AUTOR

Māra Zālīte

Māra Zālīte (ur. 1952) przez wiele lat znana była głównie jako poetka i dramaturg oraz, co nie mniej ważne, działaczka społeczna. Wydana w roku 2013 książka zatytułowana Pięć palców (Pieci pirksti) jest pierwszą w jej dorobku powieścią.

Od tłumaczki

Główną bohaterką składających się na powieść Māry Zālīte Pięć palców (Pieci pirksti) 55 opowiadań jest Laura, córka zesłanych na Syberię Łotyszy, która w wieku pięciu lat powraca wraz z nimi do domu obarczona pokaźnym bagażem wspomnień i niełatwych dla dziecka doświadczeń. Historia Laury jednocześnie jest i nie jest historią urodzonej w rodzinie zesłańców w Kraju Krasnojarskim samej pisarki, która dopiero teraz odważyła się obnażyć duszę, opowiedzieć o swoim trudnym powrocie i zakorzenianiu w Łotewskiej Socjalistycznej Republice Radzieckiej końca lat 50. Māra Zālīte, opowiadając o sobie i swoich najbliższych, jednocześnie identyfikuje się i dystansuje od bohaterki, której zmysłami przekazuje wydarzenia jednego, niezmiernie intensywnego w rozmaite doznania lata poprzedzającego jej pójście do szkoły. Nie są to jednak beztroskie wspomnienia z dzieciństwa, ale przeplatające się z surową przeszłością niepoddane cenzurze obrazki z radzieckiej rzeczywistości, które wywołują uśmiech rozmywany przez łzy.

Tytuł powieści odczytywać można wielorako: to pięć lat życia Laury, to stara jabłoń o pięciu konarach układających się w otulającą dłoń, na których dziewczynka buduje swój domek, to pięć połamanych palców śpiewaczki, a w końcu – o pobycie na Syberii nie można pisnąć ani słówkiem, bo przecież skończyłoby się to pochwyceniem przez psiogłowca i odesłaniem z powrotem – to jasne jak pięć palców.

Powieść Māry Zālīte była najważniejszą łotewską książką roku 2013 i otrzymała Doroczną Nagrodę Literacką Łotwy 2013 w kategorii najlepszy utwór prozatorski. Przetłumaczono ją i wydano, jak dotąd, w językach estońskim, litewskim, gruzińskim, angielskim (na publikację oczekuje tłumaczenie niemieckie i fińskie; jest też zrobiony pod pseudonimem przekład na język rosyjski), a jedno z opowiadań, prezentowany w poniższym wyborze Major i cukierek, znalazło się w antologii Best European Fiction 2016.
Na maj tego roku zapowiedziała autorka ukazanie się drugiego tomu swej autobiograficznej powieści, bo Laura musi przecież dorosnąć.

 
 

Każdy jest też kimś innym,
I nikt nie jest jedynie sobą samym.

(Autor – ktoś inny)

Ruska babuszka i jajka

– MAMUSIU, CZY JESZCZE DŁUGO? – Laura pyta i prosi, dopytuje i zagaduje już któryś, już któryś, już któryś raz. Laura wie, że na próżno, ale mimo wszystko.
Jeszcze długo, nic nie można poradzić. Bądź cierpliwa.

Bądź cierpliwa, nie rozrabiaj, nie piszcz, nie jęcz, nie becz, nie wygłupiaj się! Wszystko to słyszała już wiele razy. Laura może to wszystko wyrecytować z pamięci niczym wierszyk. Obudzona w środku nocy.
– Tatusiu, czy jeszcze długo? Na wypadek, no gdyby, cuda się przecież zdarzają, jeśli istnieje jakaś mała możliwość, że Tatuś wie lepiej.
– Jeszcze długo. Bądź spokojna!

Znowu wierszyk. Bądź cicha, spokojna, uczciwa i przyzwoita, mądra, dorosła, rozsądna. Co jeszcze wymyślą, jaka Laura ma jeszcze być? Aha, tak. Laura musi być jeszcze radosna, bo przecież jadą do domu. Laura jest również radosna. Ale jak długo? Ile to jest – długo? Jak długo jest długo? Czyżby całe życie?

– Dlaczego jeszcze długo? Mamusiu?
– Dlatego, że Łotwa jest daleko.
– Dlaczego Łotwa jest daleko? Tatusiu?
– Dlatego, że nie jest blisko.
– Dlaczego nie jest blisko?
– Dlatego, że dlaczego kończy się na o! Wsjo! Dofiga! Idę zapalić.
To również nic nowego.
W przedziale pociągu od dłuższego czasu są już tylko we trójkę.

Czasami zdarzy się ktoś czwarty. Wchodzi do przedziału, jedzie jeden dzień czy jedną noc i wysiada. Albo dwie noce, ale potem też wysiada. Wszyscy jadą i wysiadają! Tylko Laura z Mamusią i Tatusiem jadą i jadą, i jadą. A co, jeśli oni już dawno minęli Łotwę?

Laura nie może zapomnieć wynędzniałej ruskiej babuszki.
Zobaczywszy ją, Laura zachorowała. Człowiek jest zdrowy, zdrowy, aż tu nagle – rozchorowuje się. Przychodzi choroba. Spojrzała na babuszkę i przyszła choroba. Gorączka, bolą kolana i łokcie, obrzmiały jak rumiane piwonie. Laura jest przekonana, że ma to związek z ruską babuszką. Ona ma worek.

Kiedy to ta babuszka się tutaj zjawiła? Przez ściany weszła? Może to jest wężowa starucha? Może w jej worku są węże? Podejrzane, że trzyma worek z dala od siebie. Tak, dobra to ona nie jest, nie, to można wyczuć. Od babuszki idzie zło. Tak jak zimno. Jak smród starości. Smród starości czuć wtedy, kiedy nasika się w spodnie, ale nie umyje, smród starości czuć wtedy, gdy pleśń zalęgnie się w mokrym ubraniu, i smród starości czuć wtedy, gdy popsuje się jedzenie.
A co, jeśli ona jest duchem? Siedzi cicha i nieruchoma, tak sztywno, sztywno. A co, jeśli ona jest trupem? Trup, trup, ona nie jest żywa! Może wniesiono ją i zostawiono? Szara, kwiecista chusta zakrywa twarz, majaczy jedynie spiczasty i wyschnięty podbródek z długimi, rzadkimi włosami.

Laura chce, ale nie może zapomnieć.

Czy ona była niema? Może głucha? Na szyi staruszki zawieszono tabliczkę z adresem, pod który ma trafić. Ani Mamusi, ani Tatusiowi nie odpowiedziała nawet półsłówkiem, nawet spojrzeniem, a oni chcieli tylko pomóc.
Jak nic trup, którego ktoś wstawił do ich przedziału i wepchnął w kąt. Tak zdecydowała Laura.
Ale nic z tego! Babuszka tylko wyglądała jak trup. Jak lis, no, jak lis, którego rybak spotyka na drodze. No, ten rybak, który złowił pełny wóz ryb, a wracając do domu, znajduje na drodze zdechłego lisa. Ku swojej radości. Żona będzie miała najlepszy z najlepszych kołnierz, cieszy się rybak. Ale lis po cichutku zrzuca wszystkie ryby z wozu i w końcu sam ucieka, masz ci! Zwierzęta tak robią, by oszukiwać, by się ratować. Udają zdechłe. A ludzie?
Na nosie babuszki rozsiadła się mucha. Gdyby była trupem, to nie podniosłaby ręki, to nie zabiłaby muchy, a gdyby nawet uderzyła, to nie zabiła. Była więc całkiem żywa i podstępna.
Laura nie spała całą noc, bo i babuszka nie spała, udawała tylko. Mamusia i Tatuś już chrapali, gdy babuszka w ciemności całkiem odżyła i zaczęła się krzątać. Nagle rzuciła się sprawdzać, czy jakieś jajko się nie stłukło. W worku babuszki były jajka, cały worek jajek. To są jaja węży! Laura widziała w tajdze, jak wąż znosi, nie, wypuszcza z siebie jajka. Całą girlandę. Trzymają się razem w przezroczystej błonce. Gdy błona się rozeschnie, z jajek wypełzają małe wężątka. Na początku wężątka są wielkości tłustych dżdżownic. Tylko żwawe, nie takie leniwe jak dżdżownice. Jak tylko wydostaną się z jajek, rozpływają się na wszystkie strony niczym strużki. Co to będzie, jeśli w przedziale wyklują się wężątka? Trzeba będzie pociągnąć za hamulec bezpieczeństwa. Laura pociągnie! Pociąg będzie musiał się zatrzymać, nie będzie mógł jechać dalej, pełen węży!

Każde jajko z osobna zawinięte było w gazetę. Babuszka każde jajko troskliwie odpakowywała, a przekonawszy się, że jajko jest całe, zawijała z powrotem. Odwijała, patrzyła, zawijała z powrotem. Odwijała, patrzyła, zawijała z powrotem. W taki czy inny sposób staruszka zakręciła jajkiem, zamlaskała językiem i cieszyła się – ach, jakie śliczne jajeczko! Wtedy na powrót szczelnie je owijała, i przez cały ten czas coś do siebie chlipała. Jajka wyglądały raczej na kurze. Zbyt duże, by mogły być jajkami węża. A co, jeśli są to jajka wielkiego boa dusiciela? Dobrze, że Laura wie, gdzie jest hamulec bezpieczeństwa, dobrze, że Tatuś jej pokazał. Ale jeśli pociągnie się za hamulec niepotrzebnie, to grożą za to duże nieprzyjemności. Można być wówczas wysadzonym z pociągu i zapłacić trzeba karę, i można nie dotrzeć na Łotwę! Nie, Laura na razie nie będzie ciągnąć za hamulec, Laura w ogóle nie pociągnie za ten hamulec, lepszy już jest pociąg pełen boa dusicieli! Szelest gazetowego papieru i chlipanie nie pozwalały Laurze zasnąć. Z górnej półki ukradkiem obserwowała babuszkę, czy przypadkiem nie jest duchem. Czy nie jest aby?

Nagle ich spojrzenia się spotkały. Laura poderwała się i zawstydziła, bo nie wypada przecież tak z ukrycia gapić się na drugiego człowieka.
W oczach babuszki pojawił się strach i nienawiść. Ogromny, ogromny, okrutny strach. Ogromna, ogromna, okrutna nienawiść. Laura znieruchomiała. Strach przed Laurą? Nienawiść do Laury? Dlaczego? Za co?
Staruszka przyciągnęła worek z jajkami do kościstej piersi i przycisnęła. Laura słyszała, jak pękają delikatne skorupki. Kurze jajka! Kurze. Wężowe jajka tak by nie trzaskały.
– Nie ściskaj jajek, potłuczesz! – szeptała Laura, łapiąc się na tym, że szepcze po łotewsku.

Może należało szeptać po rosyjsku, bo babuszka przestraszyła się jeszcze bardziej, przyciskała worek z jajkami jeszcze mocniej do piersi, skorupki chrzęściły jeszcze donośniej. Babuszka czyniła znaki krzyża, jakby Laura była jakimś złym duchem, i chlipała, tak gniewnie, gniewnie chlipała, rzucała złe spojrzenia, może rzucała uroki, stara wiedźma?

Nic z tego nie będzie, wężowa starucho! Laura sobie poradzi. Nie na darmo Madalina uczyła Laurę, jak bronić się zarówno przed złym spojrzeniem, jak i klątwą, i nienawiścią.
Madalina z Baraku takie rzeczy wiedziała! W myślach należało zarysować wokół siebie taką jakby złotą obręcz, wznieść taki jakby mocny mur. W myślach. Ale, co najważniejsze, Madalina zawsze nakazywała: gdy rzucają urok, nie można się bać! W żadnym wypadku! Inaczej wezmą i przeklną. Strach jest jak dziura w murze, jak pęknięcie w złotej obręczy. Ale, jeśli nie ma strachu, to klątwa powróci do złorzeczącego. Poza tym, jej zła moc jeszcze się zdziesięciokrotni.

Laura zarysowała obręcz, wzniosła mur i nie odczuwa strachu. Z całych sił. Złotą obręcz, mocny mur. I nie boi się. Dlaczego Laura miałaby się bać? Jeśli to nie duch ani trup? Jeśli jajka nie są wężowymi jajkami. Dlaczego Laura miałaby się bać, jeśli dookoła są złota obręcz i mocny mur? A są.

Szkoda tylko, że staruszka zdusi wszystkie jajka. Piękne, brązowe i białe kurze jajka. Kurki znosiły, starały się, babuszka je zbierała, owijała, wiozła komuś, a teraz wzięła i zgniotła. Niektóre jajka babuszka przechowywała zbyt długo, teraz są rozbite i, fuj, jak śmierdzą!
Ale sama sobie winna! Dlaczego nienawidzi? Dlaczego przeklina? Dlaczego się boi? Kto wkłada do worka stare jajka? Jaki rozumny człowiek w ogóle wkłada jajka do worka? Nie mogła wziąć kosza?

Laura odwróciła się, nie patrzy więcej, przyszedł sen, bo Laura straszliwie się namęczyła, zarysowując obręcz, wznosząc mur i nie okazując strachu. Babuszka również jest na powrót nieruchoma i cicha. Nie ma już na co patrzeć. Jajka śmierdzą. Laura naciąga białe prześcieradło na głowę. Czuć chorobę w kolanach i łokciach. W ciemności nie widać, ale Laura wie, że są obrzmiałe jak purpurowe piwonie.

Nad ranem babuszka, tak, jak się niepostrzeżenie pojawiła, tak i niepostrzeżenie zniknęła. Nawet smród nie został po babuszce. To tylko takie powiedzenie. W rzeczywistości smród pozostał. Natomiast choroba minęła. Nie ma już gorączki. Piwonie na kolanach już nie rozkwitają. Czyżby więc babuszka nie była ani trupem, ani duchem? Była czy nie była trupem, była czy nie była duchem, ale małe rybki, których Laura nawdychała się na statku, babuszka zrzuciła z sań niczym podstępny lis. Rybki już nie dokazują w sercu Laury.

Laura podczas snu w ogóle nie odpoczęła. Śmiejące się Dziecko całą noc biegało po wąskim korytarzu wagonu. Śmiech miało donośny, to Śmiejące się Dziecko. Konduktorka je złapała, ścisnęła i wyrzuciła przez okno, ale po chwili Śmiejące się Dziecko było już z powrotem i znowu biegało po wąskim korytarzu wagonu, śmiało się, i Konduktorka znowu je łapała i wyrzucała przez okno, i tak wiele razy.

I wtedy Laura doświadczyła jeszcze swoich własnych narodzin, i to było całkiem nieprzyjemne, bo Laura była w jajku. Wewnątrz jajka, i chciała wydostać się na zewnątrz, bo Laura musiała się narodzić, ale jajko nie miało wcale chrzęszczącej i cienkiej skorupki, którą mogłaby z łatwością przebić. Jajko miało miękką skorupkę i Laura musiała z całych sił przeciskać się przez miękką i rozciągliwą gumę, przez mocną i stawiającą opór powłokę, by wydostać się na zewnątrz. Laura prawie udusiła się w tym jajku, w tym jajku z miękką skorupką, jednocześnie strasznie było nie wiedzieć, co to w ogóle za jajko i kim Laura będzie, gdy wyjdzie z niego na zewnątrz.

Gdy Laura się narodziła

GDY LAURA SIĘ NARODZIŁA, nikt jej nie trzymał w kwiatach grochu, by rosła piękna.
Gdy Laura się narodziła, nikt nie owinął jej w obrus, by życie upływało jej zawsze przy pełnym stole.
Gdy Laura się narodziła, nikt nie podgrzewał wody lipowymi polanami.
Gdy Laura się narodziła, nikt nie posmarował jej ust miodem, by, gdy już dorośnie, miała wielu kawalerów.
Gdy Laura się narodziła, na zewnątrz był pięćdziesięciostopniowy mróz.
Gdy Laura się narodziła, ważyła niespełna dwa kilogramy.
Gdy Laura się narodziła, narodziła się przed czasem.
Mamusia nie miała mleka w piersiach.

By Mamusia miała mleko w piersiach, należało wypowiedzieć słowa: przybądź mleczko z Jełgawy, przybądź mleczko z Lipawy, przybądź mleczko z Rygi, przybądź mleczko ze wszystkich jezior, przybądź mleczko ze wszystkich rzek, ze wszystkich źródeł, ze wszystkich stron!

Gdy Laura się narodziła, nikt takich słów nie wypowiedział, bo zbyt daleko od Baraku Syberii były Jełgawa, Lipawa i Ryga, zbyt daleko były jeziora, rzeki i źródła.
Piersi Mamusi były suche.
Gdy Laura się narodziła, miała umrzeć.
Gdy Laura się narodziła, nie była jeszcze Laurą.
Wtedy ożył Barak.

Trzy litewskie kobiety uparły się, że dziecko nie może umrzeć nieochrzczone, bo bez chrztu nikt nie może wejść do Królestwa Niebieskiego, nikt nie może otrzymać łaski i zbawienia.
Trzy litewskie kobiety – Marija, Laima i Laura – przygotowały ołtarz, ozdobiły go słomą z sienników i cedrowymi szyszkami.
Marija oddała swoją białą, wyszywaną koszulę, i było to nakrycie ołtarza.
Laima oddała swój najjaśniejszy ogarek, i była to świeca chrzcielna.
Laura roztopiła śnieg w miseczce, i była to woda święcona.
Ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.
I, choć nie jestem ani biskupem, ani księdzem, ani nawet diakonem, moim katolickim prawem i obowiązkiem jest ciebie ochrzcić.
Tak, jak nie proszono o pozwolenie ofiarowania ci słabej i gasnącej cielesnej powłoki, tak, o pozwolenie nie prosząc, daję ci życie wieczne w Jezusie Chrystusie. Amen.
I, choć nie jestem ani biskupem, ani księdzem, ani nawet diakonem, moim katolickim prawem i obowiązkiem jest ci je ofiarować.
W imię Trójcy Świętej znaczę twoje czoło znakiem krzyża. I, choć nie jestem ani biskupem, ani księdzem, ani nawet diakonem, moim katolickim prawem i obowiązkiem jest naznaczyć twoje czoło znakiem krzyża.
Tak mówiły każda po kolei – Marija, Laima i Laura.

– Imię! Jakie jest imię dziecka? Trzeba nadać mu imię, – podszeptywał Fin Juka z Karelii. Z ziemi Kalevali, nie omieszkał nigdy z dumą dodać.
– Może nie trzeba? Przecież rozumiesz – cicho zauważył Ukrainiec Ołeksandr.
Jego rodzice byli niegdyś weterynarzami w Riwnej koło Lwowa. Nie wierzyli w przesądy związane z mięsem zwierząt w pożywieniu, żywych czy martwych, dużych czy małych. To wszystko tylko białko, uczyli Ołeksandra, i on przeżył, jedząc własne wszy.
Odpadek, jestem odpadkiem, śmiał się.
W Baraku wszyscy byli odpadkami.

– Jak to, nie trzeba? Oczywiście, że trzeba! – głośno, jak zwykle, odezwała się Smuglanka Mołdawianka*.
Nie była ona ani Smuglanką, ani Mołdawianką. Było to tylko przezwisko. Madalina była Rumunką. Potrafiła wróżyć z kart.
– Trzeba to zrobić szybko – popędzała Kim.

Sama swoim imieniem nie była Kim zachwycona, powstało od Komunisticzeskij Internacjonał Mołodiożi, a takie i podobne złożenia nie były w Baraku mile widziane. Jednakże była to jedyna pamiątka Kim po rodzicach. Byli rosyjskimi inżynierami i projektowali łódź podwodną w Leningradzie. Chociaż byli to czistyje ruskije i zatwardziali komuniści, psiogłowcy zastrzelili ich jeszcze przed wojną. Kim przestała rosnąć w wieku siedmiu lat, i ludziom w Baraku z trudem przychodziło traktować ją jak dorosłą.
– Nie wolno o tym decydować bez rodziców – oburzała się Asja, spoglądając ze współczuciem na Mamusię i Tatusia.

Mamusia była słaba, wyciągała ręce w stronę córeczki, którą litewskie kobiety trzymały w ramionach i chrzciły w obrządku katolickim. Jesteśmy przecież luteranami, szeptała bezdźwięcznie, jesteśmy przecież luteranami. Ręce również wyciągała jedynie w swoim umyśle, krzyczała i płakała też tylko w swoim umyśle, bo w rzeczywistości leżała cicho i nieruchomo.
Czy w swoim umyśle krzyczała i płakała ze szczęścia, że dziecko, poczęte z miłości, przyszło na świat?
Czy w swoim umyśle krzyczała i płakała z rozpaczy, że w piersiach nie ma mleka, nie ma pokarmu dla dzieciątka, bo piersi są puste, a ona, dawczyni życia, będzie też śmiercią dla swojego dziecka?
Poczucie winy rozrywało na strzępy serce Mamusi i przytłoczyło słabością, tak ciężką, jak lód na całej długości ogromnej rzeki.
Mamusia straciła przytomność.
Pani Austruma była najstarsza w Baraku, a to nie był pierwszy poród, który przyszło jej, niegdyś naczelniczce oddziału pocztowego w gminie Lame, przyjąć na Syberii.
Jednak to było jakby jej własne dziecko.

Dlaczego jakby? To było jej własne dziecko! Ona i Lilija przybyły na Syberię w tym samym wagonie, z tej samej gminy, wyrwane z tej samej ziemi, jak z żywego ciała, z Łotwy.
Ich mężowie byli przyjaciółmi od szkolnej ławy, a przed jedenastoma laty zostali rozstrzelani jednego i tego samego dnia. W Rydze, w piwnicy domu Czeki, w starej, pięknej Rydze! Dzieliły się wszystkim po połowie, nawet jądrem orzecha. Pani Austruma nigdy nie będzie miała wnuków, była odpadkiem po swojej licznej rodzinie.

Pierwszy wnuk Liliji został obmyty i owinięty, wszystko jak trzeba. Lilija jeszcze nie wie, że maleństwo już się narodziło. Podobnie jak pani Austruma, mieszka w baraku obok, od momentu, w którym Andusia wyszła za Janisa. Dlatego też nie ma robionych przez Liliję na drutach skarpetek i czapeczki. Przez kilka dni można się bez nich obejść, pani Austruma wiedziała, że poszyła też i koszulki, wszystkie pieluszki obrzeżyła na szydełku, któż mógł przypuszczać, że przedwcześnie.
Lilija pojechała do miasta w delegację.

Na szczęście, nie były to już te straszliwe lata, kiedy nie było wiadomo, w co owinąć noworodka. Kiedy mężczyźni musieli oddawać swoje onuce, ostatnie szmaty. Jeśli dziecko zmarło, mężczyźni swoje onuce mogli zabrać z powrotem. Przeważnie wszyscy mężczyźni mogli dostać swoje onuce z powrotem.
To dziecko mogłoby żyć, gdyby chociaż rozwinęły się odruchy ssania. Pani Austruma z trudem przystawiła dziecko do piersi matki.
Odruchy się pojawiły, ale w piersi matki nie było mleka.
W takich wypadkach trzeba było myśleć o matce. Przede wszystkim o matce. Cokolwiek działoby się z dzieckiem. Matkę trzeba ratować. Matkę, która sama jest jeszcze dzieckiem, nie ma nawet dwudziestu lat. Może doczeka innych dzieci.

Pani Austruma obmyła pachwiny Mamusi, pachniał spirytus i olejek kamforowy, zebrała w prześcieradło całą resztę. Wydaje się, że ładnie poszło, wyrzuci później, teraz nie wolno otwierać drzwi, cieszy się, że krwawienie ustało. Dziecko maleńkie, pęknięć nie ma. Tylko słabość.
Otępiały Tatuś głaskał twarz Mamusi i rozglądał się dookoła niczego nie pojmującymi oczami. Co tu się dzieje? Co robią ludzie z Baraku? Jaki teatr tu urządzili? W momencie, w którym być może utraci obie – córkę i żonę, jego jedyne najdroższe, żywe duszyczki? Jaka łaska, jakie zbawienie? Jaki żywot wieczny?

Tatuś nie wierzył ani Bogu katolików, ani luteran, ani diabłu, ani Allahowi, ani kartom, ani Mahometowi. Nikomu. Niczemu.
Po chwili Tatuś rzucił się dokładać do żeliwnego piecyka. Gotować wodę. Jeszcze jeden czajnik, jeszcze jeden. Dorzucać do piecyka, i jeszcze, i jeszcze. Tylko w taki sposób mógł pomóc swojemu pierworodnemu dziecku. Swojej ukochanej żonie! Nie wpuszczając do środka zewnętrznego zimna, pięćdziesięciostopniowego mrozu.

– Nadajcie dziecku imię! Trzeba dać mu imię jednej z matek chrzestnych. – Może: Marija? – Zaproponował Tatar Ibrahim.
Pochodził ze starego i sławnego rodu krymskich kupców, i jego Bogiem był Allah, a prorokiem – Mahomet. Na belce w Baraku wyciął strzałkę. Ta wskazywała kierunek, w którym znajdowała się Mekka.
– A może: Laima? To i litewskie, i łotewskie imię – powiedział Juka.
– Laima brzmi zbyt łagodnie. W imieniu musi być surowość i siła – powiedziała Asja.
Asja była Żydówką z Londynu, śpiewaczką operową o słuchu absolutnym i angielskim szpiegiem. Temu ostatniemu na wszystkich torturach zaprzeczała.
Dlatego jej palce były połamane, jeden po drugim psiogłowcy z Czeki złamali wszystkie palce Asji. Pięć palców u prawej ręki i pięć palców u lewej. Teraz te delikatnie dotykają głowy dziecka.
– Laura?
– Laura – powiedziała Marija.
– Laura – powiedziała Laima.
– Laura – zaszczebiotała Laura. – Jezus Maria – kontynuowała, żegnając się i drżąc z zabobonnego strachu.

W tym momencie mała Laura zapłakała. Marija, trzymając dziecko przy piersi, poczerwieniała jak róża, bo maleństwo wyraźnie kierowało usteczka w stronę jej piersi, a Marija była jeszcze dziewicą.
– Ono chce jeść – Marija była przerażona i zawstydzona.
– Być może u Andy mleko jeszcze się pojawi. Ona potrzebuje białka. Mam zakopane mięso niedźwiedzia. Trzeba je tylko rozmrozić. – Ołeksandr udał się w kierunku drzwi i zderzył w nich z Gruzinką Mają.
Pani Austruma przyprowadziła Maję z sąsiedniego baraku, przypomniawszy sobie, dzięki Bogu, dzięki Bogu, przypomniawszy sobie, że przed dziewięcioma miesiącami powiła małego Lewana! Gdyby podłoga w baraku nie była tak zimna, chłopiec już by raczkował.
– Zbyt wcześnie opłakujecie to dziecko! Dajcie je tutaj! – powiedziała Maja i wyjęła swoją dużą i mleczną pierś z kwiecistej flanelowej koszuli. Maja wcisnęła sutek w usta Laury. Płacz ucichł. Z wieńca gęstych i ciemnych włosów Maji opadała topniejąca szadź. Biegła z gołą głową.

W Baraku nastała cisza.
Jeśli dziecko chwyci pierś, będzie żyć. Jeśli nie…
Mamusia zaczęła odzyskiwać przytomność. Jak przez ruchomą mgłę patrzyła na dużą i mleczną pierś Mai i maleństwo, które niespokojnie wierciło się i jęczało.
Tatuś przy otwartych drzwiach piecyka zastygł z polanem w ręku.
Okrągła twarz Juki stała się purpurowa.
Marija, Laima i Laura, której imieniem dziecko zostało nazwane, odmawiały modlitwę.
Bądź pozdrowiona, Maryjo, łaskiś pełna…
Madalina pospiesznie rozłożyła karty.
Ibrahim spoglądał w stronę Mekki.
Kim czyniła znaki krzyża, tak, jak to czynią prawosławni.
Asja kurczowo zaciskała połamane palce.
Maja wpuściła strumień mleka w usta malucha.
Maluch zakrztusił się i kichnął.
Wszyscy czekali.
Maja wprawnymi ruchami ponownie wepchnęła do małych ust dziecka swój sutek, brązowy i sprężysty jak pąk.
Laura zaczęła łapczywie ssać.
Czame, czame, deda genazwalos – powiedziała Maja po gruzińsku i uśmiechnęła się. – Lewan będzie twoim mlecznym bratem. Wystarczy dla was obojga – dodała Maja z dumą.
– Barwne życie. Karty pokazują barwne życie. Barwne, ale najważniejsze, że życie.
Madalina w końcu wywróżyła z kart.

Major i cukierek

Siedzi krawiec na studni,
Łataniem fraka się trudni.
Mija go Laura cudnej urody,
Chce mu wylać na łeb wody!

Mama śpiewa i kołysze Laurę na kolanach. Mama się stara, nigdy nie jest tak, że Mama się nie stara. Kolejna zwrotka podoba się Laurze najbardziej, ten moment, gdy Mama o zmienionym głosie nią potrząsa.

Dziewczę, czyś ty szalone?
Ubranie będzie zmoczone!
Jutro idę do kościoła!
Czy ma skóra świecić goła?

Krawiec jest okropnie zły! Okropnie! Laura pęka ze śmiechu. Krawiec jest śmieszny! Laura śmieje się jak łaskotana. Jeśli Mama połaskocze, to jak jeszcze bardziej łaskotana. Największe łaskotki Laura ma pod brodą. Człowieka można załaskotać na śmierć, Tata opowiada, że Chińczycy załaskotali na śmierć wszystkich rozbójników.

– Hop, hop, hu hu hu, Laura jedzie w pociągu! Hop, hop, hu hu hu, Laura jedzie do domu! Laura jedzie do Źródeł! Hop lilla, trup pijaczyna, buch! Niekiedy Tatuś również się stara, kołysze Laurę na kolanach, trzymając pod pachami wyrzuca w powietrze dopóki się nie zmęczy, a potem wszyscy śmieją się zdyszani. Gdy Tata jest wesoły. Gdy Mama jest wesoła. Czyli w dobrych chwilach. Lecz, gdy Laura przez pół dnia bezustannie marudzi, to wtedy Tatuś znowu mówi – dofiga! – i idzie zapalić.

Na jakimś przystanku kolejowym Konduktorka otworzyła drzwi do przedziału.
– Proszę, towarzyszu majorze. Innych miejsc nie ma, towarzyszu majorze – usprawiedliwiała się Konduktorka.
Straszliwie się dzisiaj wypacykowała, usta pomalowała na jaskrawoczerwony kolor, narysowała czarne łuki brwi i założyła obcisłą sukienkę.
– Będzie dobrze, Njura – mówi Major i daje jej klapsa w miękki tyłek.
Konduktorka w ogóle się nie gniewa. Po zamknięciu drzwi zostawiła w przedziale silny, słodkawy zapach konwalii i własnego ciała.
– Czy można? – pyta Major, ale nie czeka na odpowiedź. Zdejmuje i wiesza wojskową czapkę. Piękna czapka, na czubku jest jaskrawoniebieska. Z góry dobrze widać. Włosy szpakowate. Twarz szeroka i brązowa jak cedrowa szyszka.

Mama i Tata patrzą na siebie pełni obaw. Dlaczego? Laurę pojawienie się Majora ucieszyło, przynajmniej coś się dzieje.
– Dokąd młodzież jedzie? – po jakimś czasie Major nawiązał rozmowę.
– Do Moskwy – odpowiedział szorstko Tatuś.
Laura schowała się na najwyższej półce w przedziale. Tam, gdzie kładzie się bagaż. Wciąż się zastanawia, czy pokazać się Majorowi.
– Do Moskwy. Tak, tak. W Moskwu. Da. Da – Mama, naprawiając szorstkość Tatusia, potwierdza uprzejmie.
Do Moskwy. Laura zastygła. Do jakiej Moskwy? Co oni tam opowiadają? Czy to znaczy, że Laura nie jedzie na Łotwę? Tatuś i Mamusia oszukiwali? Rozmawiają po rosyjsku, a Laura bardzo dobrze rozumie po rosyjsku, choć często duzi rozmawiają w taki sposób, że w żadnym języku niczego zrozumieć nie można.
– Nauka? Studenci? – Major chce wiedzieć.
– Nie, nie! – Tatuś i Mamusia nie są rozmowni.
– Częstujcie się! – zaprasza Major, rozpościerając gazetę na małym stoliczku, kładąc nań pół bochna razowca, gotowane jajka, słoninę i kiszone ogórki.
Laura jest zawiedziona, mają takie samo jedzenie. Wciąż jedno i to samo. Dlatego Laura ma twardy brzuch, dlatego przecież boli.
Major jest ożywiony, z gospodarską hojnością stawia na stole butelkę, zrywa zielony kapselek i rozlewa do szlifowanych szklanek do herbaty prawie całą zawartość. Do trzech szklanek, jedna z nich jest szklanką Laury! Laura przecież sznapsa Majora pić nie będzie!
– Towarzysze! No, co? Zakąskę mamy, szklanki mamy, wódkę mamy, a powód, by wypić, zawsze się znajdzie! Jakieś propozycje?
Tatuś i Mamusia chyba nie wiedzą, jakie są propozycje. Laura również nie wie, jakie są propozycje.
– Wypijmy za młodzież, towarzysze! Za naszą wspaniałą radziecką młodzież! Do was, młodzi, należy świetlana przyszłość! Tam zawiedzie was partia! Za partię! Za was! Za przyszłość! – Major uroczyście osuszył szklankę do dna, wzdrygnął się i zapalczywie wącha chleb.

Wącha po to, by mieć pewność, że Niemcy nie zanieczyścili czymś żyta, Laura wie, Laura wie!
Tatuś wypił pół szklanki, Mama tylko zamoczyła usta. Tyci, tyci. Laura dziwi się, o jakich młodych ludziach mówi Major. Gdzie tu są ci młodzi? Tylko Mama i Tatuś. Laury Major przecież nie widział. A może jednak widział?
– A wy? Również do Moskwy? – Tatuś stał się bardziej rozmowny.
– Tylko do Uralu. To moja zwykła trasa. Służba! Wróg nie śpi. Ale co wy, młodzi, w Moskwie? Nie słyszałem odpowiedzi.
–- Laura nie jedzie do Moskwy! – krzyknęła Laura z góry.
– No patrz! A ja się zastanawiałem, gdzie ten trzeci pasażer? Oto, gdzie! Tak, tak. Ukrywa się, mówi w obcym języku, pewnikiem szpieg! Hej! Szpiegu, dywersantko! Mam coś dla ciebie! – Major uśmiecha się i wręcza Laurze cukierka.
Zawinięty w jasnoniebieski papierek, piękny cukierek. Jeszcze piękniejszy niż czapka. I duży! Obrazek kolorowy. Dwa małe niedźwiadki czołgają się po powalonych drzewach, a trzeci obserwuje.
– Co się mówi?
Laura sama wie, co się mówi.

Najcenniejszy jest jasnoniebieski papierek. Dlatego, że on zostaje. Papierek stanowi niepodważalny dowód. Inaczej nikt nie uwierzy, że Laura miała takiego cukierka, że Laura jadła takiego cukierka!
– Laura jedzie na Łotwę! – Specjalnie mówi z uporem, specjalnie głośno i specjalnie zuchwale. Nie tyle do Majora, nie, bardziej do Mamy i Taty, niech wiedzą. Do żadnej Moskwy Laura nie jedzie! Laura wysiądzie w polu! Jeśli chcą, niech jadą sami, Laura nie jedzie do Moskwy! I to nie są żadne fochy!
– Z Moskwy jedziemy dalej na Łotwę – odezwała się Mama, bo co innego jej pozostało.
– Do domu. Po piętnastu latach – wtóruje jej Tatuś, który od razu tego pożałował.
Wypił swoją szklankę do dna, i natychmiast przelał zawartość szklanki Mamusi do swojej. Mama patrzy z wyrzutem. Mama się boi, że Tatuś się upije i powie zbyt dużo.
– Do Tallina? Byłem tam w czasie wojny. Paldiski. Słyszeliście? Nie, jesteście zbyt młodzi. Poza tym, obiekt był tajny! Major rozpoczął energicznie, ale szybko zamilkł i o czymś rozmyśla.
Nalał do swojej szklanki resztę sznapsa i wypija na raz. Nie wzdryga się jak poprzednio, pewnie zapomniał się wzdrygnąć, chleba też już nie wącha, nie trzeba przecież wąchać dwa razy.
– Nie, Tallin jest w Estonii. My do Rygi – objaśnia Mama.
– Ach tak! Ciągle mi się ta Pribałtika myli. Łotwa. Litwa. Estonia. Tak więc jesteście Litwinami?
– Nie, Łotyszami – Mama musi mówić, bo Tatuś spochmurniał.
– Tak, tak, Łotysze. Vilis Lacis. Sin ribaka**! Zgadza się? Strzelcy łotewscy! Zgadza się? Jak to – po piętnastu latach? – Major nie puścił niczego mimo uszu.
– Tak wyszło – Mama jest wystraszona. Laura odczuwa każdym nerwem skóry, jak bardzo Mama jest wystraszona.
– Ile masz lat, dziewczynko? – pyta Major Mamusię, ale Laura myśli, że to do niej pytanie. Gdzieżby tu była jakaś inna dziewczynka?
– Laura ma pięć lat. A będzie miała sześć – oznajmia.
– Moja żona Anda ma dwadzieścia cztery lata – mówi Tata i, jakby chcąc ją chronić, przyciąga Mamę bliżej siebie.
– A ty, młodzieńcze?
– Tyle samo.
– Wot. Przedszkole, nic dodać. Wychodzi na to, że poiłem wódką prawie nieletnich! – Major wyciągnął jeszcze jedną butelkę.
– Laura. Anda. Acha. A jak ty masz na imię? Hans, Fryc? Dobrze, dobrze, żartowałem. Da siadaj! Usiądź! Co ty? Siadaj! Mówię ci, że żartowałem, głupio, co prawda, wiem o tym, wybacz – Major wyciąga do Tatusia rękę.
– Janis – odpowiedział Tatuś, wyciągniętej przez Majora ręki nie zauważył.
– Aleksandr Iwanowicz. Wy, Pribałtowie, imion ojców nie używacie, wiem, wiem. Bez przyczyny, bez sensu, bo imię ojca jest ważne. Ach, to dlatego wydawaliście mi się tacy dziwni od samego początku! Wchodzę, patrzę – siedzi dwoje młodych ludzi. Gdzie jednak ta iskra radzieckiej młodzieży, gdzie żar w oku? Pobladli, sztywni. Przestraszeni. Myślę, może się migdalili? Nie, figa! Owoc miłości drze się z góry, patrzcie, jaka duża pannica, nogi do ziemi! Wcześnie zaczęliście, zuchy. Wcześnie. Idźcie w cholerę! Zesłańcy? Do domu jedziecie? Wolni! Szczęśliwi! Zdrajcy narodu? Kołchoźnicy? Burżujscy nacjonaliści? Dzieci i wnuki zdrajców narodu?
Major zacietrzewił się w przedrzeźnianiu i nalewa do szklanek.

– Zostaliśmy rehabilitowani – Tatuś stara się zachować spokój.
Mama znowu jest przestraszona. Mama cały czas się boi, by nie zesłali jej z powrotem na Sybir.
– Dżoni, Dżoni – szepcze cicho i ostrzegawczo. Major usłyszał.
– Dajcie spokój! Co to za imię – Dżoni? Dżon? Co to za amerikanskij burżuaznyj, imperialisticzeskij wybryk! Jak człowiek radziecki, choćby i Łotysz, może się zwać takim imieniem? Dżon! Dajcie spokój! – Major dyryguje niewidzialną armią.
– To tylko przezwisko, tylko przezwisko, tylko przezwisko! – Mama zaczyna płakać.
– Przezwisko? A może pseudonim, a może ksywa z konspiracji? Łotysze! Nie można wam wierzyć, nie można. Oto i zdradziliście swoją prawdziwą, zgniłą zachodnią naturę!
Odkrywszy prawdę, Major się uspokaja. Trzeba wypić. Major już pozostałym nie proponuje. Skupił się na Mamie.
– Anda! Wymów imię ojca – nalega Major.
– Edmundowna – wyszeptała Mama szlochając.
– Anda Edmundowna! Boisz się moich pagonów? Tak, boisz się. Więc się nie bój! Piękna jesteś, kobieto!
– Zostawcie w spokoju moją żonę! – Tata zerwał się z miejsca.

– Siadaj, gołowąsie! Anda Edmundowna! Boisz się moich medali? To nie są ordery, chociaż należałoby się, nie, to tylko gówniane medale! Widzę, że się boisz. Nie bój się! Pod tymi medalami mam, wiesz, co? Nie potrafisz odgadnąć? Serce! Serce tam mam! Pijemy! Tę czarkę pijemy za Maimę! Maima była moją estońską dziewczyną. Przed piętnastoma laty. Wsłuchaj się, Ando Edmundowno! Mai-ma! Mai-ma! Jak wilk wyję za nią – Mai-ma! Ale imienia ojca nie znam i wtedy też nie znałem, nie mogłem znaleźć w spisie, wykreślić! Miałem taką możliwość, ale nie mogłem, ot co, nie posługując się imieniem ojca. Dlatego ci mówię, imię ojca jest ważne. Może Maima też jedzie do domu? Rehabilitowana?

Major pyta Mamę. Schwycił Mamę za rękę. Co Mama może wiedzieć? Laura też nie wie, co Laura może wiedzieć?
– Oczywiście, że jedzie, i też ma u boku jakiegoś przeklętego sukinsyna, jakiegoś Dżona, kurna jego mać, ja i psa bym takim imieniem nie nazwał! I też takie szkraby, takie chuchra jej zmajstrował! Niech jedzie, nie jest mi szkoda, niech jedzie, suka, niech jedzie. Mai-ma! Mai-ma! – Major wyje jak wilk i uderza w piersi, że tylko medale brzęczą.
– Ech, ty! – Major zwraca się do Taty. – Pijemy za piękne kobiety! Pij, Dżonie Adolfowiczu, pij, Frycu Hansowiczu, ha ha ha! Uderz w żebra! Ando Edmundowno, ty też pij, dawaj, dawaj! Koś, póki rosa! Ech! Major wypił szklankę na raz.
Tatuś również opróżnił szklankę. Mama też wypiła szklankę! Do dna. Co Laura pocznie z trzema pijanymi dużymi ludźmi?

– Rehabilitowani, bydlaki, rehabilitowani. Rehabilitowani, łajdaki, wszyscy rehabilitowani! Niewinni jak baranki? Wolni jak ptaszki? Szczęśliwi jak prosiaki? Pomyśl tylko. Jadą do domu, łotry! Czy to jest uczciwe? Czy to się godzi? Czy ja, czy ja jadę do domu? Kto mnie rehabilituje? Kto rehabilituje mnie? Kto? Kiedy ja pojadę do domu? Kiedy? – Major, opuściwszy głowę, mówi do podłogi. Popłakuje, skamle, smarki fruwają w powietrzu, krzyczy do sufitu, chce się podnieść, powiedzieć coś jeszcze Tatusiowi i Mamusi, i Laurze, i Mamusi, stara się wyciągnąć pistolet z kabury, ale nie daje rady, w końcu jego zwiotczałe ciało dowleka się do ławki.

– Dzięki Bogu! Mógł nas zastrzelić! – Mamusia cała drży.
– Zastrzelić? – Laura dopytuje z niedowierzaniem.
– Nie, nie, przecież dał ci cukierka. – Mama cofa to, co powiedziała. Jak można zabrać słowa z powrotem, zastanawia się Laura.
– Czy ja, głupi, nie mogłem trzymać języka za zębami, czy musiałem powiedzieć o tych piętnastu latach? Major Czeki jest rzeczywiście tym, przed kim można otworzyć serce! Anduś, jestem idiotą! Wybacz! To moja wina. Po co w ogóle było coś mówić? Ma nagan. Może mu zabrać? – Tatuś się kiwa.
– Nie, nie, czyś ty zwariował? Schlał się jak wieprz. Dżon, on teraz będzie leżał jak zabity i niczego nie będzie pamiętał, ani rano, ani wieczorem. Wysiądzie w Uralsku na wsi. Proszę, proszę, spokój.

Gdy Laura się obudziła, Majora już w przedziale nie było. Laurę boli brzuch, to dlatego, że nie wypróżniała się przez cały ten czas w pociągu. Laurze chce się kupę, ale musiałaby pójść do wychodka. Laura wytrzyma. I Laura znowu zobaczyła we śnie To Dziecko.
– Jesteśmy już za Uralem – Mama jest poruszona.
– Jesteśmy w Europie, Lauro – Tata jest dumny.
Dla Laury są to obce i puste słowa! Jakieś Urale, jakaś Europa. Podobnie jak ta Moskwa, jakaś tam Moskwa. Dla Laury wiele słów jest pustych. Słowa, które mają tylko zewnętrzną stronę, ale wewnętrznej już nie. Słowo, które ma stronę wewnętrzną, słowo, które ma smak i zapach, słowo, które ma kolor i pełnię, takim słowem dla Laury jest Łotwa.
– Czy na Łotwę jeszcze daleko?
– Teraz już bliżej.
– Ile bliżej?
– Dużo bliżej.
– Ile dużo? – jak zwykle Laura męczy i natychmiast odpuszcza.

Dobrze już, dobrze. Laura ma co robić. Laura zje podarowanego przez Majora cukierka, a później dokładnie złoży papierek. Powoli, powoli zje i powoli, powoli złoży. Gdzie cukierek? Czy ze zdenerwowania Laura nie zauważyła, kto go zjadł? Nigdzie go nie ma. Laura szuka w pomiętej pościeli, aż w końcu zalewa ją wstyd niczym straszliwa fala gorąca, wstyd! Prześcieradło jest brązowe. Laura zrobiła kupę do łóżka! Odrażające, odrażające! Prześcieradło jest pełne plam, ciemnobrązowych i jasnobrązowych. Laura się zesrała, duża dziewczyna, upokorzenie wciska Laurę w ciemny kąt, okropieństwo. Co powie Konduktorka pociągu? Będzie krzyczeć na cały pociąg! Laura umrze ze wstydu, umrze! Rozpacz wyrwała się z ust krzykiem.

– Mamusiu! – Laura dyszy z przerażenia, a Mama rozumie, co jej przeszło przez głowę – Dziecko, to jest tylko czekolada! Laurko, to jest cukierek! Tylko roztopiony, rozpłynął się z gorąca, spójrz, papierek też porwał się na malutkie kawałki. Wszystko jest dobrze, to nic, uspokój się, no, no. Tylko cukierek! Kochanie! Moje małe biedactwo! To jest roztopiony cukierek, tylko cukierek. Powąchaj! No, czujesz, uspokoiłaś się?
– Na Łotwie kupimy inne. Mnóstwo, mnóstwo. Na Łotwie kupimy dużo. Dużo cukierków kupimy, jeszcze lepszych, nie płacz z powodu głupiego cukierka. Od tego potwora w ogóle nie należało niczego brać – Tatuś uspokaja Laurę.
Tatuś niczego nie rozumie! Z powodu głupiego cukierka? Laura nie płacze z powodu głupiego cukierka! Dobrze więc, że nie rozumie. Rzeczywiście, prześcieradło nie śmierdzi kupą, prześcieradło pachnie czekoladą. Różnica jakaś przecież.

Uspokoiwszy się, Laura zauważyła, że Major zapomniał czapki. Gdzie powiesił, tam wisi. Można ją zawieźć Papusiowi! Takiej czapki Papuś na pewno nie ma! Niebieski kolor jest piękny. Papusiowi się spodoba. A może Tatuś sam chciałby tę czapkę? Nie, wyrzuca ją przez okno. Dlaczego?
Weszła poirytowana Konduktorka pociągu. Kolor ust znikł, łuki brwi poblakły, oczy zapuchnięte.
– Czy towarzysz Major nie zostawił w przedziale swojej furażki?
– Naprawdę nie wiem, ale mogę poszukać – oferuje się Tatuś.
– Nie wiem. Jakiej furażki? – dziwi się Mama.
– Co to jest furażka? – pyta się Laura.
Konduktorka ze złością zamyka drzwi przedziału.
– Njura – mówi Mama.
– Akuratna – mówi Tatuś.


Tłumaczenie: Justyna Prusinowska

∗ Nawiązanie do popularnej po wojnie pieśni radzieckiej.
∗∗ Vilis Lācis (1904-1966) – łotewski polityk i pisarz, autor popularnej powieści Syn rybaka (łot. Zvejnieka dēls) z roku 1933, na podstawie której w roku 1939 nakręcono nie mniej sławny film pod tym samym tytułem.

O tłumaczce: Justyna Prusinowska (ur. 1977) – bałtolog, pracuje na UAM w Poznaniu, tłumaczy z języków łotewskiego i litewskiego.

O ilustratorce: Elżbieta Prusinowska (ur. w 1985 roku w Poznaniu) – w roku 2011 obroniła dyplom magisterski w pracowni malarstwa prof. Ryszarda Woźniaka w Instytucie Sztuk Wizualnych na Uniwersytecie Zielonogórskim. Tworzy barwne, często abstrakcyjne kompozycje techniką akrylową na płótnie.

Numer 3 (14)/2017

drukuj