AUTOR

Andrzej Muszyński

Autor m.in. „Miedzy” i „Podkrzywdzia”, nominowany do Paszportów Polityki i dwukrotnie do Nagrody Literackiej Gdynia. Wiosną 2017 roku nakładem Wydawnictwa Literackiego ukaże się jego powieść „Fajrant” o doświadczeniu prekariatu. Ostatnio otrzymał Nagrodę A. Włodka przyznawaną przez Fundację Wisławy Szymborskiej. Mieszka na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej.

Mam stare radio Sanyo z początku lat dziewięćdziesiątych. Jamnik, dwukasetówka z naklejką „I love McDonald’s”. Antena powyginana, ledwo się trzyma, ale zbiera sygnał. I to jak zbiera.

Ostatni prawdziwy znawca zabytkowych radioodbiorników na południe od Warszawy tłumaczył mi kiedyś gęsto, że to sprawa głowicy. Te nowe, twierdził, mają słabe głowice, te stare, perorował, to petardy. W ogóle, przekonywał, te tranzystorowe są do bani, te lampowe to inna liga. Kiedy po raz pierwszy odpaliłem Nordmende Fidelio z 1956 roku, miałem wrażenie, jakby w tym pudle tkwiła żywa głowa. Głowa Beaty Pawlikowskiej w tym przypadku. Na Zetce się włączyło.

Długo próbowałem zrozumieć, jak działa radio. Trochę tekstów, łopatologicznych grafik, filmów na YouTube. Potrafiłem pojąć istotę fal, ich modulacji, ale wyobraźnia nie potrafiła sobie poradzić z dźwiękami podróżującymi na oklep przez świat – słowami, muzyką – które zanadto przypominają coś cielesnego, okonturowanego. Audycja radiowa jest więc dla mnie nadal przedmiotem wiary.

Jamnik Sanyo – tranzystorowy – musi mieć w takim razie nieziemską głowicę. Nie używałem go z piętnaście lat, ale przywiozłem dla cieśli na czas budowy domu i już został. Moją ulubioną zabawą podczas szkolnych wakacji było poruszanie karbowaną gałeczką z misją eksploracji obcych języków. Pamiętałem, że nasłuchiwałem francuskiego, subtelności ruszczyzny, tajemniczych welaryzacji arabskiego, ale chyba wyparłem to z siebie coraz mniej ufny wobec podszeptów pamięci na temat tego okresu. No ale z faktami nie ma się co szarpać. Położyłem się ostatnio na wznak, postawiłem jamnika na brzuchu i zamknąłem oczy. Najpierw fale długie – szmery, pustka. Średnie – podobnie. Przełączyłem na krótkie (SW) i usłyszałem donośne: „Allach Akbar!”.

Na falach krótkich, by ustabilizować sygnał, trzeba chirurgicznych ruchów. Pół milimetra dalej i słuchasz akordeonu na Slovensko Rozhlas 4. Była niedziela po obiedzie, a muezzin rozpuszczał moje natarczywe, zupełnie zbędne myśli, pozwalając drzemać, ale nie zapomnieć o sobie do chwili, aż ocknąłem się, i w treść jego modłów zaczął przenikać uporczywy zachodni refren. Zrobiło mi się przy muezzinie tęskno, bo właśnie wróciłem z Jordanii, gdzie na pustyni spędziłem pierwsze dni Wielkiego Postu.

Najlepsi muezzini, jak się zdaje, nadają w nocy. Stają na minarecie i pewnie czują, że mogą sobie pozwolić na więcej, bo prawie wszyscy wokół śpią. Muszą czuć nieopisywalną radość mówienia do nikogo – albo do wszystkiego – w tę swoją nieskończoność obrazowaną arabeskami na murach. Przyjemność wycia w noc, bez troski o odbiór. Ostatnio w Ammanie facet kompletnie odleciał. Dawno nie słyszałem czegoś równie pięknego. Azan, wezwanie do modlitwy, wślizguje się między sen a jawę. Czujesz, że śpisz, rozumiesz, że tak nie jest. Melodia wydaje się spokojną wodą, która zalewa miasto, wypełnia miękko jego wnęki i szczeliny. Na darmo te wszystkie porównania. Kiedyś pewien muzułmanin powiedział mi: śpiew muezzina tak bardzo przejmuje, bo jest, czy też oddaje wszystko to, czym ty nie jesteś. Oj, cienko przy muezzinach wypada modlitwa grekokatolików w kościele św. Jerzego w jordańskiej Madabie. Młody Arab wykonywał gesty tak samo niedbale, tak samo nieobecny, z tą samą gotową do szyderstwa miną jak u naszych wiejskich chłopaków, którzy stają na mszy na zewnątrz, pod drzwiami, pod płotem, albo jeszcze dalej, jak często w moich Racławicach, po przeciwnej stronie jezdni, z twarzą zwróconą w stronę świątyni, ale już z nogami na boisku, na którym rozgrzewa się festyn.

Właśnie tam, w krajach islamskich, po raz pierwszy zobaczyłem, jak ludzie poszczą. Po prostu nigdy wcześniej tego nie widziałem, nawet na naszej wsi. Owszem, kiedyś jakieś jajko sadzone, rybka w piątek, ale później i ten zwyczaj zanikł. Nie rozumiałem – chłopak z katolickiego kraju – czym jest post i po co się pości. A tu nagle ramadan – od świtu do zmierzchu ani kęsa, ani jednego orzeszka, ani łyka wody. Kiedyś – w wiosce u podnóża marokańskiego Atlasu – siedząc oparty o mur na ulicy, zrobiłem w świetle dnia coś wedle tamtejszych zwyczajów nieprzyzwoitego. Z daleka dostrzegł to stary zakapturzony Berber we włochatym ciemnobrązowym burnusie. Przechodząc obok mnie, pomachał palcem w geście zakazu. Ale przecież tam przede wszystkim – inaczej niż u nas – chodzi o wspólne święto. Komuś się post ze świętem w ogóle kojarzy? Cały ten miesiąc spędza się z rodzinami. Po zachodzie słońca wspólna kolacja, potem drzemka, pobudka w środku nocy na modlitwę, i znów odpoczynek do świtu. Niektórzy już nie zasypiają. Siedzą w ciemności, podjadają i czekają na światło – widziałem to wielokrotnie, goniąc pierwsze autobusy. Moja znajoma Jordanka zatrudniona w Krakowie (która kiedyś pod krakowską Bagatelą, w biały dzień, spotkała dwójkę najprawdziwszych Polaków: jeden z nich wykręcił jej ręce, a drugi napluł w twarz), wyjeżdża na miesiąc na ramadan. Wafaa twierdzi, że nie potrafi opisać tego nastroju.

– Ile chudniesz? – zapytałem, wracając na ziemię.
– Tyję! Ze cztery kilo. Tak to działa.
– A spać ci się nie chce?
– W ogóle. Jesteś w jakimś innym trybie, unosisz się. Mówię: tego nie da się opisać.

Jak im to gospodarka wytrzymuje? Próbowałem sobie wyobrazić religijną ekstazę, która wprawia Rzeczpospolitą w drżenie. Czterdzieści dni bez mięsa, bez galerii handlowych, bez łojenia przy kompie. Jak by na to zareagował rynek w kraju, w którym wizja zamkniętych galerii w niedzielę spędza tłumom sen z powiek? Na pewno Biedry i Lidle z miejsca wypełniłyby się produktami dla wegan, hotele ofertami z obietnicą detoksu. Cóż stałoby się, gdyby i ten towar nie schodził, gdyby wszyscy wypięli się na tę marketingową gadkę-szmatkę, która skutecznie utrwala drobnochłopską udrękę, każąc zapełniać lodówki i piwnice pętami kiełbasy, świniami i królikami, bo przecież bez mięsa się umiera; jeśli kto przez jeden dzień nie wmłóci krwistej karkówki, na następny dzień bezapelacyjne kaputt. Uczyniliśmy z rynku abstrakcję, więc wydaje nam się, że przyjmie on wszystko. A przecież to w najpierwotniejszym sensie przestrzeń, polski rynek to ziemia od Opołonka po Mierzeję Helską, na którą wysypujemy plastikowy szajs z resztkami.

Niesmacznie w świecie, w którym nakazują ascezę, a kobiety widzą świat przez szparę w nikabie, niestrawnie w kraju, gdzie szacunku do żywności uczy naród wulgarna blondyna. Rybka w oleju z kawałkiem chleba już jakoś nie cieszy. W 2025 roku ramadan wypadnie w czasie Wielkiego Postu. Dwie największe religie będą równocześnie świętować – dwa coraz szybciej oddalające się od siebie światy.

Jeszcze dwa obrazki. Parę lat temu szedłem przez miesiąc przez Himalaje Birmańskie z góralem z ludu Rawang, chrześcijaninem, moim tłumaczem. Za każdym razem, gdy siadaliśmy do jedzenia, nakrywał twarz dłońmi. Nie wypowiadał żadnych formuł, wyglądało to po prostu na moment skupienia. W wypasionej restauracji w Axim na Złotym Wybrzeżu w Ghanie podjechało kilku wystrojonych mężczyzn. Zrobili coś podobnego, tyle że wspólnie. Dopiero potem zaczęli spokojnie jeść. Piszę o tym wszystkim, bo tam uzmysłowiłem sobie, że nikt nie nauczył mnie tutaj autentycznego szacunku do jedzenia. Zamykam oczy i nic nie poradzę – widzę reklamy, rzeźnie, jogurty lejące się z wózków pod Auchan.

Poza tym w ramadan jest pewnie na ulicach mniej śmieci, które zasypują większość arabskich krajów. Na pustyni Wadi Rum, wysoko na niebie wisiał długo nowy gatunek ptaka zwany przez tamtejszą Polonię foliówką zwyczajną.

Ilustracja: Wacław Marat

Numer 4 (15)/2017

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *