Drobiazgi

Wioletta Grzegorzewska – wiersze

AUTOR

Wioletta Grzegorzewska

Pisarka na stałe mieszkająca w Wielkiej Brytanii, gdzie publikuje jako Wioletta Greg. W kraju ukazały się jej cztery tomy wierszy: „Wyobraźnia kontrolowana”, „Parantele”, „Orinoko” i „Inne obroty” oraz książka prozatorska „Guguły”. W tym roku opublikuje powieść „Stancje” (wydawnictwo W.A.B.)  oraz wybór wierszy "Czasy zespolone" (Wydawnictwo Eperons -Ostrogi).

Wiersze zapowiadają nową książkę poetycką, która ukaże się w maju tego roku: „Czasy zespolone”, Wydawnictwo Eperons-Ostrogi, red. Kajetan Maria Jaksender.

 
 

Wyjście do ludzi

Pani się za mało angażuje,
a powinna się pani za czymś wstawić,
zrobić coś dla świata, jak ten niemiecki artysta,
który ulepił z gliny unijnych polityków,
gdy dyskutują o globalnym ociepleniu
zanurzeni po uszy w wodzie.
To jest sztuka, droga pani, przez duże es.

Ja na ten przykład podpisuję petycje.
Jest taka strona, gdzie można.
A pani? Wciąż siedzi na wyspie,
i co pani robi na tym zadupiu?
Tomiki to sobie można pisać całe życie,
a pani powinna się czymś zająć, zapisać
do związku literatów na obczyźnie,
z tego są spotkania i wyjście do ludzi.

 
 

Sierpień w Brading

Wokół willi starożytnych Rzymian
pola żyta spięte fugą świerszczy.

Kruki spacerują po ruinach atrium,
jakby były u siebie.

Ptaki mają lepszą pamięć.

 
 

Czerwone liście derenia

Gdy czerwienieje dereń w moim obcym domu,
myślę o tych kobietach, które wieczorami
bez przyzwolenia państwa, kościoła, współwinnych
przechodziły przez ciemną bramę, do gabinetów
przy Alei Wolności. I modlę się z nimi o hostię

Postinoru i śnię o tobie, szesnastoletnia,
która z testem ciążowym chciałaś stać się lżejsza
od powietrza, po tym, jak wierząca matka
wyrzuciła cię z domu wiedząc, że uwiódł cię
i zapłodnił pachnący Old Spicem wujek, ksiądz.

I o tobie Katarzyno znad Wisłoku,
która w czasie wojny błagałaś, by siódmy płód
wsiąkł razem z zakażoną krwią w klepisko stajni,
gdzie kilka tygodni wcześniej powiesił się twój mąż.

I o tobie, która po zbiorowym gwałcie umierałaś
w sąsiedniej sali szpitala w Lublińcu,
gdy, zatruta rtęcią, wymiotowałam,
tonąc do północy w soli fizjologicznej.
Aparatura znów piszczała jak przejście dla pieszych,
a twoje wyparte ciało stało się moim ciałem.

 
 

Trzynastoletnia w kołchozie

Jechałyśmy ściśnięte jak plewy.
Zgubiłam siostrę i horyzont za Uralem.

W lepiance próbowałam ugotować zupę:
zmarznięte na kość liście szczawiu
smarowałam baranim łojem,
topiłam śnieg pod kożuchem,
bo nie znam kirgiskiej pieśni,
która wskrzesza ogień w drewnie i kamieniu.

Zatańcz, iskro, wygoń lodowate i tyfus,
obudź matkę piołunowym lekiem.

 
 

Kołchoz Karabułak, 1946

Orkan woła kaduki. Przenosi mnie w sen
o kirgiskiej wsi, gdzie kazali nam żyć
w kuczce z darniny. Mija pierwszy dzień.

Matka w kołchozie błaga o jęczmień,
przynosi mieszek plew. Trudno uwierzyć,
że jemy otręby. Siostro, to tylko sen

o Królowej Śniegu. Jej włości to step,
siny powóz. Walonki zaczynają gnić.
Parują łby – onuce. Czwarty dzień.

Palenisko w gardle. Kocioł wrze. Ogień
wzgardził mokrym polanem. Chcę wyć
z głodu. Kiedy żrą wszy, wraca ten sen

o bojcach z pociągu. Płonie rudy śnieg
we włosach. Piecze ług. Trzeba przyrządzić
szczaw na baranim łoju. Dziesiąty dzień.

Wykopałam mięso z dołu. – Wytną nas w pień!
– krzyczy matka i wyrzuca padlinę na perć.
Dobrze, bo z wąglikiem. – To noc? – Nie, dzień
jak piołun. Wędzidła widziadeł plączą sen.

 
 

Ilustracja: Monika Tyczyńska, absolwentka wydziału malarstwa i tkaniny warszawskiej ASP.
Po latach malowania dużych obrazów i tkania wielkich gobelinów, uległa pokusie małego-wielkiego świata ilustracji wszelkiej, ksiąg, książeczek, papierów, w którym widzi ogromne twórcze możliwości.

Numer 4 (15)/2017

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *