Jacek Olender

Lepiej już było. Rok 2016 oczami imigranta w Londynie

AUTOR

Jacek Olender

doktorant w Instytucie Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk i Courtauld Institute. Mieszka w Londynie, jest członkiem partii Razem.

11 lutego w Royal Academy of Arts w Londynie otwarto wystawę Revolution: Russian Art 1917-1932 (Rewolucja: Sztuka rosyjska 1917-1932). Przechadzając się pośród dzieł sztuki z okresu pierwszych piętnastu lat istnienia sowieckiej Rosji (potem Związku Radzieckiego), nie da się nie odczuwać pewnej analogii z czasami współczesnymi, a zwłaszcza z ostatnim rokiem w Wielkiej Brytanii, Europie i na świecie.

Wystawa świetnie pokazuje napięcie pomiędzy pragnieniem modernizacji a przywiązaniem do stałości, pomiędzy nadzieją artystów na postęp a coraz ciaśniej zaciskającą się pętlą politycznego nacisku i coraz bardziej oczywistymi wypaczeniami systemu, dysonans pomiędzy obietnicą nowego a codzienną rzeczywistością. Oczywiście żadnej rewolucji póki co nie było, a ulice Nottingham i Sheffield nie spłynęły krwią, ale oczekiwanie na coś nowego i innego, napięcie między entuzjazmem i nadzieją a niepewnością i lękiem, ostre społeczne, plemienne wręcz podziały, a także szukanie wrogów wewnątrz własnych plemion dają podstawy do takich nawiązań. Nastały czasy przełomu, choć nikt nie jest w stanie przewidzieć, co przełom ów przyniesie.

Na pierwszy plan w życiu politycznym Wielkiej Brytanii wysuwa się oczywiście referendum unijne. Moim zdaniem najważniejszym procesem zeszłego roku, zwłaszcza z punktu widzenia imigranta, był jednak stopniowy upadek stabilnego układu politycznego, a referendum było tu jedynie skutkiem, a nie przyczyną. Rozpisanie plebiscytu miało być przecież dla Davida Camerona jedynie gambitem, obliczonym na spacyfikowanie prawego skrzydła Torysów. Dotychczasowy sposób funkcjonowania brytyjskiej polityki gwarantował stabilność praw politycznych imigrantów i pozwalał im na względnie spokojne życie na Wyspach. Rządy koalicji liberalno-konserwatywnej a potem samych Konserwatystów, naznaczone szeregiem cięć w wydatkach socjalnych państwa, stopniowo pogarszały i nadal pogarszają byt imigrantów. Ci ostatni zajmują pozycje przede wszystkim od klas niższych do średniej klasy średniej, a to właśnie tym grupom społecznym nakłady socjalne potrzebne są najbardziej. Jednocześnie ciężar cięć powoduje frustrację – najbardziej nimi dotkniętych – lokalnych (tj. urodzonych w Wielkiej Brytanii, nawet jeśli sami są dziećmi imigrantów) klas niższej i średniej. Frustracja ta jest kanalizowana w kierunku nastrojów antyimigranckich, często za pomocą banalnej, emocjonalnej propagandy rozpowszechnianej przez media należące do wąskiej kasty miliarderów, zyskującej na projekcie austerity. Dzieje się tak, choć wszelkie analizy wykazują korzystny wpływ imigrantów na kondycję gospodarki i usług publicznych Zjednoczonego Królestwa.

Referendum przypieczętowało los dotychczasowego układu politycznego. Póki co trzyma się on jeszcze w warstwie symbolicznej, posklejany na ślinę i toczący się siłą inercji. Imigrantom olbrzymie szkody wyrządziła kampania referendalna, będąca pokłosiem dyskursu austerity. Doszczętnie przeorała ona język debaty publicznej i wskazała, jak w gruncie rzeczy naskórkowe były tolerancja i liberalizm kulturowy brytyjskiej klasy rządzącej – tak polityków, jak i mediów. Co gorsza, okazało się, że tolerancja skończyła się nie tylko na prawicy (gdzie i tak była dość umowna), ale również na lewicy, która nieporadnie próbuje odzyskać poparcie najmocniej poszkodowanej przez neoliberalizm klasy robotniczej.

Nowe kierownictwo Labour w osobie Jeremy’ego Corbyna w sprawach imigrantów lawiruje tak, że nie wiadomo, czy ma rzeczywiście jakikolwiek pomysł na politykę migracyjną. Nie da się ukryć, że nadejście zmian w Partii Pracy wzbudzało nadzieje wśród imigrantów skłaniających się politycznie ku lewicy. Corbyn doszedł do władzy w partii jako symbol prosocjalnych i pacyfistycznych zmian w polityce, zastępując skompromitowaną New Labour, uwikłaną w wojnę iracką i konszachty z wielkim biznesem. Niestety, okazało się, że Labour nie ma w zasadzie zamiaru występować w kampanii referendalnej. Dlatego też w debacie nie wybrzmiał niemal wcale głos antyrasistowski. W konsekwencji imigrantów zwyczajnie nie było komu reprezentować, nawet w formie czysto symbolicznego wsparcia. O ile Labour nadal występuje z potępieniem przejawów rasizmu czy ksenofobii w przestrzeni publicznej, o tyle od momentu rozpoczęcia kampanii referendalnej nie przekłada się to na praktycznie żadne działania polityczne. Wyjątek stanowią okazjonalne wystąpienia na demonstracjach prouchodźczych i antyrasistowskich, które giną w szumie informacyjnym i nie znajdują zauważalnego odzwierciedlenia w dokumentach programowych, wystąpieniach parlamentarnych i medialnych. Rażącym przykładem tej postawy było dyscyplinowanie przez kierownictwo posłów do głosowania za ustawą „brexitową” nawet po tym, jak opozycja przegrała wszystkie głosowania w sprawie poprawek, w tym dotyczące poprawki gwarantującej imigrantom z UE prawo do pozostania w Wielkiej Brytanii po Brexicie. Labour wydaje się partią bez jasnej strategii w kwestii imigracji, ale jest to tylko symptom szerszej zapaści strategii politycznej, rozumianej jako dążenie do zdobycia władzy. Partia zdaje się żyć złudzeniami rodem z lat 70., kiedy jeszcze nie było jasne, że nie można zwyczajnie zamknąć się protekcjonistycznie na globalny kapitał i montować jakąś wersję autarkicznego socjalizmu. Problem w tym, że czasy się zmieniły.

Tak zwane „twierdze Labour”, czyli okręgi wyborcze stale głosujące na Partię Pracy, wypowiadały się w referendum za obiema opcjami. Na północy Anglii za wyjściem, w Londynie i innych większych miastach za pozostaniem. Obecne kierownictwo nie tłumaczy w żaden sposób swojego postępowania w sprawie poparcia dla Brexitu, więc pozostajemy w sferze domniemań. Wygląda jednak na to, że Labour próbuje odzyskać poparcie postrobotniczych okręgów na północy uderzaniem w UE, jednocześnie łagodząc przekaz dla metropolitalnych dzielnic imigranckich wsparciem okazywanym oddolnym ruchom antyrasistowskim. Niestety, brak wyraźnych objaśnień tych poczynań powoduje, że właściwie nikt nie jest zadowolony. Wybory uzupełniające w okręgu Copeland, gdzie rządzący Torysi zdobyli właśnie twierdzę Labour, zajmowaną od 1935 r. (partia rządząca nie wygrała wyborów uzupełniających od 1982 r.), zdają się potwierdzać moje obawy.
Pojedyncze głosy w obronie praw politycznych imigrantów pojawiają się za to po stronie konserwatywnej, dochodzą nawet z samego serca obozu optującego za wyjściem z UE. Nie podejrzewam jednak ludzi pokroju Michaela Gove’a, byłego ministra edukacji i jednego z głównych rozgrywających kampanii za wyjściem z UE, o nagły przypływ odruchów serca lub sumienia. Należy raczej założyć, że jego stanowisko wynika z troski o zatrzymanie na Wyspach taniej i w większości nieświadomej swoich praw siły roboczej – korzystają z niej koledzy ministra z Eton, którzy prowadzą firmy produkcyjne lub w nie inwestują.

Partie poprzecinane są wewnętrznymi konfliktami tak głęboko, że właściwie nie wiadomo, za czym stoją w polityce. Chwilowo na bardziej poobijaną wygląda Partia Pracy, która sama nie wie, czego chce. Po serii samobójczych walk frakcyjnych i z powodu nieumiejętności wyartykułowania spójnej polityki w jednej choćby kwestii Labour szoruje brzuchem po sondażowym dnie. Ludzie wolą głosować na rządzących Torysów – nawet gdy stan służby zdrowia w niektórych regionach kraju określany jest już mianem klęski humanitarnej. Skrzydło liberalne, skonsolidowane głównie wokół parlamentarnych elit, kopie dołki pod lewicowym kierownictwem, które ma oparcie w szeregowych członkach. Szeregowi członkowie – skupieni wokół ruchów oddolnych takich jak Momentum, grupą stojąca za wyborem Corbyna na lidera – mają z kolei usposobienie zupełnie sekciarskie, a każda krytyka kierownictwa jest w ich oczach równoznaczna z całkowitym zaprzeczeniem lewicowym wartościom. Żadna ze stron sporu nie zamierza ustąpić na krok. Trudno w tej sytuacji o nadzieję na korektę kursu, prowadzącego obecnie ani chybi na górę lodową.

Partia Konserwatywna jest, póki co, w natarciu. Udaje monolit, ale od kampanii referendalnej wiadomo, że w sprawie wyjścia z Unii jest podzielona prawdopodobnie nawet bardziej niż Labour. Premierka Theresa May usiłuje przepchnąć jak najdrastyczniejsze zerwanie z UE, nie wiadomo właściwie z jakim mandatem i dlaczego. May dąży, na chwilę obecną, do zerwania wszelkich stosunków prawnych z UE, w tym do wyjścia nie tylko ze wspólnego rynku, ale też na przykład z takich agencji jak Euratom. Miałoby to konsekwencje gargantuicznych wręcz rozmiarów. W sytuacji zupełnego odcięcia się od UE i odrzucenia prawa unijnego przejrzenia i wymiany będą wymagać dziesiątki tysięcy stron przepisów. Nie wiadomo, kto będzie certyfikował leki, gwarantował bezpieczeństwo reaktorów atomowych czy regulował rynek produktów rolnych i spożywczych. Dodajmy, że brak umowy z UE za dwa lata to zamknięcie rynku unijnego dla produktów brytyjskich, w tym na przykład dla londyńskich banków, które obecnie kredytują większość poczynań rządu. Kolejną komplikacją jest fakt, że Wielka Brytania dopóty nie może rozpocząć negocjacji z żadnym ciałem, którego jest stroną jako członek UE, dopóki UE nie opuści. Przykładami takich ciał są WTO albo CETA. Na dokładkę po sześciu latach rządów neoliberałów cięcia w administracji centralnej są tak dogłębne, że już teraz nie radzi sobie ona z codziennymi zadaniami, nie mówiąc o negocjowaniu w szybkim tempie najbardziej skomplikowanych umów międzynarodowych na świecie. Krótko mówiąc, jeśli May zdecyduje się opuścić UE, kraj zapewne runie w przepaść jak kamień, bez żadnych zabezpieczeń. Szkoci już zapowiedzieli, że nie zamierzają skakać razem z Anglikami. W kryzysie znajdzie się też pokój w Irlandii i władza nad Gibraltarem, obie bardzo ważne w postimperialnym dyskursie brytyjskim. A chodzi tu przecież także o igranie z życiem ludzi.

Nikt jednakże o takie kwestie w referendum nie pytał, a także nikt otwarcie, poza zupełnie skrajną prawicą, nie występował z takimi postulatami. Nawet sama Theresa May była przecież w obozie pozostania w UE. Przez to twierdzenia o „demokratycznym mandacie do wyjścia”, jak usiłuje utrzymywać i rząd i opozycja, coraz trudniej jest głosić bez rażącej hipokryzji. Jak długo członkowie Partii Konserwatywnej będą patrzeć spokojnie na to, jak premier spycha kraj w przepaść – nie wiadomo. Tymczasem 48% wyborców, którzy oddali głos za pozostaniem w Unii, nie reprezentuje nikt. Tym samym imigranci tkwią ideologicznie pomiędzy Scyllą niechętnej im, ze względu na unijne konotacje, lewicy a Charybdą prounijnego neoliberalizmu, który oznacza odbieranie im praw socjalnych i pracowniczych.
Przekaz rządu Theresy May w kwestii imigracji jest tak samo niestabilny, jak cała jego konstrukcja i cała strategia wyjścia z UE. Z jednej strony, optując za drastycznym zerwaniem z UE, May staje się zakładniczką skrajnej, nacjonalistycznej prawicy, która jako jedyna postuluje tak daleko idący rozwód. Z drugiej strony, jest zakładniczką neoliberalnej klasy kapitalistycznej, która potrzebuje imigrantów jako siły roboczej. Wie też, że znakomita większość usług publicznych nie ma szans na utrzymanie się na powierzchni bez zagranicznych pracowników. Z trzeciej zaś, odgrywając żelazną damę za trzy grosze, usiłuje pokazać na krajowym poletku, jak to twardo pogrywa z Unią i nie pójdzie na żadne ustępstwo w kwestii praw imigrantów tak długo, jak długo UE nie zagwarantuje analogicznych praw Brytyjczykom mieszkającym poza Wyspami.

Cóż w takim razie mogą zrobić imigranci, zwłaszcza ci pochodzący z krajów UE? Niestety niewiele, poza oddolną samoorganizacją. Na szczęście z długiej brytyjskiej historii lewicowych ruchów oddolnych wyrastają organizacje proimigranckie, które – choć niezbyt silne – są dość gęsto rozsiane. NGO wspomagają imigrantów w kwestiach prawnych, tak prawa imigracyjnego, jak i prawa pracy, pomoc świadczą również związki zawodowe, w tym specyficznie nakierowane na organizację imigrantów z UE i spoza Wspólnoty. Działają i mniejsze grupy lewicowe, organizacje i stowarzyszenia, w tym polskie. Spośród nich wyróżniają się organizacje feministyczne oraz Partia Razem, która na Wyspach rozrasta się stopniowo, ale dość konsekwentnie. Natomiast drobniejsza lewica brytyjska jest raczej również antyunijna, a to ze względu na prokapitalistyczne nastawienie brukselskich elit. Niewątpliwie od większości brytyjskich partii politycznych imigrantów odróżnia stosunek do integracji europejskiej, który nawet w bardziej prawicowych kręgach nie jest tak jednoznaczny jak wśród analogicznych środowisk w Polsce, głównie ze względu na groźbę deportacji w razie ostatecznego zerwania Wysp z kontynentem. Nawet skrajna prawica imigrancka, niestety głównie polska, woli raczej sojusz czysto rasistowski ze skrajną prawicą brytyjską przeciw imigracji spoza Europy niż jednoznaczne występowanie przeciw UE. Nie oznacza to całkowitego braku takiego dyskursu, ale jest on nieporównanie słabszy po stronie imigranckiej. Czasem przybiera on karykaturalną formę: Brytyjczycy mieliby wobec Polaków moralne zobowiązania wypływające nie z regulacji unijnych, ale „z dywizjonu 303”, czyli sojuszu z czasów II wojny światowej.

Nikt właściwie nie jest w stanie powiedzieć, co z tego wyniknie. Sytuacja jest schizofreniczna. Z jednej strony niejasność przekazu rządowego i buńczuczne zapowiedzi minister spraw wewnętrznych Amber Rudd, dotyczące ograniczenia skali migracji „już, zaraz”, napędzają antyimigrancką histerię w mediach i na prawicy. Z drugiej, wszyscy wiedzą, że imigrantów w Wielkiej Brytanii jest tak wielu, że trudno po prostu pozbyć się ich z dnia na dzień. Straty dla gospodarki byłyby niewiarygodne, pomijając zwykłą logistykę takiego procesu. Z kolei po lewej stronie nikt nie ma ochoty przyjmować pozycji internacjonalistycznych i integracyjnych, gdyż upodabnia to do analogicznych postaw w UE i wśród neoliberałów. Jak w takim razie poradzić sobie z międzynarodowymi korporacjami, globalnymi zmianami klimatu czy rajami podatkowymi? Tego nie wiadomo, ale też pytań tych nikt sobie nie zadaje. Gdzie więc jesteśmy? Trudno powiedzieć, poza tym, że stare drogi już nie istnieją, a nowe nie zostały dotąd przetarte. Czasy niepewności można przetrwać, ale tylko dzięki wzajemnej pomocy. Czy będzie nas na to stać? Oby.

Zdjęcie z serwisu Flickr

Numer 3 (14)/2017

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *