PRAWO DO WSI

Pieśni do śmierci jeszcze żywe

AUTOR

Julia Biczysko, Marcin Kuliński

Z Julią Biczysko i Marcinem Kulińskim, współtwórcami projektu „Pieśni do śmierci” realizowanego przez Stowarzyszenie Katedra Kultury, rozmawia Aleksandra Bilewicz

 

Aleksandra Bilewicz: Od początku 2015 r. jeździcie po wsiach wschodniego Mazowsza (okolice Łochowa, Węgrowa, Sokołowa Podlaskiego, Kosowa Lackiego), by szukać pieśni pogrzebowych oraz osób, które wciąż jeszcze czuwają i śpiewają przy zmarłych. Dlaczego właśnie pieśni pogrzebowe Was szczególnie zainteresowały?

Julia Biczysko: Ja zainteresowałam się nimi głównie ze względów literackich. Spośród rozmaitych tradycyjnych pieśni lirycznych i obrzędowych, z którymi się spotkałam i które śpiewam, polskie pieśni pogrzebowe wyróżniają się pięknym językiem, są pełne metafor. Z muzyką tradycyjną bywa różnie – czasem utrzymują się warianty melodyczne albo teksty bardzo dawne, ale najczęściej są one modyfikowane. Choć ciągle żyją, są aktualne, to jednak zanika ich pierwowzór. Tymczasem w pieśniach pogrzebowych tekst – zapisany w niektórych przypadkach nawet w XVI w. i przepisywany do kolejnych śpiewników – zachował się w tylko nieznacznie zmienionym kształcie.

Marcin Kuliński: Pieśni pogrzebowe, a także wielkopostne, które czasem dostawały się do śpiewników pogrzebowych, są najbardziej dostojne, mają najpiękniejsze teksty. W odróżnieniu na przykład od pieśni maryjnych, których bardzo dużo powstawało i ciągle powstaje, pieśni pogrzebowe są stare – nowe praktycznie nie powstają. Osoby, które je śpiewają, znają po prostu pieśni od swoich rodziców i innych śpiewaków we wsi. Znaczenie ma fakt, że takich pieśni jest wyjątkowo dużo.

Kiedy zaczęliśmy jeździć po wsiach, zaciekawił nas kontekst społeczny tych pieśni. Czuwanie przedpogrzebowe jest przede wszystkim sytuacją społeczną. Treść religijna jest tam bardzo ważna, ale to nie jest sentymentalne skupianie się na swojej pobożności, tylko odwrotnie: wychodzenie w stronę rodziny czy całej wiejskiej społeczności. To jest ostatni dobry uczynek dla zmarłego, jak powiedziała śpiewaczka z Turny. Czuwać chodzili wszyscy, szczególnie jeśli osoba zmarła była poważana we wsi. Pewnie można powiedzieć, że wszyscy kiedyś na wsi byli bardzo religijni, ale na pewno jedni byli bardziej, inni mniej. Ich wszystkich ten zwyczaj łączył, mieli potrzebę oddania czci zmarłemu.

J.B.: Trzeba dodać, że znaczenie miał też skład, w którym zaczęliśmy te badania. W naszym projekcie uczestniczą osoby, które dużo śpiewają oraz interesują się muzyką tradycyjną. W składzie jest jeszcze Anna Jurkiewicz, Martyna Kargul, Julia Kozera, Michał Pietrusiewicz i Tomek Osuch. Część tego składu poznała się na wspólnym śpiewaniu, między innymi u Adama Struga. Tam też śpiewało się pieśni pogrzebowe, tylko że kurpiowskie.

Dlaczego Wasz wybór padł właśnie na okolice wschodniego Mazowsza?

M.K.: Mój pradziadek pochodził z Borzych niedaleko Węgrowa, był szewcem, wciąż mam tam rodzinę. Jeździłem do Borzych na wakacje, odkąd pamiętam. Kiedy kilkanaście lat temu zainteresowałem się śpiewaniem i muzyką tradycyjną, zacząłem się zastanawiać, czy na „mojej” wsi zostały jakieś tradycje śpiewacze. Długo zabierałem się do tego szukania, bo nie miałem doświadczenia etnograficznego. W końcu odważyłem się zadzwonić do organistki z Korytnicy, którą usłyszałem na mszy pogrzebowej kogoś z mojej rodziny. Znała pieśni tylko ze śpiewników, ale słyszała, że w pobliskich Rowiskach ludzie jeszcze śpiewają. Gdy odnaleźliśmy panią Sabinę, do której doprowadziła nas pani ze sklepu w Rowiskach, okazało się, że znajdywanie właściwych osób jest całkiem łatwe – jeżeli we wsi jest jeszcze ktoś, kto śpiewa.

Rejon, który badacie, obszar stosunkowo bliski od Warszawy, nie wydaje się cieszyć dużym zainteresowaniem badaczy kultury tradycyjnej czy etnografów. Być może nie ma tak wyraźnej „wschodniej” tożsamości, jak Podlasie, choć to już blisko…

J.B.: To prawda, to była dla nas tak zwana biała plama, jeśli chodzi o muzykę.

M.K.: Znaliśmy pieśni z Kurpiów, z Podlasia, z Radomszczyzny… A stąd nic.

J.B.: Ważnym elementem tej historii jest fakt, że Adam Strug, od którego uczyła się śpiewać część naszej grupy, uczył pieśni kurpiowskich, ale też zachęcał do tego, żeby szukać w bliskim sobie regionie, np. tropem tego, skąd są rodzice czy dziadkowie. Zachęcał do tego, żeby jeździć i szukać na własną rękę.

Akurat dość dobrze znam ten region i wydawał mi się zawsze raczej pozbawiony starych, lokalnych tradycji. A jednak okazało się, że całkiem sporo pieśni się tam zachowało.

M.K.: To prawda, że jest tu na przykład mało instrumentalistów. Próbowaliśmy się dowiedzieć, kto w okolicy śpiewa i gra – dopiero w Sterdyni funkcjonuje znany zespół Sterdyniacy. Zauważyliśmy też, że tradycja ta lepiej utrzymuje się tam, gdzie jest gorszy dojazd do Warszawy, z dala od głównych szos. Właściwie powiedziała nam to pani Sabina Postek z Rowisk: tam późno doszedł asfalt i słupy z elektrycznością, więc mieszkańcy musieli żyć, polegając na swoich siłach. Jedynym źródłem ich utrzymania mogła być rola. Nie mogli wyjeżdżać do Węgrowa ani do Warszawy.

J.B.: Teraz natomiast ludzie narzekają, że młodzi wyjeżdżają ze wsi. Bardzo często starsze osoby tak diagnozują upadek tradycji – że już nie ma tej energii, żeby w ogóle coś robić. Dziadkowie zostają po prostu sami. Wsie, do których jest gorszy dojazd się wyludniają, a te, gdzie jest lepszy, są nadal zasilane energią młodszych, bo oni mogą dojechać do pracy i wrócić.

A więc najpierw znaleźliście panią Sabinę. Dotarcie do osób śpiewających w innych wsiach okazało się równie łatwe?

M.K.: Ludzie o sobie wiedzą we wsi. Wiadomo, kto śpiewa, kto chodzi na czuwania.

J.B.: Śpiewak pogrzebowy to rodzaj rozpoznawalnej funkcji społecznej. Kiedyś bywało tak, że ludzie jeździli do niedalekiej wsi po śpiewaka, bo wiedzieli, że jest dobry.

M.K.: Ośmieliło nas to, że udało nam się znaleźć panią Sabinę. Zatrzymywaliśmy się więc samochodem pod sklepem albo pytaliśmy starszych ludzi siedzących na ławce, bo czasem jeszcze są ławki przy drogach przed chałupami, albo gdy widzieliśmy, że ktoś pracuje w ogródku, to pytaliśmy.

J.B.: Często ktoś nas brał za świadków Jehowy – to normalne, kiedy widzi się parę nieznanych w danej wsi ludzi chodzącą po domach. Fakt, że nas ostatecznie wpuszczano, dobitnie świadczył o tym, że cel, dla którego to robimy, był akceptowany.

Czy osoby, które śpiewają pieśni pogrzebowe, chętnie o tym opowiadały, dzieliły się pieśniami?

J.B.: Chyba dobrze się złożyło, że na początku trafiliśmy na osoby, które były chętne do rozmowy, bo teraz sobie przypomniałam, że na przykład w okolicach Adamowa i Osówna odsyłano nas od wsi do wsi. My już nie śpiewamy, jedźcie tam – mówiono. Gdybyśmy na początku na coś takiego trafili, myślę, że byśmy się zniechęcili.

M.K.: W końcu trafiliśmy tam do śpiewaczek, które dużo umiały. Ale z jakiegoś powodu ludzie o nich nie wiedzieli. Być może łatwiej było w okolicach Borzych, gdzie wspominałem o mojej rodzinie. W ten sposób nie byliśmy całkiem anonimowymi badaczami z Warszawy.

J.B.: Ale nie wszędzie to było potrzebne, a to jest cała prawda o świecie: niektórzy są bardzo otwarci, inni mniej.

Odwiedziliście ok. 100 miejscowości. Piszecie na Waszej stronie internetowej, że mniej więcej w połowie z nich udało Wam się znaleźć osoby, które jeszcze śpiewają.

J.B.: Tak, choć różnie się to rozkładało. Czasem było we wsi kilka śpiewających osób, a czasem były to pojedyncze osoby albo pary. Ale niewielu było przewodników – takich osób, które dobrze pamiętają i melodie, i teksty, potrafią zacząć pieśń tak, żeby inni mogli za nimi podążać.

M.K.: Tylko 15 osób z tych, które spotkaliśmy, zgodziło się, żeby to nagrać, a potem opublikować.

Śpiewają głównie osoby starsze. Czy można powiedzieć, że zwyczaj śpiewania pieśni pogrzebowych zanika na tym terenie?

M.K.: To nie jest coś, co byłoby atrakcyjne dla osób młodych, powiedzmy kilkunastoletnich. Przy pieśniach majowych widać czasem przy kapliczkach starsze panie i małe dziewczynki.

J.B.: Ogólnie można powiedzieć, że ta tradycja jest w zaniku. Niezależnie od tego, z kim rozmawialiśmy, wszyscy na to wskazywali. Nie ma żadnych argumentów za tym, żeby twierdzić, że sytuacja jest stabilna, albo że jest wzrostowa. Natomiast jakieś wyjątki się zdarzają, tak jak w Chruszczewce (gmina Kosów Lacki). Byliśmy u pani Grażyny Kowalskiej, która od trzydziestu paru lat opiekuje się kaplicą i prowadzi tam śpiew. Zawsze otwiera w niedzielę, przygotowuje wszystko, nie opuściła ani jednej niedzieli, nawet gdy rodziła dzieci. Na początku nie mieliśmy przekonania, czy chcemy do niej wracać, wydawało się, że nie ma dla nas czasu. Ona jednocześnie prowadzi gospodarstwo, ostatnio łapaliśmy ją przy dojeniu krowy. Ciekawostką jest to, że okazało się, że ona już ma wsparcie. Pojawił się 26-letni chłopak, który jest prawdziwym pasjonatem, ma ponagrywane na komórce wykonania organisty z Kosowa Lackiego. W naszym odczuciu sam byłby świetnym organistą.

M.K.: Jeździ do Kosowa i do Siedlec, bo interesuje się oficjalną muzyką kościelną. Ma też skoroszyt z pieśniami, wiele zna na pamięć, bardzo dobrze śpiewa.

J.B.: Niesamowite było to spotkanie. To był pierwszy spotkany przez nas podczas badań młody człowiek, który jest prawdziwym pasjonatem śpiewu. Ale to jest jeden człowiek na sto wsi.

Czy osoby, które kultywują tradycje pieśni pogrzebowych, czymś się wyróżniały na tle pozostałych mieszkańców wsi oprócz swojego wieku?

J.B.: Pod względem mieszkania czy zawodu nic tych osób szczególnie nie wyróżnia. Zdarzały się osoby, po których widać było, że są samotne, nikt z nimi nie mieszka i rzadko ktoś do nich wpada. Ale też takie, które mają intensywne życie rodzinne, zajmują się gospodarstwem. Na przykład pan Tararuj ma przy domu plantację malin.

M.K.: Jeszcze były takie dwie panie z okolic Dobrego, z Adamowa. Są aktywne zawodowo, jedna z nich ma gospodarstwo z dużą liczbą krów – to raczej businesswoman.

Czuwanie przy zmarłym jest wydarzeniem społecznym, które tradycyjnie miało swój określony porządek. Jak to mniej więcej wyglądało?

M.K.: W każdej wsi trochę inaczej. Jednak wszędzie był kiedyś śpiewak-przewodnik, który układał ceremoniał, porządek pieśni. Pan Zdzisław Tararuj z Wieski (gmina Jabłonna Lacka), jedyny przewodnik, którego poznaliśmy, miał u siebie w zeszycie po kolei ułożone pieśni.

Kto zwykle zostawał przewodnikiem?

M.K.: Na pewno był to ktoś szanowany i ktoś, kto miał taką potrzebę. Pan Tararuj ma potrzebę śpiewania, lubi to. W większości wsi przewodnicy jednak już zmarli, a zostali tylko ci, którzy wcześniej byli ich towarzyszami-śpiewakami. Więc teraz, jak się spotykają, kolejność pieśni i rytuał ustanowiony wcześniej przez przewodnika nie mają już takiego znaczenia.

J.B.: Nie wiem, czy jest jeden klucz do tego, kto zostawał przewodnikiem. Wydaje mi się, że raczej ktoś, kto pełnił taką funkcję, stawał się autorytetem, a nie odwrotnie.

Kiedy ktoś umierał, śpiewacy zbierali się jeszcze tego samego wieczora w jego domu. Zostawali przy nim kilka dni…

J.B.: Jedni mówili, że czuwanie przy ciele trwało dwa dni, inni, że trzy, jeszcze inni – że nawet więcej.

M.K.: Kiedy ktoś umiera, ludzie zwykle się schodzą i śpiewają cały pierwszy dzień, drugiego dnia tak samo, a trzeciego dnia jest już wyprowadzenie. Rano śpiewa się jeszcze przed przybyciem księdza, który odprawia modlitwę, a potem wszyscy formują kondukt. Dalej następuje pożegnanie z domem, pojawiał się też w opowieściach motyw żegnania się z wsią pod krzyżem na końcu miejscowości, pod którym śpiewano pieśń Witaj, Królowo. A od krzyża wieziono kiedyś zmarłego furmankami.

W Jaczewie były dwa przedwojenne śpiewniki, które obowiązkowo musiały się znaleźć na czuwaniu. Jeden mógł być dany kobietom, a drugi mężczyznom, bo kiedyś to śpiewanie wyglądało tak, że na zmianę śpiewali mężczyźni i kobiety…

J.B.: …choć były też miejsca, gdzie śpiewano razem, gdzie nie było podziału na kobiety i mężczyzn.

Śpiewacy byli zapraszani czy schodzili się sami?

M.K.: Kiedyś się po prostu przychodziło, a potem równolegle w kilku wsiach zaczęły się jakieś poczęstunki dla śpiewaków, żeby ich zachęcić.

J.B.: W Jaczewie od dawna był placek drożdżowy jako część tego rytuału. Ten placek był pieczony nie przez rodzinę zmarłego, tylko przez sąsiadki, co wspaniale świadczyło o społeczności. Z tego samego ciasta przygotowywano też dużo małych placuszków z myślą o dzieciach – podobno przychodziły i ustawiały się na podwórku, bo wiedziały, że przy pogrzebie dostaną tę bułkę. Wiadomo, że w żałobie trudno jest troszczyć się o takie rzeczy, jest to wyzwanie, ale sąsiedzi i sąsiadki przychodzili i wspierali. Jednak w większości miejsc mówiono, że „siadało się” i nie dawano nic do picia czy do jedzenia. Było śpiewanie przy nieboszczyku i różaniec.

To nie rodzina śpiewała przy zmarłym, tylko ci, którzy przybyli, sąsiedzi. Dlaczego?

J.B.: Właściwie z praktycznych względów, może to być bardzo obciążające emocjonalnie. Teksty są niezwykle przejmujące. Rodzina nie miała siły śpiewać.

M.K.: I śpiewanie, i pieczenie placka przez sąsiadki miało na celu wyręczenie, odciążenie rodziny. I towarzyszenie jej. Od mycia i ubierania też najczęściej był ktoś osobny we wsi.

J.B.: Wsparcie ma też wymiar symboliczny. Ludzie, przychodząc i śpiewając, pokazywali swój szacunek do zmarłego. Historie z ostatnich lat też pokazują, że jeżeli ktoś ważny, znamienity czy bliski większości mieszkańców umierał, to przychodziła naprawdę cała wieś. Były też jednak osoby, przy których czuwanie nie było tak liczne – osoby mniej popularne, takie, które sobie coś „nagrabiły”.

Spójrzmy na całe wydarzenie szerzej. Jakie było jego znaczenie dla społeczności? Co mówiło ono o postrzeganiu śmierci?

J.B.: Były opowieści, które wskazywały na to, że bardzo istotne było „odprowadzenie” zmarłego. Po to, żeby on już nie wracał, żeby miał już spokój. Uważano, że odprawienie tego rytuału jest potrzebne, żeby mógł w spokoju i do końca odejść.

M.K.: Krążą legendy, baśnie o zmarłych, którzy wracali. Jedną z nich opowiadała pani Sabina…

J.B.: …bliscy zmarłego, przy którym nie zorganizowali tzw. poczesnego, znajdowali w jego domu ustawione na stole szklanki, których tam wcześniej nie było. Ponoć dzieci zobaczyły zmarłego i powiedziały, że wujek wrócił. Zrobiono więc czuwanie już po pogrzebie – i szklanki przestały się pojawiać. W Rowiskach, gdzie mieszka pani Sabina, jest taki zwyczaj, że mieszkańcy spotykają się w domu zmarłego jeszcze tydzień po odprowadzeniu zwłok. Magiczne czy religijne znaczenie rytuału było takie, że uważano, że ta dusza zostaje gdzieś pomiędzy niebem a ziemią, „kołacze się”. Należy ją odprowadzić, aby trafiła tam, gdzie trzeba.

A może opowieść o powracaniu zmarłego i konieczności zamknięcia pewnego rozdziału należałoby rozumieć symbolicznie. Rytuał pomagał nie tyle zmarłemu, ile tym, co zostali – przetrwać żałobę, pogodzić się z utratą?

M.K.: Nie używa się słów „przepracowanie”, „żałoba”, mówi się raczej o tym, czego potrzebuje zmarły, jak w opowieści ze szklankami. Ale pewnie jest to próba ominięcia czegoś, co jest nienazwane. Pani Sabina z Rowisk, i nie tylko ona, narzekała na domy pogrzebowe. Mówiła, że kiedyś, jak ktoś zmarł, to był szacunek do człowieka. A teraz, czy dobry był, czy niedobry – zmarł, już go wywieźli, już go nie ma. Uznała, że tak nie wypada wobec tej osoby, tego, jakie miała znaczenie; pożegnanie powinno być godne.

Teraz zmiata się trochę śmierć pod dywan.

J.B.: Tak, i to również podawano jako przyczynę odchodzenia tej tradycji. Siedzenie przy ciele, żegnanie zmarłego, śpiewanie pieśni jest zbyt ciężkim doświadczeniem, ludzie nie chcą się w tej żałobie tak zagłębiać. Więc szybciej wszystko formalizują i chowają zmarłego. Pytanie, czy rzeczywiście przechodzą żałobę. A przecież to był jeden z obrzędów przejścia, w których uczestniczyła duża część społeczności. Innym takim momentem był oczywiście ślub – i też były osobne śpiewy do panny młodej, do pana młodego i ich rodzin. Wszystkiemu, co ważne, towarzyszyły śpiewy, rytuały.

M.K.: Wydaje mi się, że problemem nie jest „ciężar” pieśni, ich smutny ton i treść, tylko w jakimś sensie problemy organizacyjne. Kiedyś ludziom nie było dziwne przyjść, umyć nieboszczyka, ubrać go. Teraz to jest problem. Życie w Rowiskach, zanim podprowadzono tam prąd i asfalt, a wszyscy żyli z roli, było cięższe niż teraz, kiedy prawie wszyscy jeżdżą pracować do Węgrowa, np. w urzędzie. W związku z tym czynności techniczne, które trzeba było przy tej okazji wykonać, mogły kiedyś wydawać się lżejsze. Ludzie, chcąc się pozbyć tych przykrych obowiązków, być może nawet nieświadomie pozbywają się tego, co było najważniejszą częścią czuwania – spotkania z ludźmi, śpiewania. Kiedyś było w ogóle więcej życia społecznego. Podczas któregoś spotkania z panią Sabiną Postek okazało się, że miejscowi sobie urządzali komedyjki we wsi. Ktoś jechał do biblioteki, wypożyczał jakiś dramat i później go wspólnie wystawiano.

A jak starsi ludzie, których spotkaliście, tłumaczą zanik tradycji czuwania?

M.K.: Jedna pani opowiadała, że kiedyś wszyscy się schodzili, nikt nikogo nie zapraszał, tylko wiadomo było, że jak ktoś umarł, to tego dnia się przychodziło, i później to przez trzy dni trwało. To była oczywistość. W pewnym momencie pojawiły się jednak cukierki, potem herbata i cukierki, a potem zaczęły się jakieś kanapki, jakiś większy poczęstunek.

J.B.: Pojawiła się potrzeba, żeby ten śpiew wynagrodzić.

M.K.: Ludzie poczuwali się do tego, żeby ugościć tych śpiewaków, i chciano to robić coraz lepiej. W którymś momencie zaczęto zwracać uwagę na to, kogo zaprosić, bo nie było pieniędzy na aż tyle herbaty, śledzi, ciasta itd. Tu się zaczęło dobieranie śpiewaków.

J.B.: Więc diagnoza tej pani była taka, że zaczęto robić wystawne przyjęcia, i jak kogoś nie było stać, to mu było głupio. Wolał nie robić czuwania wcale.

M.K.: Drugą opowieść przekazała nam pani Sabina Postek. Za którymś razem, jak do niej przyjechaliśmy, mówiła: No właśnie, jak jeszcze w zeszłym roku się siadało, to od tego roku to się zaczęło psuć. Okazało się, że ktoś umarł w Wielkanoc…

J.B.: …to się wydarzyło w Wielki Czwartek, w Wielki Piątek nie mogli chować, w Wielką Sobotę też, w niedzielę tym bardziej, więc ciało trafiło do chłodni. A jak już tam było, to oni powiedzieli: dobra, to już nie bierzemy go z powrotem do domu. I tak powstał we wsi precedens, na który powołują się wszystkie kolejne rodziny chowające swoich bliskich.

M.K.: Pierwsza przyczyna zaniku wiąże się na pewno z wyobrażeniem, że wszystko musi być wystawne jak komunie czy wesela. Druga opowieść wiąże się pewnie z wyobrażeniem o higienie…

J.B.: Ja to rozumiem w ten sposób, że po prostu nikomu się nie chce. Opowiadano nam, że niektórzy młodzi nie widzą w tym sensu. Aczkolwiek są takie miejsca – bliżej Bugu – w których tradycja się trzyma, co jest tłumaczone przez fakt, że jest tam dom pogrzebowy, który dysponuje przenośnym „zimnym stołem”. Nie ma problemu związanego z tym, że ciało zaraz będzie się psuło, kiedy jest gorąco. Ta przenośna chłodnia jest wstawiana do domu zmarłego. Trzeba dodać, że jest taki mit, że Sanepid zabrania trzymania ciała w domu.

Porozmawiajmy teraz o samych pieśniach. Skąd pochodzą pieśni pogrzebowe śpiewane na terenie Waszych poszukiwań? Wiem, że historia niektórych sięga nawet XVI wieku.

M.K.: Większość z nich, jeżeli chodzi o melodię, ma pochodzenie barokowe. Ale pojawiają się w nich nawet motywy chorału gregoriańskiego. Pierwotnie pieśni te powstawały we dworach i w klasztorach. Dla wsi źródłem pieśni pogrzebowych były śpiewniki. Jednym z nich był Śpiewnik Pelpliński, „zbiór pieśni nabożnych”, wydany po raz pierwszy w drugiej połowie XIX w. Te grube opracowania krążyły po całej Polsce. W Wiesce znaleźliśmy śpiewnik z XIX w., ale nie wiemy dokładnie, kiedy i gdzie wydany, ponieważ nie miał pierwszej strony.

Największy „skarb”, jaki znaleźliśmy, ręcznie spisany zeszyt z Jaczewa, był datowany na 1938 r. Większość śpiewników funkcjonowało tylko jako przepisane zeszyty. Pochodzenie tych pieśni nie jest więc wiejskie. Są zapożyczone, ale jednak przekształcone – w każdej wsi śpiewa się je trochę inaczej.

J.B.: Wyjściowo pieśni te pochodziły najczęściej ze źródeł kościelnych i dworskich, ale się w pewien sposób „wyemancypowały” – część z nich została na tyle znacząco przekształcona, że to nie jest ta sama melodia. Pieśni te funkcjonowały wśród ludzi setki lat.

M.K. : Są też jednak takie melodie, które wzięły się, o dziwo, z oberków albo mazurków, są jak gdyby spowolnionymi tańcami. To znaczy, że mieliśmy tu do czynienia z melodią wiejską, świecką, adaptowaną do religijnych celów.

Przeczytałam, że śpiewniki, w przepisywanych kopiach, krążyły niekiedy między domami. Były własnością wspólną.

J.B.: W niektórych miejscach były własnością wspólną, w innych bardzo dbano o to, żeby każdy ze śpiewających przepisał i miał swój egzemplarz.

M.K.: Czasem po wsi krążyło kilka wydrukowanych egzemplarzy śpiewnika, ale zazwyczaj każdy miał swój, przepisany na własne potrzeby. Czasami dawano do przepisania dzieciom, żeby sobie ćwiczyły. Z tego między innymi brały się jakieś przeinaczenia w tekście. I później ludzie tak śpiewali.

Chciałabym, żebyśmy zajęli się treścią pieśni. Czy one niosą jakiś wspólny przekaz? Co mówią o umieraniu?

J.B.: Bywają turpistyczne, jest w nich bardzo dużo dosłowności, obrazowych wyrażeń dotyczących umierania ciała, które zostanie przetrawione przez robaki i przykryte przez mole.

M.K.: Pieśni te nie pocieszają – słodko, cukierkowo, na siłę – mówią o tym, że piekło jest straszne (jest cała pieśń o piekle), że robactwo nas zje. Ale też nie jest to epatowanie drastycznością, tylko podejście, które wydaje mi się adekwatne. Ludzie mieli kontakt z ciałem, z umieraniem, tak to opisywali.

J.B.: Bardzo dużo jest żegnania się ze światem, ze wszystkimi dobrami materialnymi. Żegnam was najmilsze zabawy,/ zewnętrzne, powierzchowne sprawy./ Już nie wolno będzie, jeść, pić na urzędzie,/ intraty rachować, szkatuły pakować…

M.K.: Najpopularniejsza jest pieśń Żegnam cię, mój świecie wesoły: Żegnam cię, mój świecie wesoły, już idę w śmiertelne popioły,/ Rwie się życia przędza, śmierć mnie w grób zapędza,/ Bije pierwsza godzina – i tak wymienionych jest dwanaście godzin. Pożegnanie dotyczy rodziców, przyjaciół, planet, pokojów, strojów, godzin minionych… W pewnym sensie zresztą jest to pieśń świecka, nie ma w niej odwołania do Boga czy zaświatów.

W wielu pieśniach pojawiały się jednak nawiązania do przyszłego świata, do wieczności.

J.B.: Za krótki czas i my k tobie będziemy też przyłączeni/ spać w pokoju z tobą, w grobie/ jakeśmy tu zgromadzeni/ aże nas Bóg wszystkich ludzi/ z grobów swoich znowu wzbudzi…

M.K.: A ciało z prochu włożą do lochu które robacy skruszą/ to mnie przenika jako grzesznika co się dziać będzie z duszą/ Dusza nieboga w cnoty uboga dla niej tylko dwie drodze/ Albo zbawienie lub potępienie przeraża duszę srodze/ Wieczność głęboka bezmiar szeroka bez terminu i granic/ Cóż to za podłość cóż to jest za złość Gdy grzechu nie mam za nic/ Na kogóż winę złożę przyczynę żem Cię, Boże obrażał/ Na mnie samego Człowieka złego Gdym praw Twoich nie zważał/ Teraz żałuję bo Cię miłuję to przymierzę stanowię/ Obrzydzam złości dla Twej miłości I już ich nie ponowię.

Czyli na końcu jest wezwanie, żeby się poprawić. Pieśni te często mają moralizatorski charakter. Tak jak ty tu, bracie, leżysz, niedługo my wszyscy będziemy. Trzeba się więc opamiętać i nie grzeszyć, bo wieczność głęboka, bezmiar szeroka.

Która pieśń najbardziej utkwiła Wam w pamięci?

M.K.: Wszyscy lubimy Żegnam cię, mój świecie wesoły, bo ta pieśń ma dużo wariantów melodycznych.

J.B.: Ja ją lubię także za to, że jest uniwersalna, niereligijna. Ostatnio dużo też śpiewamy Czas, czas, już niosą trumnę – pieśń, która bardzo rzadko pojawia się w śpiewnikach. Pan Tararuj miał ją zapisaną na kartce.

Podoba mi się, że te teksty to wszystko porządkują. Choć wizje losu po śmierci, w tym piekła, brzmią dla mnie czasem nieco komicznie. Ale ich wydźwięk jest bardzo prawdziwy, w sensie potrzeby myślenia o „tu i teraz” – zniechęca do konsumpcji, do kumulowania dóbr materialnych. Wszystko, co zbierasz, i tak zostanie ci wraz ze śmiercią zabrane.

M.K.: Tekst, i zapewne sytuacja czuwania, tak „ustawiają” sposób śpiewania, że człowiek jest faktycznie „na miejscu”, jest zajęty tym, czym powinien. Czasem, jak się śpiewa pieśń lekką, można nie skupiać się na tekście. A tu wszystko śpiewane jest w skupieniu i z dużym ładunkiem emocjonalnym.

Oprócz tego, że zbieracie pieśni, również je śpiewacie. Czy także te, których nauczyliście się wędrując po wsiach?

J.B.: Zajmujemy się tym jakiś czas i większość tekstów, które funkcjonują w obiegu na tym terenie, już znamy. Okazuje się jednak, że w różnych wsiach są różne warianty. Te melodie są zbliżone, mają wspólny „trzon”, ale różnią się ozdobnikami, rytmem.

M.K.: Idealna sytuacja jest taka, że przyjeżdżamy grupą i śpiewamy razem z tymi śpiewakami – ucząc się w ten sposób. Tak było z panią Sabiną z Rowisk – przyjechaliśmy, żeby razem pośpiewać to, czego się nauczyliśmy z nagrań z poprzednich spotkań. Podobnie było w Kątach – śpiewaliśmy z panią Gmur. Ale na przykład pan Tararuj ma już 80 lat, i widać, że śpiewanie kosztuje go trochę wysiłku, to nie jest już dla niego taka frajda.

Organizujecie spotkania śpiewacze, daliście też kilka koncertów.

M.K.: Tuż przed Wszystkich Świętych śpiewaliśmy na warszawskim Jazdowie w Ambasadzie Muzyki Tradycyjnej. Mieliśmy teksty, zachęcaliśmy ludzi do włączania się do śpiewu. Zorganizowaliśmy też spotkania śpiewacze na wsiach – w Kątach i w Starejwsi. W Szczecinie i w Kosowie Lackim mieliśmy klasyczne występy. W tym roku chcemy skupić się na praktyce, znaleźć ludzi w terenie, którzy chcieliby z nami pośpiewać.

Jak Wasza działalność jest odbierana we wsiach, które odwiedzacie?

M.K.: Ludzie często mówią, że to ważne. I dlatego tak chętnie nam śpiewają. Prawie nie natrafiliśmy na sytuacje, jak choćby Andrzej Bieńkowski w latach 80. i 90., że ludzie nie chcieli nam śpiewać, bo to może na przykład przywołać śmierć. Tylko raz coś takiego się zdarzyło.

J.B.: Tak było w Jaczewie, u pani, do której najpierw zaszliśmy. W jej przekonaniu nie należy śpiewać, jeśli nie ma powodu. W rozmowie z nią dostrzegłam obawę, że śpiew pogrzebowy może mieć moc sprawczą.

J.B.: Mam poczucie, że osoby, do których trafiliśmy, albo które nas poprowadziły, dobrze rozumiały powód, dla którego to robiliśmy: że jest to tradycja, która umiera, coś, co było ważne dla społeczności wiejskich, a co być może nie będzie miało już miejsca. My to chcemy utrwalić, nagrać, a jesteśmy młodzi. Tej idei nie trzeba było specjalnie wyjaśniać.

M.K.: Z drugiej strony nikomu się oczy nie świeciły, na zasadzie: „O, dobrze, to teraz to odżyje”. Jak mówiliśmy, że dobrze by było, żeby to jeszcze trwało, że nie należy z tego rezygnować, to ludzie przytakiwali, ale to oni żyją w tych wsiach, oni wiedzą, jak to się zmienia. Coś się kończy, ewidentnie. Nawet jeżeli będą osoby takie jak my, które będą przyjeżdżać, przypominać. To będzie już zupełnie inny kontekst.

Jakie macie plany na przyszłość związane z projektem „Pieśni do śmierci”?

J.B.: W tym roku nazwa projektu realizowanego przez nas ze Stowarzyszeniem Katedra Kultury ma rozwinięcie „Pieśni do śmierci – tradycje wokalne Mazowsza Wschodniego”, ponieważ chcemy rozszerzyć repertuar o inne pieśni, nie tylko pogrzebowe. Działanie będzie dofinansowane przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Kierunek jest taki, żeby się zatrzymać nad tymi pieśniami, które już znamy, i je nagrać. Tak, żeby powstała płyta z nagraniami starszych osób, ale też pieśniami w wykonaniu młodych. Być może uda się zmienić przekonanie, że te pieśni są domeną jedynie starszych. Jeżeli będą wykonywane przez grupę osób młodych, z większą siłą, energią, z jaką być może ci śpiewacy kiedyś je wykonywali. Chcemy też sięgnąć do archiwów muzycznych z regionu po melodie występujące w okolicy w latach 60. i dowiedzieć się, które z nich są jeszcze pamiętane.

Zamierzamy więcej praktykować, a mniej skupiać się na samym badaniu. Planujemy zaangażować osoby chętne spośród poznanych śpiewaczek i śpiewaków, aby przekazywali wiedzę młodszym pokoleniom na spotkaniach śpiewaczych albo warsztatach. Spotkania śpiewacze mają zachęcać do spotykania się wewnątrz wiejskich społeczności. Warsztaty z kolei miałyby na celu spotkanie społeczności śpiewaka i osób z zewnątrz, aby osoby z miasta czy z okolicy mogły uczyć się pieśni od zera. Planujemy koncerty w ośrodkach regionalnych, ale też w Warszawie.

M.K.: Nawet mieliśmy pomysł, żeby teraz w trakcie Wielkiego Postu zaśpiewać kilka pieśni po mszy w kościele w Węgrowie lub w Warszawie, bez zadęcia, organizowania specjalnego wydarzenia.

Mamy też nagrania osób, które nie zgodziły się na ich publikację. Te pieśni chcielibyśmy odtworzyć, oczywiście jak najwierniej. Nie chcemy tam nic dodawać. Kiedy mamy takie pokusy, staramy się nawzajem temperować swoje zapędy. Jak będziemy jeździć w nowe miejsca, to też na pewno będę dopytywał o śpiewaków pogrzebowych.

Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, marzec 2017

O rozmówcach:

Julia Biczysko – animatorka kultury, członkini Stowarzyszenia Katedra Kultury oraz Kolektywu Terenowego działającego wg. metody etnoanimacji (opisanej przez dr Tomasza Rakowskiego), absolwentka kulturoznawstwa i specjalizacji Animacja Kultury w Instytucie Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego. Koordynatorka i współautorka projektów animacyjnych, muzycznych, akcji społeczno-artystycznych. Działa w miejskiej i wiejskiej przestrzeni publicznej.

Marcin Kuliński – architekt, miłośnik kultury tradycyjnej i architektury drewnianej, związany rodzinnie z terenami Ziemi Liwskiej, Węgrowa. Poszukiwacz muzyki w regionie. Posiadacz prywatnego archiwum nagrań i wywiadów śpiewaków z powiatu węgrowskiego, członek Stowarzyszenia Katedra Kultury.
Na stronie Pieśni do śmierci można posłuchać nagrań śpiewaków z miejscowości odwiedzanych przez badaczy, informacje o śpiewakach, a także znaleźć śpiewnik pieśni pogrzebowych.

 

*****

Pieśń Żegnam cię, mój świecie wesoły
Żegnam cię, mój świecie wesoły, już idę w śmiertelne popioły,
Rwie się życia przędza, śmierć mnie w grób zapędza,
Bije pierwsza godzina
Żegnam was, rodzice kochani, znajomi, krewni i poddani,
Za łaskę dziękuję, z opieki kwituję,
Bije druga godzina
Żegnam was, mili przyjaciele, mnie pod głaz czas grobowy ściele,
Już śmiertelne oczy sen wieczny zamroczy,
Bije trzecia godzina
Żegnam was, królowie, książęta, cieszcie się w swym
szczęściu, panięta,
Ja służyć nie mogę, wybieram się w drogę,
Bije czwarta godzina
Żegnam was, mitry i korony, czekajcie swoich władców, trony,
Ja w progi grobowe zniżyć muszę głowę,
Bije piąta godzina
Żegnam was, pozostałe słudzy, tak moi, jako też i drudzy,
Idę w śmierci ślady, bez waszej parady,
Bije szósta godzina
Żegnam was, przepyszne pokoje, już w wasze nie wnijdę
podwoje,
Już czas mej żałobie dał gabinet w grobie,
Bije siódma godzina
Żegnam was, pozostałe stroje, już o was bynajmniej nie stoję,
Gad będzie posłanie, i okryciem stanie,
Bije ósma godzina
Żegnam was, wszystkie elementa, żywioły, powietrzne ptaszęta,
Już was nie obaczę, w dół grobowy skaczę,
Bije dziewiąta godzina
Żegnam was, niebieskie planety, do swojej dążyć muszę
mety,
Innym przyświecajcie, mnie dokonać dajcie,
Bije dziesiąta godzina
Żegnam was, najmilsze zabawy, zewnętrzne, powierzchowne
sprawy,
Już nie wolno będzie, jeść, pić na urzędzie,
Intraty rachować, szkatuły pakować,
Bije jedenasta godzina
Żegnam was godziny cukrowe, momenta i dni kanarowe,
Już zegar wychodzi, indeks nie zawodzi,
Do wiecznego spania śmierć duszę wygania,
Bije dwunasta godzina.

Ilustracje: Marcin Kuliński, pierwotnie wykorzystane na stronie internetowej „Pieśni do śmierci”

Numer 3 (14)/2017

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *