Brexit
Krzysztof Nawratek

Obudzić się z imperialnego snu. Wybory w Wielkiej Brytanii 2017

AUTOR

Dr Krzysztof Nawratek

Teoretyk miasta, architekt i urbanista, Starszy Wykładowca Nauk Humanistycznych i Projektowania Architektury na Uniwersytecie w Sheffield, autor książek: Ideologie w przestrzeni. Próby demistyfikacji (Universitas 2005), Miasto jako idea polityczna (Ha Art 2008), wydanie angielskie University of Plymouth Press 2011), Dziury w całym. Wstęp do miejskich rewolucji (Krytyka Polityczna 2011, wydanie angielskie Zero Books 2011), redaktor tomu Radical Inclusivity. Architecture and Urbanism (DPR-Barcelona 2015), Re-Industrialisation and Progressive Urbanism (w przygotowaniu – Punctum Books 2017) i wielu tekstów publicystycznych i naukowych. Strona autorska: www.plugincitizen.com

Ogłoszenie przez Theresę May, premier rządu Zjednoczonego Królestwa, zamiaru przeprowadzenia wcześniejszych wyborów było i zarazem nie było zaskoczeniem. Było, ponieważ od czasu stanięcia na czele rządu May wciąż powtarzała, że wcześniejszych wyborów nie będzie, że kraj potrzebuje spokoju i stabilizacji. Nie było, ponieważ logika obecnej sytuacji do wyborów nieuchronnie musiała doprowadzić.

Są co najmniej trzy powody, dla których May chce nowych wyborów. Po pierwsze, przewaga jej partii nad opozycyjną Partią Pracy przekracza według niektórych sondaży 20 pkt proc., a jeśli taka przewaga potwierdziłaby się w czerwcu, laburzyści straciliby (w stosunku do stanu dzisiejszego) ponad sto miejsc parlamentarnych. Po drugie, problemy brytyjskiej gospodarki związane z Brexitem dopiero nadejdą – pojawiają się już, co prawda, pierwsze oznaki kłopotów (spadek wartości funta, inflacja, spowolnienie wzrostu gospodarczego, sygnały o przenosinach na Kontynent kilku firm z londyńskiego City), ale nie jest to jeszcze nic, co spowodowałoby odwrócenie się wyborców od rządu. W 2020 r., gdy planowo miały odbyć się wybory, sytuacja, jak sądzę, będzie już znacznie bardziej dramatyczna, co uczyni sukces wyborczy konserwatystów mocno wątpliwym. Po trzecie wreszcie, Partia Konserwatywna, której Theresa May przewodzi, ma w brytyjskim parlamencie jedynie 19 głosów zapewniających większość. Wobec kilkunastu konserwatywnych posłów toczy się postępowanie wyjaśniające związane z nieprawidłowościami w finansowaniu kampanii wyborczej w 2015 r. Nie do końca wiadomo, jak poważne mogą się okazać postawione im zarzuty (dowiemy się tego na początku maja), nie można jednak wykluczyć, że był to dodatkowy czynnik skłaniający May do przeprowadzenia przedterminowych wyborów.

Wbrew temu, co May (oraz większość brytyjskich mediów) mówi, torysi nie stanowią monolitu. Jest wśród nich znacząca grupa radykałów, domagających się „twardego Brexitu”, jest grupa technokratów i oportunistów, która zrobi wszystko, by po prostu utrzymać się przy władzy, jest wreszcie całkiem spora grupa proeuropejska, która chciałaby jak najłagodniejszego (jeśli już musi do niego dojść) rozwodu z Unią. Theresa May jest głosem i przedstawicielką grupy oportunistów, charakteryzuje ją jednak ponadprzeciętny (jak na brytyjskie warunki) konserwatyzm kulturowy oraz nacjonalizm (jej polskim odpowiednikiem, jeśli pominąć nacjonalizm, mógłby być Grzegorz Schetyna). Jeszcze jako minister spraw wewnętrznych w rządzie Davida Camerona „wsławiła się” kilkoma dość obrzydliwymi akcjami wymierzonymi w (nielegalnych) imigrantów. To za jej sprawą biedniejsi Brytyjczycy nie mogą mieć niebrytyjskich partnerów (by niebrytyjski małżonek/małżonka mogła ze swym partnerem/partnerką mieszkać w Wielkiej Brytanii, ów partner/partnerka musi zarabiać powyżej 18 600 funtów rocznie, a w przypadku posiadania dzieci ta kwota rośnie); to ona wciąż upiera się, by do liczby imigrantów wliczać zagranicznych studentów na brytyjskich uniwersytetach (polityce tej przeciwni są wszyscy ich rektorzy).

Wewnętrzne zróżnicowanie i niewielka przewaga torysów w parlamencie powodują, że May musi bardzo ostrożnie lawirować pomiędzy interesami i aspiracjami swoich posłów. Gdyby potwierdziły się wyniki sondaży, sterowność partii byłaby o wiele większa, dając May swobodę układania takiej polityki, jaka tylko by się jej zamarzyła.

Oczywiście warto postawić pytanie, czy May potrzebuje stabilnej większość po to, by przeprowadzić „twardy Brexit”, czy też po to, by się z niego rakiem wycofać. Trzeba bowiem pamiętać, że przed referendum May była (cichą wprawdzie) zwolenniczką pozostania Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej. Nikt w zasadzie nie ma złudzeń, że „twardy Brexit” oznacza dla Wielkiej Brytanii bardzo poważne problemy. Jej gospodarka opiera się przede wszystkim na usługach, również finansowych, jeśli więc negocjacje z UE zakończą się niepowodzeniem i będzie musiała szukać rynków i partnerów poza Europą, jej pole manewru – wbrew opinii nawołujących do budowy „Imperium 2.0” brexiterów – będzie mocno ograniczone. Dwie wielkie gospodarki, Chiny i Indie, z którymi Wielka Brytania chciałaby mocniej współpracować, wcale nie są tym tak bardzo zainteresowane, a na pewno nie zgodzą się na rolę postkolonialnego „zasobu”. Chiny specjalnie brytyjskich usług nie potrzebują, natomiast Indie konkurują o podobny segment rynku, a ich gospodarka, oparta o tańszą siłę roboczą, daje im nad Brytyjczykami potencjalną przewagę. Brytyjski rząd jest (przynajmniej do pewnego stopnia) świadomy nadciągających problemów, toteż odgraża się, że zamieni kraj w jeden wielki raj podatkowy.

Czego więc chce May? Prawdopodobnie ona sama tego do końca nie wie. Jak wielu prominentnych członków jej rządu, chciałaby mieć ciastko (preferencyjny dostęp do rynku UE) i je zjeść. Z oczywistych przyczyn Unia zrobi wszystko, by do tego nie dopuścić. Możliwe są więc oba scenariusze – zarówno ten, który zakłada „twardy Brexit”, jak i ten, w którym May wykorzystuje stabilną większość w parlamencie, by Brexit złagodzić.

Moje rozumowanie opiera się na założeniu, że zgodnie z sondażami konserwatyści te wybory zdecydowanie wygrają. Czy jest to jednak takie pewne? Otóż nie całkiem. Wysoka przewaga w sondażach w skali kraju może bowiem stracić na znaczeniu wobec brytyjskiego systemu wyborczego. Opiera się on na dziwacznej zasadzie, że zwycięzca bierze wszystko. Nie ma więc potrzeby zdobywać większości głosów, wystarczy jeden głos więcej niż konkurenci, co dotyczy każdego z ponad sześciuset okręgów wyborczych.

Jeremy Corbyn, przywódca Partii Pracy, nie cieszy się specjalną popularnością. Odkąd został szefem Labour, wszystkie główne brytyjskie media obrzucały go błotem, a w przypadku prawicowych tabloidów rzetelność artykułów na jego temat zbliżała się do zera. Co jednak ciekawe, rozwiązania, które proponuje, cieszą się znacznie większym poparciem niż propozycje torysów. Wybory ustawiane są przez May jako kontynuacja referendum, jednak nawet ta strategia niekoniecznie przyniesie sukces – w końcu jedynie 3 pkt proc. dzielą obóz zwolenników wyjścia z Unii od tych, którzy chcą w niej pozostać. Wśród czynników, które mogą pozbawić Theresę May zwycięstwa, należy też uwzględnić: poparcie dla UE wśród młodych wyborców, którzy masowo rejestrują swoje prawo do wzięcia udziału w wyborach, zniechęcenie (i przekonanie, że zwycięstwo jest pewne) tradycyjnych wyborców Partii Konserwatywnej, wzrost poparcia dla zdecydowanie proeuropejskich Liberalnych Demokratów, niemal pewne zwycięstwo nacjonalistów w Szkocji. Należy też pamiętać, że Labour jest największą partią lewicową w Europie, która potencjałem ponad pół miliona działaczy bije na głowę konserwatystów. Dysponuje więc, teoretycznie, ogromną armią ludzi zdolnych wyjść na ulice, by przekonywać wyborców.

Jak piszą niektóre portale satyryczne, Brytyjczycy zasłużyli, by Partia Konserwatywna wygrała te wybory, skazując ich na kolejne pięć lat okrutnych cięć i ksenofobicznej retoryki. Chociaż w zwycięstwo laburzystów trudno uwierzyć, to jednak myślę, że konserwatyści się przeliczą, a i ich wygrana nie jest wcale przesądzona.

Cokolwiek się stanie, zgadzam się jednak ze wspomnianymi portalami satyrycznymi. Naród, który nie rozliczył się ze swoją kolonialną przeszłością, który wciąż wierzy, że Imperium Brytyjskie to samo dobro i piękno, powinien przejść czyściec osamotnienia – poza strukturami UE, w twardej konkurencji z Indiami, Stanami Zjednoczonymi i Chinami. Wielka Brytania nie ma w swojej historii dramatycznego wydarzenia porównywalnego z Rewolucją Francuską czy Rewolucją Październikową, nie ma mitu założycielskiego zjednoczonych Niemiec Bismarcka czy odpowiednika Rewolucji Amerykańskiej (i Wojny Secesyjnej). Być może Brexit jest tym, co musi się stać, by ostatecznie obudziła się z imperialnego snu. Tylko konserwatyści gwarantują, że to przebudzenie będzie wystarczająco traumatyczne.

Zdjęcie pochodzi z serwisu Pixabay.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *