AUTOR

Aleksandra Bilewicz

Zawodowo socjolożka, pracuje na Uniwersytecie Warszawskim. Naukowo interesuje się historią i socjologią spółdzielczości, antropologią ekonomiczną, socjologią wsi. Stara się oddzielać pracę naukową od publicystyki, co nie zawsze do końca się udaje. Trochę postępowa, trochę konserwatywna.

Pokot Agnieszki Holland okrzyknięty został filmem zaangażowanym w bieżące sprawy polityczne, krytycznym głosem pokolenia ’68 o świecie, który odchodzi od wartości będących zdobyczą drugiej połowy XX w. (jak pokój, ekologia, tolerancja) i pogrąża się na powrót w destrukcji i przemocy.

Jeśli film na podstawie książki Olgi Tokarczuk Prowadź swój pług przez kości umarłych rzeczywiście potraktować jako swoistą próbę ożywienia rewolucyjnego ducha tamtego pokolenia – wszak nawet, gdy siwizna pojawia się na skroniach, można jeszcze skutecznie się „zbuntować”, jak zdaje się sugerować reżyserka – to jest on dobrym materiałem do studiowania źródeł jego porażki. To obraz potwierdzający właściwie wszystkie stereotypy prawicy na temat „lewicy kulturowej” i ukazujący w krzywym zwierciadle mentalność, która musiała poskutkować izolacją i klęską.

Historia samotnej starszej kobiety, emerytki dorabiającej lekcjami angielskiego w pobliskim miasteczku, która wydaje wojnę krzywdzicielom zwierząt, mogłaby dać asumpt do zadania ważnych pytań: o to, czy wysoka wrażliwość na krzywdę musi skutkować społeczną izolacją; o granice i zasadność zemsty; o to, co się dzieje, kiedy współczucie przemienia się w przemoc, i czy w obronie ważnych wartości można poświęcić inne – równie ważne, a może ważniejsze? A jednak w trakcie seansu Pokotu nie doświadczymy ani właściwego kryminałom dreszczyku emocji, co trafnie wychwycił Michał Oleszczyk (warto dodać, że wymagałoby to przyjęcia, choć na chwilę, perspektywy ofiar, tych ludzkich), ani nie dopadnie nas innego rodzaju niepokój – moralny. Może tylko w jednej z przedfinałowych scen widać pewną konsternację pomieszaną z dezaprobatą na twarzach Dyzia oraz Dobrej Nowiny, którzy dowiadują się prawdy o swojej przyjaciółce, pani Duszejko. Lecz w tym momencie nie ma już czasu na rozpamiętywanie win. Trzeba uciekać.

Jestem w stanie utożsamić się z emocjami Duszejko. Ileż to razy, wędrując po lesie, fantazjowałam o tym, żeby naruszyć konstrukcje ambon myśliwskich tak, aby mogły runąć we właściwym momencie? Gdyby jakiś myśliwy zastrzelił mi psy, tak jak to przydarzyło się mieszkającej na odludziu nauczycielce, miałabym ochotę zrobić sprawcom krzywdę. Zwłaszcza gdybym była pewna, że wymiar sprawiedliwości stanie po ich stronie. A jednak, rzecz jasna, cieszę się, że większość tego typu pragnień zatrzymuje się na poziomie fantazji.

Empatia Janiny Duszejko, jej dar, polegający na intuicyjnym wglądzie w los skrzywdzonych, jest dziwnie wybiórcza. To jakby zmysł, który pozwala wyczuć „swoich”, członków naznaczonego przez los plemienia walczącego ze złem, czającym się w sudeckich lasach i dolinach. Duszejko odkrywa cierpienie Dobrej Nowiny – ma wizję, w której pojawia się ukochany brat pracowniczki lumpeksu, jak się później dowiadujemy, zamknięty w sierocińcu. Gdy poznajemy wrażliwego informatyka-minimalistę i tłumacza Blake’a Dyzia, za sprawą kolejnej wizji zaczynamy rozumieć, że jego dolegliwości fizyczne wiążą się ze stratą ukochanej babci. Milczący i zamknięty w sobie sąsiad, chłodny perfekcjonista Świerszczyński, właśnie przed Duszejko otwiera duszę, ujawniając tragedię i samobójczą śmierć swojej matki, Niemki. Dar głównej bohaterki jednak nigdy nie ujawnia się w przypadku myśliwych, księży czy tych, którzy są „po drugiej stronie mocy”. Ich bezduszność, skłonność do okrucieństwa, jak dowiadujemy się między wierszami, ma swoje źródło w zasadzie w… samej męskości. „Autyzm testosteronowy” (pojęcie to pojawia się także w książce, pełnej psychologizujących odniesień) prowadzi do moralnej tępoty i agresji. Dla tych, którzy są nim dotknięci, nie ma już ratunku, mogą w zasadzie tylko spocząć w ziemi. Zwróćmy uwagę na fakt, że mężczyźni, którzy stają się częścią „drużyny” Duszejko, są albo zranieni krzywdą bliskich im kobiet (Dyzio, Świerszczyński), albo pochodzą z lepszego, „cywilizowanego” świata (w książce Czechy są zresztą symbolem Raju), jak entomolog-ateista zza południowej granicy. Ten z nich, który zdradza jeszcze typowo „męskie” cechy, ukrywa swoje emocje i potrzeby, przechodzi symboliczną inicjację, gdy na bal grzybiarzy przybywa w przebraniu Czerwonego Kapturka u boku wilka-Duszejko.

Nie twierdzę, że Holland czy sama autorka książki powinny były szukać tanich usprawiedliwień dla, powiedzmy, Wnętrzaka, nie tylko myśliwego, ale i właściciela burdelu, na przykład w traumatycznym dzieciństwie. A jednak demonstracyjnie mizoandryczna wymowa filmu jest uderzająca. Jeden z myśliwych, który po pijaku krzywdzi żonę i dzieci, zostaje (wyrokiem Saren, a może Gwiazd?) pożarty przez owady. Gdy główna bohaterka w przebraniu wilka prowadzi go do lasu, by tam spotkał swoje przeznaczenie, wsparte uzyskanymi u entomologa feromonami, sam prosi, oczywiście nieświadom wynikającego z kontekstu sensu własnych słów, żeby zaprowadzić go do domu. Jego udręczona żona już nie będzie płakać, „zło” zostało pokonane.

Czy Janina Duszejko naprawdę wierzy, że tych wszystkich zbrodni w istocie dokonują zwierzęta, czy też jest to rodzaj sprytnego, wyrachowanego kamuflażu, pozwalającego grać nieszkodliwą „nawiedzoną wariatkę” przed policją? W kreacji Tokarczuk tajemnicza bohaterka nie jest w pełni świadoma dokonywanych czynów – w swojej „gniewnej” odsłonie jest personifikacją wymierzającej sprawiedliwość natury. Ale czy mi uwierzycie, że nie robiłam tego do końca świadomie? Że zaraz zapominałam, co się stało, jakby chroniły mnie potężne Mechanizmy Obronne. Czy nie powinnam przypisać tego moim Dolegliwościom – że po prostu od czasu do czasu bywałam nie Janiną, lecz Bożygniewą, Nawoją – tłumaczy.

W filmie związki Duszejko z Nemezis sugeruje być może wyeksponowanie astrologicznych fascynacji bohaterki, ale jej „podwójna natura” nie jest ukazana tak jasno. Jednak, niezależnie od niuansów dzielących słowo pisane od jego filmowej interpretacji, wyjaśnienie zbrodni stosowane przez bohaterkę przypomina racjonalizację, pozwalającą na moralne odcięcie się od własnych czynów – pewnie nie tak odległą od tej, której dokonują myśliwi, uzasadniający polowania np. potrzebą regulowania populacji. Tylko że tutaj „dokonują się one” w imieniu niemych, skrzywdzonych, słabszych – jak się okazuje, nie tylko zwierząt, ale i ludzi. Stanowią jedynie spełnienie już dającego się wyczytać w astrologicznych tabelach losu. A jednak przemoc pozostaje przemocą, i ci, którzy decydują się jej użyć – być może z bezradności, słusznego poczucia krzyczącej niesprawiedliwości – zwykle są gotowi ponieść za nią cenę. Duszejko Holland (a może i Tokarczuk) byłaby bardziej wiarygodna, gdyby udźwignęła ciężar tego, co zrobiła – niekoniecznie w postaci kary sądowej. Tak się jednak nie dzieje, a przynajmniej nic o tym nie wiemy. W Pokocie w następstwie brawurowej ucieczki z elementami (cyber)terrorystycznymi nasza drużyna znajduje się za granicą, gdzie, jak sugerują ostatnie sceny, tworzy idylliczną, żyjącą w zgodzie z naturą komunę. W książce Tokarczuk bohaterka również znajduje z pomocą przyjaciół azyl, ale jej przyszłość nie rysuje się tak jasno. W filmie Holland obowiązuje jednak „zasada przyjemności”: wszystkie, nawet najbardziej mroczne pragnienia zostają spełnione, a utrudniające życie sprzeczności zniesione. Dostajemy też w końcowych scenach przemowę pochwalną dla pokolenia, które miało odwagę zmieniać świat. W tym momencie zabrzmiało mi to niemal jak pochwała grupy Baader-Meinhof.

Duszejko (albo sroka) w pewnym momencie tej historii podpala barokowy kościół, w którym odbywała się z udziałem dzieci msza w intencji myśliwych. Symbol opresyjnej, większościowej, „męskiej” kultury upada. Lecz co dostajemy w zamian? Plemienną, przednowoczesną moralność zemsty i powrót do wierzeń, które pozbawiają jednostki odpowiedzialności za swe działania. Wizję zmiany społecznej sprowadzającą się do dziecinnego eskapizmu. Utopijny obrazek Holland dobitnie pokazuje, jak postmodernistyczne, w zamierzeniu emancypacyjne wizje świata pozbawiły nas oparcia w uniwersalności, a więc możliwości porozumienia. W tym sensie jestem w stanie zgodzić się z tymi, którzy uznają (jak część prawicowych komentatorów), że film reprezentuje wartości „sprzeczne z naszą cywilizacją”. Nie ma w nim miejsca na trud negocjacji, próby zmiany instytucji, mozolnego budowania tego, co wspólne, lepsze. Nie ma też możliwości przebaczenia, wewnętrznej przemiany czy naprawy krzywd. Jeśli poważnie potraktujemy wizję metafizyczną Tokarczuk, nieco słabiej zarysowaną w filmie, panuje tu swoiście rozumiane prawo natury (kobieco-zwierzęcej?), w gruncie rzeczy zimne i bezosobowe.

Wygląda na to, że obcość tej wizji potocznym intuicjom moralnym nie polega koniecznie na dostrzeżeniu podmiotowości zwierząt czy konieczności emancypacji kobiet, lecz na czymś o wiele głębszym – właśnie na odrzuceniu koncepcji odpowiedzialności i moralnej autonomii jednostki. „Winą” myśliwych jest testosteron, a „kara”, jaka ich spotyka, nie zostaje wymierzona świadomie – Duszejko jest jedynie narzędziem. Fantazja o roztopieniu się w mistycznej jedni przenika przecież kontrkulturowe wizje przełomu lat 60. i 70. XX w.

Porozumienia nie ma i nie będzie. Obcość bohaterki jest symbolicznie podkreślana, gdy w Wigilię wpatruje się w horoskopy, podczas gdy inni dzielą się opłatkiem, a nawet, gdy do uwielbiających ją uczniów mówi English, please. Z nią nie mówi się po tutejszemu. Droga do „wolności” po raz kolejny wiedzie przez odrzucenie zastanej wspólnoty – choćby tak ułomnej i kruchej jak ta, założona przez niedobrowolnych przybyszów na przymusowo opuszczone ziemie. Duszejko unosi się ponad rzeczywistością biednego, odrapanego Dolnego Śląska, który stanowi jedynie malownicze tło dla rozgrywającej się historii.

Gdy kilka lat temu czytałam Prowadź swój pług przez kości umarłych, byłam bardzo poruszona. Czy dziś odczytałabym przesłanie książki inaczej? Być może, choć wydaje się, że film Holland odarł prozę Tokarczuk z uroku zagadkowości, także przez to, że uczynił z historii Duszejko manifest pokoleniowy. Miałam wrażenie, że oglądam pięknie nakręconą opowieść, która prezentuje karykaturę wartości mi bliskich, takich jak minimalizowanie krzywdy wobec zwierząt czy poszanowanie przyrody. I nie dziwmy się, jeśli ten zniekształcony obraz się utrwali. Szkoda tylko, że pokolenie, które miało zmieniać świat, nie wydaje się zdolne do autorefleksji, a zamiast tego wystawia sobie pomnik, który ociera się o autokarykaturę.

Dziękuję mężowi Michałowi oraz Magdzie Budziszewskiej za rozmowę po filmie, która stała się inspiracją dla wielu tez niniejszej recenzji.

Zdjęcie: materiały prasowe dystrybutora.

Numer 4 (15)/2017

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *