Leopold Hess

Zwycięska porażka Geerta Wildersa

AUTOR

Leopold Hess

Leopold Hess Urodzony w 1985 r., doktor filozofii, para się również językoznawstwem i filologią klasyczną. Pozostaje w platonicznej relacji z ideą komunizmu.Tymczasowo zamieszkały w Holandii.

Rzadko wewnętrzne sprawy Holandii przyciągają tak dużą uwagę międzynarodowych mediów, jak to miało miejsce w związku z tegorocznymi wyborami do niższej izby parlamentu. Powodem tego była oczywiście równie barwna co odpychająca postać Geerta Wildersa, przywódcy Partij voor de Vrijheid, tj. Partii Wolności, przez co należy rozumieć, rzecz jasna, wolność od muzułmanów. Skrajnie ksenofobiczna, zarazem antyimigrancka i antyeuropejska retoryka, która zastępuje program polityczny PVV, wydawała się znajdować silniejszy niż kiedykolwiek oddźwięk wśród holenderskich wyborców.

Przez kilka miesięcy przed wyborami sondaże prognozowały wysoki wynik Wildersa, zazwyczaj przewidując, że zdobędzie znacząco więcej głosów niż ktokolwiek z konkurentów, w tym urzędujący premier Mark Rutte (VVD). Tak się nie stało. Wilders zdobył około połowy głosów przewidywanych w najbardziej przychylnych dla niego sondażach, a najlepszy wynik osiągnęła ponownie współrządząca w ostatniej kadencji Volkspartij voor Vrijheid en Democratie (Ludowa Partia Wolności i Demokracji). „Unia Europejska odetchnęła z ulgą”.

Entuzjastyczna reakcja mainstreamu na ten zaskakujący wynik holenderskich wyborów wydaje się ogniskować wokół dwóch głównych idei, jednej dotyczącej powstrzymania „populistycznej rewolty”, drugiej dotyczącej zwycięstwa „centrum” i „normalności”. W obu tych ideach jest oczywiście jądro prawdy i mamy niewątpliwie prawo cieszyć się z faktu, że Holandia nie jawi nam się dzisiaj jako koszmar, który zapowiadały wspomniane sondaże: z PVV jako największą partią w parlamencie, zdobywającą 20, 22, może nawet 25% głosów (skończyło się na 13%). Nawet jeżeli nie znaczyłoby to, że Wilders mógłby stworzyć rząd (z uwagi na pluralistyczny skład izby niższej holenderskiego parlamentu – o czym niżej – inne partie byłyby zapewne w stanie go izolować), niewątpliwie miałoby długofalowe konsekwencje dla Holandii i dla całej Europy, a w krótkiej perspektywie co najmniej dodałoby wiatru w żagle populistycznej prawicy we Francji i w Niemczech. Takiej katastrofy udało się szczęśliwie uniknąć. Do tego dodać jeszcze można dobry wynik Democratie 66, ulubionej partii młodych, wykształconych i z dużych ośrodków, i wielki sukces GroenLinks (Zielonej Lewicy), która ponad trzykrotnie zwiększyła liczbę swoich mandatów. Wydaje się, że szeroko rozumiane środowiska liberalno-lewicowe mogą odetchnąć z ulgą i choć raz dla odmiany pomyśleć, że świat jeszcze nie całkiem się kończy i może jest dla nas wszystkich nadzieja.

Nadmierny optymizm nie jest jednak na miejscu; w Holandii wygrała nie „normalność”, ale prawica. W dalszym ciągu rozwinę ten komentarz szczegółowo, ale dla zapracowanego czytelnika przedstawiam szybkie podsumowanie: Wilders nie przegrał wyborów, ale umocnił się jako istotna siła w holenderskiej polityce. Udało się go „powstrzymać” tylko dzięki przesunięciu centrum na prawo. W nowej koalicji najprawdopodobniej nie będzie żadnej lewicowej reprezentacji. Najważniejszym aspektem tych wyborów nie jest słaby wynik Wildersa, ale zupełna dezintegracja Partii Pracy (PvdA), dotychczasowego koalicjanta VVD. Warto też odnotować pojawienie się na scenie nowego gracza, Forum voor Democratie, czyli „alternatywnej prawicy” w amerykańskim stylu.

Zarys tła: tęczowy holenderski parlament

Przyjrzyjmy się więc bliżej szczegółowym wynikom wyborów do Tweede Kamer w ich właściwym kontekście. Trzeba w pierwszej kolejności zauważyć, że system parlamentarny w Holandii ma pewne specyficzne cechy. Przede wszystkim nie istnieje tu właściwie próg wyborczy: aby zdobyć przynajmniej jedno miejsce w 150-osobowym parlamencie, partia musi zdobyć 1/150 część oddanych głosów. Co więcej, system przydzielania miejsc jest niemal idealnie proporcjonalny i przyznaje bardzo małą premię największym partiom, bowiem, przykładowo, 26,5% głosów daje 27%, tj. 41 miejsc (wynik VVD w 2010 r). Ma to dwie ważne bezpośrednie konsekwencje: partie zwycięskie rzadko mogą stworzyć rząd samodzielnie (a rozmowy koalicyjne często ciągną się miesiącami), ponadto w parlamencie znajdują się przedstawiciele wielu drobnych ugrupowań. Tym razem będzie to rekordowa liczba trzynastu partii, z których sześć ma 5 lub mniej mandatów. (Fakt, że holenderska scena polityczna wydaje się jeszcze bardziej rozczłonkowana niż kiedykolwiek wcześniej, jest sam w sobie godzien uwagi). Nie da się więc wyników holenderskich bezpośrednio porównywać z polskimi, gdzie do Sejmu wchodzi pięć partii a 25% głosów z pewnością nie daje zwycięstwa, nie mówiąc już o wyborach prezydenckich we Francji czy USA (Wilders to przecież po prostu „holenderski Trump”, prawda?).

W tym kontekście można lepiej zrozumieć wyniki najważniejszych partii. Nominalny zwycięzca wyborów, konserwatywno-neoliberalna VVD Ruttego zdobyła 33 mandaty, tracąc 8 wobec wyniku z ostatnich wyborów w 2012 r. Na drugim miejscu usytuowała się PVV Wildersa z 20 mandatami (poprzednio 15), dalej chadecka CDA i centrowo-liberalna D66 (zdobywając po 19 mandatów, obie partie odnotowały lepszy wynik niż ostatnio, zyskując odpowiednio 6 i 7 miejsc) oraz GL (Zielona Lewica), która odnotowała największy zysk, zwiększając liczbę posłów z 4 do 14. Tyle samo mandatów, co w tym wypadku oznaczało utratę jednego miejsca, zdobyła Partia Socjalistyczna (SP). Dopiero na siódmym miejscu, z zaledwie 9 mandatami (5,7% głosów), plasuje się Partij van de Arbeid, czyli Partia Pracy. To upokarzająco niski wynik formacji, która dotąd miała 38 posłów i była równorzędnym partnerem koalicyjnym VVD.

W parlamencie zachowały też reprezentację mniejsze partie „szczególnego interesu”: partia seniorów, praw zwierząt i dwie mniejsze partie chrześcijańskie (w tym ultrakonserwatywna kalwińska SGP, która sprzeciwia się prawu wyborczemu kobiet). Na osobną uwagę zasługują dwie nowe partie, które dopiero po raz pierwszy zdobyły miejsca w parlamencie: Denk i Forum voor Democratie (odpowiednio 3 i 2 mandaty).

Denk znaczy „myśl” po holendersku, a zarazem „równość” po turecku. Mówiąc w pewnym uproszczeniu, jest to partia mniejszości tureckiej, której program skupia się na walce z rasizmem i wykluczeniem socjoekonomicznym imigrantów, promocji różnorodności i „międzynarodowej sprawiedliwości”. Cieszy się ona rosnącą sympatią imigrantów nie tylko z Turcji, ale i z wielu innych krajów, czy to Ghany, czy Macedonii. Jednocześnie jednak Denk jest oskarżana o podsycanie konfliktów społecznych, posługiwanie się fake news i… popieranie Erdogana. Niektórzy twierdzą wręcz, że partia ta jest jedynie marionetką tureckiego autokraty, który ma sporo zwolenników wśród tureckiej diaspory również w Holandii. Nie jest więc jeszcze jasne, co należy sądzić o Denk, ale warto śledzić z uwagą rzeczywiste poczynania tej nowej partii teraz, kiedy ma już posłów w parlamencie.

Nikt za to nie powinien mieć złudzeń co do charakteru Forum voor Democratie (FvD). Jej lider znany jest z pogardy dla kobiet, zwanej oględnie antyfeminizmem, słabo skrywanego rasizmu i publicznie wyrażanego poparcia dla takich świetlanych postaci jak Milo Yiannopoulos. FvD przypomina charakterem ugrupowania, które w amerykańskim kontekście przyjęło się nazywać alt-right, z naturalnym dodatkiem zdecydowanego eurosceptycyzmu (partia wyrobiła sobie markę, prowadząc kampanię za „nie” w tzw. ukraińskim referendum w 2016 r., i postuluje wystąpienie Holandii z UE). Krótko mówiąc, FvD to właśnie powód, dla którego w innych krajach istnieją progi wyborcze – a bardziej serio, zdobycie przez taką partię prawie 2% głosów powinno może niepokoić bardziej niż wynik Wildersa (który zresztą zdecydowanie odcina się od mizoginii i rasizmu, krytykując wyłącznie „kulturę islamu”).

Skręt na prawo

Najważniejszą konsekwencją tych wyborów jest być może dezintegracja PvdA – która, mówiąc w dużym uproszczeniu, podążała w ostatnich dekadach „blairystowskim” szlakiem do centrum, a w koalicji z VVD w ostatniej kadencji firmowała neoliberalne reformy spod znaku polityki austerity. Szczególnie wyraźne straty PvdA odnotowała w dużych miastach. W Amsterdamie najwięcej głosów zdobyła Zielona Lewica, za nią D66 i VVD, PvdA zajęła dopiero czwarte miejsce. W Rotterdamie, dawnej robotniczej twierdzy, oraz w Hadze nawet Denk zdobyła więcej głosów (co ciekawe, w Amsterdamie, gdzie imigranci są naturalnie szczególnie liczni, z 7,5% głosów formacja ta wyprzedziła również partię Wildersa). Wątpliwe jest, żeby Partia Pracy mogła się z tej klęski w najbliższym czasie podnieść – w każdym razie jej los jest kolejnym znakiem, że w europejskich demokracjach nie ma już miejsca na nominalnie lewicowe partie „trzeciej drogi”. Bez obszerniejszego zbioru danych i pogłębionej analizy trudno jest powiedzieć, gdzie dokładnie odeszli wyborcy PvdA, ale łatwo zauważyć, że głosów przybyło przede wszystkim tym partiom, które reprezentują wyrazistą tożsamość programową, niezależnie od konkretnej pozycji na spektrum – czy mowa o ekologiczno-lewicowej GL (chociaż jej lewicowej wiarygodności ujmuje nieco zarówno dawniejsza historia, jak i dość desperacko sygnalizowana gotowość wejścia do koalicji rządowej; to jednak zupełnie inny temat), czy o autentycznie centrowej i postępowej D66, czy o którejś z wachlarza coraz bardziej konserwatywnych partii prawicowych.

W tej sytuacji PvdA nie będzie już raczej atrakcyjnym partnerem koalicyjnym dla Ruttego i VVD. Jak może więc wyglądać nowa holenderska koalicja rządząca? Prawie na pewno jej rdzeniem będą VVD i CDA (łącznie 52 mandaty), dwie konserwatywne partie, które rządziły wspólnie przez wiele lat w różnych okresach holenderskiej historii. Większość komentatorów przewiduje, że dołączy do nich D66 – modelowa partia profesjonalnej klasy średniej, sceptyczna wobec neoliberalnej ideologii i postulująca „mieszaną gospodarkę” ze znaczną rolą interwencji państwowej, a zarazem proponująca obniżkę podatków i uelastycznienie rynku pracy, przy tym liberalna pod względem obyczajowym i kładąca duży nacisk na zwiększenie środków na edukację, innowacje i ochronę środowiska. Chociaż niektóre z tych punktów programowych brzmią atrakcyjnie, trzeba się raczej spodziewać, że zostaną one łatwo zamiecione pod dywan przez większościowych koalicjantów. Do większości parlamentarnej brakować będzie jeszcze 5 głosów – i tu niektórzy (a zwłaszcza członkowie tej partii) widzą szansę dla Zielonej Lewicy. Na co dokładnie miałaby to być szansa, nie wiadomo, bo będąc najmniejszym członkiem koalicji, GL miałaby bardzo ograniczone możliwości realizacji jakiejkolwiek części swojego programu. Co więcej, taka dość nienaturalna kombinacja nie jest wcale potrzebna – innym możliwym koalicjantem jest mniejsza partia chrześcijańska CU, mająca dokładnie 5 mandatów. Całkiem prawdopodobna wydaje się też opcja rządu mniejszościowego z pozakoalicyjnym poparciem Wildersa (taka sytuacja miała już miejsce w latach 2010-2012).

W każdym razie nowy rząd holenderski będzie jeszcze trochę bardziej prawicowy niż dotąd. Całe spektrum polityczne również przesuwa się na prawo: blok partii nominalnie lewicowych (PvdA, GL, PvdD i SP) stracił 17 mandatów, blok partii prawicowych (VVD, CDA, PVV, CU, SGP, FvD) zyskał 5.

Te bardziej subtelne przesunięcia w holenderskiej polityce są naturalnie mniej interesujące dla obserwatorów z zewnątrz – wróćmy więc do Wildersa i jego rzekomej porażki w wyborach. W polityce wszystko jest względne. W porównaniu z przewidywaniami wielu sondaży z ostatnich miesięcy Wilders zdobył, jak już wielokrotnie powiedziano, zaskakująco niewielką liczbę głosów. To jednak mówi nam coś jedynie o tych sondażach, a nie o rzeczywistym sukcesie PVV. Bo trzeba mówić o sukcesie: partia Wildersa nie tylko zdobyła mandaty, zwiększając liczebność swojej parlamentarnej reprezentacji z 15 do 20 posłów, ale zrobiła to, gdy inni tracili, w efekcie stając się po raz pierwszy drugą największą siłą w parlamencie.

W przypadku powstania rządu mniejszościowego, wymagającego poparcia PVV, co nie jest wykluczone, Wilders będzie miał kluczowy wpływ na kształtowanie polityki wobec imigrantów i UE. W każdym zaś razie umocnił się jako istotna siła w holenderskiej – i europejskiej – polityce. Nawet jeżeli w jakimś wymiarze odniósł porażkę, bo nie wygrał tak dużo jak mógł, to z całą pewnością porażka ta go nie zmiażdżyła ani nie zatrzymała.

Co więcej, jeżeli wyjrzymy nieco poza abstrakcyjne rachunki głosów oraz miejsc w parlamencie i przyjrzymy się temu, co naprawdę ma znaczenie, czyli władzy kształtowania dyskursu, to w tym wymiarze Wilders odniósł zwycięstwo zdecydowane. „Odebranie” mu głosów, które przyznawały mu sondaże, było możliwe tylko dzięki temu, że VVD (która według tych samych sondaży miała stracić dużo więcej, niż się okazało) i CDA przyjęły w swej retoryce narzucony przez PVV ton. Obrazowym przykładem tego może być wypowiedź premiera Ruttego, który sugerował, by imigranci, którzy odmawiają „zachowywania się normalnie”, „wynosili się” z powrotem do kraju pochodzenia. Konserwatywni chrześcijanie z CDA wtórowali mu, oskarżając islam o zaprzeczanie „sięgającej wstecz tysiąclecia judeochrześcijańskiej tradycji równości mężczyzn i kobiet” (tak, warto się cofnąć i przeczytać sobie to zdanie jeszcze raz). Przykładem bardziej konkretnym i potencjalnie obciążonym istotnymi długofalowym konsekwencjami nie tylko dla Holandii była bezsensowna eskalacja dyplomatycznego sporu z Turcją tuż przed wyborami. Jej logiki nie da się pojąć inaczej niż jako chęci zaprezentowania na użytek ksenofobicznej części elektoratu twardej linii wobec imigrantów.

Dwadzieścia mandatów PVV w nowym parlamencie może akurat dać Wildersowi dość, aby dopilnował, by za tą retoryką poszły czyny (jak np. proponowane przez CDA zniesienie możliwości posiadania podwójnego obywatelstwa). Ważniejszy tu jest jednak tak zwany big picture: prawda o holenderskich wyborach jest taka, że to nie normalność obroniła się przed populistyczną prawicą; to ksenofobiczny populizm staje się nową normalnością.

Nawet więc jeżeli przykład holenderski pokazuje, że całkowity triumf skrajnej prawicy nie jest nieunikniony, to nie oferuje tego, czego środowiska lewicowe (czy liberalne) najbardziej potrzebują, czyli wskazówek, jak postępy skrajnej prawicy zatrzymać (nie mówiąc o ich odwróceniu i odzyskaniu utraconego gruntu). Spowalnianie metodą appeasementu, do czego sprowadza się strategia pana Rutte i jemu podobnych, nie jest rozwiązaniem długofalowym.

Jest jednak jeszcze jeden szczegół w całej tej historii, z którego da się wyciągnąć bardziej pozytywną lekcję. W tych wyborach odnotowano nadspodziewanie dużą frekwencję: 81%. W ostatnich latach było to ok. 70-75%; jest to najwyższa frekwencja od 30 lat. Być może wpływ na to miała wyjątkowo dobra pogoda, ale może był to, jak przypuszcza wielu komentatorów, efekt dużej mobilizacji elektoratu niechętnego Wildersowi, która mogła przyczynić się do słabszego niż oczekiwano wyniku PVV. Mówiłem już wyżej o tym, że lepsze wyniki wydają się osiągać partie niestroniące od wyrazistej tożsamości programowej i zdecydowanego określania swojej pozycji. Być może więc tym, czego trzeba, aby zatrzymać postęp wszelkiej maści ekstremistów i quasi-faszystów, nie jest konserwatywno-liberalna mimikra normalności i stabilnego centrum, ale zdecydowana i jasno wyartykułowana alternatywa. Być może. Zobaczymy wkrótce we Francji i w Niemczech, na którą stronę upadną kolejne kostki tego domina.

Zdjęcie z serwisu Wikipedia.
Numer 3 (14)/2017

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *