Drobiazgi

Łukasz Jarosz – wiersze

AUTOR

Łukasz Jarosz

Poeta, muzyk; autor dziesięciu tomów poetyckich. Laureat wielu konkursów poetyckich. ,,Pełna krew" została uhonorowana Nagrodą Literacką im. Wisławy Szymborskiej (2013); „Świat fizyczny” oraz „Kardonia i Faber” nominowane były do Nagrody Literackiej Nike. Jego wiersze tłumaczone były na język chorwacki, włoski, angielski, rosyjski, hiszpański, szwedzki i niemiecki. Mieszka w Żuradzie pod Olkuszem. 

Klasztor

Wspinaliśmy się ścieżką przy stacjach drogi krzyżowej.
Aniołek po wrzuceniu monety do jego brzucha, piszczał:
Dziękuję bardzo. Wewnątrz oglądaliśmy habity w gablotach,
ślizgaliśmy się w kapciach po posadzce. Dzień nadymał się:
słońce sunęło blisko twarzy, jakby chciało nas pochłonąć,
w jego blasku muchy dźwigały sens i brud.

Rozłożeni nad strumykiem jedliśmy ogórki, tłuste,
smaczne zwierzęta, nasza krew namnażała się jak wirusy
i gwiazdy. Dziadek częstował ojca papierosami, wiatr tasował
ciemny papier jego skóry, kiedy podawał mi chleb.

Południe. Niedługo słońce znajdzie się w tym miejscu,
co wówczas. Niedługo moja córka będzie w tym wieku,
co ja wtedy. Właśnie przed chwilą tu przyszła i mówi:
Szatan to ktoś, kto nie kocha Pana Boga, ale chce z nim być.

 

Bajka

Wytarłem chlebem talerz. Wciąż dopada mnie
rzeczywistość: badania okresowe, pusty bak,
rachunki za wodę. Trzepię dywany, obejmuję
Kalinę oglądającą bajkę i czytam o „Krwawej Środzie”.
Smoczyca szukająca swego dziecka
i Niemiec skaczący po głowie nastolatka.

Jestem tu, spędzam miesiące, dni, godziny i ściubię,
ściubię, ściubię te wierszyki. Wieczorem mrużę oczy,
skóra na policzkach marszczy się. W końcu zasypiam
i moja twarz już łagodnieje.

 

Wiersz na piąte urodziny mojej córki

Kalina przed zaśnięciem: „Mama powiedziała, że nic
w przyrodzie nie ginie, a moja bransoletka z żółwikiem to co?”.
Jej zimne ucho na moim przedramieniu, rzęsa na umywalce.
Lalka-syrenka, pluszak, urodzinowe ozdoby. Nasze
słone łzy śmiechu, Niebo i jego nieludzkie gesty, spojrzenia.

Nic nie ginie, Kalino, nie chcę umrzeć. Zakwitł staw,
kaczka zanurkowała po kawałek chleba. Wracamy
do naszej leśnej chatki i znów myślę, że świat to wielkie,
dobre, smocze serce, a miłość unosi się jak balon,
który najpierw odbijam ręką, potem czołem i ustami.

 

Wzgórze

Czerwiec, Kalina płacze,
bo spaliłem jej stare rysunki.
Na szczęście szybko o tym
zapomina, buduje dom z klocków.

Kładę się, zamykam oczy,
by lepiej słyszeć jej głos.
A potem piszę,
by jeszcze bardziej się ukryć.

 

Pieśń

Tyle promieni przez liście. Przez szpary igieł.
Ci, co krzyczą do tłumu, ci, co podają wodę
wiosłującym pod pokładem. Znów burza, kobieta,
którą kochałem, rodzi daleko trzecie dziecko.
Jeden umarły mnie kocha, dwóch nienawidzi.
Ziemia i alkohol mnie znosi. Dotrzymuję tajemnicy.

 

Widzenie

Wiatr szeleści jak tasowane karty. Zbliża się
święto zmarłych, uruchomiono dodatkową
linię autobusową na cmentarz. Na szybie
przystanku wylana z wiadra farba, na obrazie
arkę budują Noe, jego synowie i żółw.

Jestem krwią, okiem, które szarpie nerwowa nitka.
Nic nie nasiąka treścią – droga jest drogą, jabłoń jabłonią.
Owad na podsufitce auta owadem. Zwierzęta chcą swego,
do nikogo nie należą. Wieczorami przy ogniu cudownie
smakuje ich słone, leniwe mięso. Niebo najeżone
gwiazdami. Kosmos nas nie przyjmie.
Kosmos jest pełny.

 

Małe liczby

Z daleka świszczy pociąg, przez kulisty
chuch na jego szybie oglądałem gasnące
miasto, gdzie mieszkała ona. Z gorącym
grzejnikiem pod siedzeniem, który śnieg
na butach zmieniał w sól.

Z daleka woła pociąg. Co jakiś czas
wydzwaniają obcy ludzie – kończy mi się
umowa na telefon. Przypominają sobie o mnie,
przypominają mi, że jestem.

Z daleka pociąg, a tu, pod figurką,
już drugi dzień uparcie płonie znicz. Szron
pokrywa szybkę. Moja śmierć. Moja miłość
jeszcze nigdy nie była tak wielka.

 

Nowa baśń

Nasze ciało już ktoś przeżywał. Siedzę w aucie,
pojednany z przyszłością słucham muzyki.
Teraźniejszość jeszcze poza mną, jeszcze nie wychodzę
do uczniów, którzy poznają ją tak samo jak ja kiedyś –
hodują pleśń na chlebie, ziarno fasoli w bandażu.

Ciało ktoś już miał. Nie wychodzę, dopiero za chwilę
będziemy czytać o ludziach wokół ognia, jedzących
czyste zwierzę, o tych, którzy by wykupić świętego,
zbierają monety. Tyle, ile waży jego poćwiartowane ciało.

Ilustracja: Wacław Marat

Numer 4 (15)/2017

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *