odpowiedzialność za trudne decyzje.

Zdjęcie: Les onze candidats à l’élection présidentielle avant le Grand débat – Lionel BONAVENTURE / POOL / AFP

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *