AUTOR

Olga Drenda

Dziennikarka i tłumaczka, absolwentka Etnologii i Antropologii Kultury UJ. Publikowała m.in. w "Polityce", "The Guardian", "2+3D", "Glissando", "Dwutygodniku", "Lampie", "Digital Camera Polska", "Tygodniku Powszechnym", "Szumie", "Trans/Wizjach", "Gazecie Magnetofonowej". Współpracowała z festiwalem Unsound i lubelskim Centrum Spotkania Kultur. Współautorka polskiego przekładu "Delikatnego mechanizmu" i "Wybuchowego biletu" W.S. Burroughsa, tłumaczka scenariuszy filmowych oraz fragmentów "Bukaresztu" Małgorzaty Rejmer na język angielski. Ostatnio wydała książkę "Duchologia" (wyd. Karakter, 2016). Mieszka w Mikołowie.

W pewnym sklepie z ciuchami z drugiej ręki, w którym znajdował się także niewielki dział mocno zakurzonych książek za złotówkę, wśród podręczników dla katechetów i wspomnień Edwarda Gierka znalazłam niewielką broszurkę: Zostań Miss Polonią – uroda, sylwetka, wdzięk.

W oprawie graficznej króluje odcień różu charakterystyczny dla zup owocowych serwowanych w ośrodkach żywienia zbiorowego albo trykotaży chińskich z motywem żurawia, a zdjęcia zdradzają wysoce niedoskonałą technologię druku. Rok wydania – 1988 – jest znamienny; Polska tkwi wtedy w fazie osobliwego niby-kapitalizmu pod niezmienionym partyjnym szyldem. Konkurs Miss Polonia, obok festiwalu w Sopocie i programu „Bliżej świata”, pomyślany jako lokomotywa krajowej rozrywki, przerodził się już wówczas w olbrzymie komercyjne przedsięwzięcie, sponsorowane hojnie przez firmy polonijne w rodzaju wiedeńsko-warszawskiej Queen of Saba, producenta szamponów Catzy czy Justyna Fashion Studio.

Wydarzeniu towarzyszyły liczne gadżety. Wśród nich płyta Ireny Woźniackiej, w całości poświęcona tematyce „okołomisskowej”. Teksty J.J. Emira i Grażyny Orlińskiej przywołują klimaty dancingowo-cinkciarskiego cwaniactwa, kojarzą się z jakimś szemranym biznesem i gorzkimi rozmowami o kiepskim życiu nad importowanym likierem. Bohaterka publikacji jest nieodmiennie stłamszonym Kopciuszkiem, przed którym roztacza się perspektywa biedaluksusu późnej PRL. Czary mary, znikły gary – śpiewa gwiazda polskiego funka i festiwalu w Kołobrzegu; Miss Polonia, słowiański anioł seksu, choć w kryzysie, bez kompleksów. Nie zabrakło również przykładów powszechnego wówczas topornego product placementu. Jeden z utworów nosił tytuł Ochota na Toyotę, taki bowiem wóz otrzymywała zwyciężczyni konkursu, obok – jak donosił warszawski „Express Wieczorny” – etoli z szynszyli, ofiarowanej przez specjalistyczne koło hodowców szynszyli w Grywałdzie, z całoroczną kolekcją ubiorów Domu Mody Telimena i z firmy Justyna Fashion Studio.

Wróćmy jednak do zaleceń, jakie wobec kandydatek na „misski” formułowali eksperci. Broszurka wydana przez Spółdzielczą Agencję Reklamową SPAR, przyozdobiona zdjęciami m.in. Zofii Nasierowskiej (łatwo je rozpoznać – mają w sobie niedzisiejszy smutek, niepasujący także do aerobikowego i watowanego entuzjazmu epoki), niesie zapowiedź ponurego zjawiska, które już wkrótce miało stać się nową normą: postrzegania kobiety przez siebie samą jako towaru i wiecznego nienadążania, stymulowanego poczuciem winy. Trwają zasadniczo wciąż lata 80. – dekada dzierganego w domu swetra, samodzielnie plecionej makramy i podręczników typu Robię dzianiny z resztek, babcinych okularów Opta Katowice, kiełbasy z nutrii i toksycznej wody w kranie. Irena Gumowska produkuje się jak szalona na łamach „Jestem” i na kartach kolejnych książek o zachowaniu zdrowia, urody i higieny przy pomocy selera i boraksu. Wydawnictwa typu Watra, niestrudzone w promowaniu robienia czegoś z niczego, wydają wówczas publikacje o tytułach „Z nitki i z kordonka”, „Tkactwo ręczne”, „Przetwory w gospodarstwie domowym”. W domach stoją gospodarcze zamrażarki Mors, a w nich zwierzęce korpusy, wiśnie, zieleniny, porzeczki i chleby. W realiach gospodarki niedoboru na głowę zwyczajnej gospodyni spada nie tylko zarządzanie domem, ale też faktyczna i niedobrowolna realizacja polityki „zrób to sam”, co przemienia Polkę w istotę podobną do wielorękich hinduskich bogów. Gotować, przecierać, szorować, hodować, zamiatać, froterować, tkać, mieszać, kombinować, stać, niańczyć, załatwiać, naprawiać, łatać, cerować. Lektura ówczesnej prasy poradnikowej nie pozostawia złudzeń – nie będzie za to wszystko nawet „dziękuję”. Kobiety wyżalają się w rubrykach „Listy od czytelniczek”, których lektura po latach wstrząsa i każe zrewidować zamglone różową chmurką wspomnienia spod trzepaka. Polska Madonna Maryli Rodowicz jawi się przy nich piosenką optymistyczną.

Jednocześnie telewizja i wideo rozbudzają nowe, cekinowe pragnienia, a w komisie czy na bazarze można dostać ciuchy z Tajlandii i dezodorant z Niemiec. Kobiety otrzymują kolejny wyraźny sygnał: oprócz wszystkiego, co już i tak robicie, musicie jeszcze prezentować się nienagannie. Zakupiona przeze mnie „misskowa” broszura beszta, ruga i pozbawia złudzeń. To tylko te najbrzydsze z nas i zaniedbane twierdzą, że wszystkie kobiety są piękne, a te piękne i zadbane, eleganckie powtarzają to, aby tym pierwszym nie zrobić przykrości – głosi tekst. Ustami słynnej choreografki krytykuje „sylwetkę pokraczną” Polek. Te wszystkie od lat modne luźne szaty, rozmaite lejby, tenisówki nie motywują kobiety do takiego sprężenia się (i odchudzania) jak wysoki obcas – ubolewa specjalistka. Aby nabrać gracji, zwyczajnej „babie z siatami” radzi rozkładać ciężkie zakupy równomiernie na obie ręce.

Im więcej w Polsce reklamy, im więcej można kupić w Peweksie i Baltonie za złotówki, im więcej firm polonijnych i importerów, tym sygnał silniejszy. Zrazu mówi się im: „Jesteście najwspanialsze”. W 1989 r. Polka, Aneta Kręglicka, zostaje ogłoszona światową królową piękności. Na fali przemian w Europie Środkowo-Wschodniej Polska ma swoje pięć minut w międzynarodowych mediach, a twarzą sukcesu, obok Lecha Wałęsy, stają się kobiety o trudnych do wymówienia nazwiskach: Trzetrzelewska (Basia, promująca wówczas płytę London Warsaw New York), Trzepiecińska (Joanna, gwiazda komedii Papierowe małżeństwo, w której gra, naturalnie, polskiego Kopciuszka w Londynie), Pacuła (Ewa, grająca zimne Wschodnioeuropejki w zachodnich thrillerach, i jedna z najpiękniejszych gwiazd kina według „People”). Duma i radość nie trwały jednak długo – nadszedł czas rozstawiania Polek po kątach, aby nie czuły się zbyt pewne siebie. Język debaty publicznej i mediów, kino, żarty, język codzienności są pełne całkiem przezroczystego seksizmu. Standardowy „kalendarz z gołą babą” widnieje jako dekoracja szacownych biur nawet w telenoweli „W labiryncie”. W prasie, a potem i w parlamencie swoje teorie wygłasza Janusz Korwin-Mikke, który mówi zasadniczo to samo, co i dzisiaj, jednak z tą różnicą, że towarzyszy mu pokaźne grono przytakiwaczy i nikt jego słów specjalnie nie kwestionuje. Przeciwnie, wielu innych pisze niemal bliźniaczo podobnie.

To kontynuacja beztroskiego „śmieszkowania” i poprawiania sobie samopoczucia w męskim gronie z wcześniejszych dekad, a jednocześnie błyskawiczny backlash wobec stopniowej emancypacji. Kobiety bowiem organizują się i starają się wywalczyć sobie miejsce w polityce. Poczytny magazyn „Kobieta i Życie” zachęca Polki do uświadomienia sobie swoich praw, upomina się o pracownice zepchnięte na boczny tor w procesie transformacji, uświadamia niesprawiedliwość kobiecych podwójnych etatów, ignorowanie kobiet przez politykę, w parlamencie popularny dyskurs przewiduje bowiem dla nich rolę paprotek, dewotek lub skandalistek (por. Anastazja P.). O ile politycy nie są w ogóle traktowani poważnie, o tyle w przypadku kobiet płeć ten dystans dodatkowo powiększa.

Wspomniana wcześniej Aneta Kręglicka szybko porzuca branżę urody i poświęca się życiu przedsiębiorczyni, realizując tym samym jeden z nowych modeli życia polskiej kobiety. Te bowiem angażują się już wcześniej w rozwijanie firm polonijnych, prowadzą mniejszą czy większą przedsiębiorczość na fali ogólnopolskiego przypływu wiary we własne siły. W tym samym czasie oficjalnie już wydawany magazyn „Res Publica” zastanawia się, cóż to za dziwne zwierzę, ta bizneswoman, i czy to zajęcie godne kobiety. Skoro nie bizneswoman, to może przynajmniej gwiazda świata mody? W jednym z archiwalnych odcinków Polskiej Kroniki Filmowej z wczesnych lat 90. widzimy casting do agencji modelek, na który oczywiście zgłasza się tłum dziewczyn zachęconych standardowym kopciuszkowym scenariuszem. Na miejscu są mierzone, ważone, odpytywane ze znajomości języków i jazdy konnej. Ekspertka natychmiast stawia je do kąta. Słyszymy z offu, że Polki są za grube, zaniedbane i krzywe. Jak zwykle, wszystko źle.

Zawstydzanie, płoszenie i temperowanie to element pewnego standardowego scenariusza transformacji. Przedstawia go dokładniej w Normach widzialności Magda Szcześniak, gdy pisze o – skierowanych na przemianę nieopierzonych obywateli świeżo kapitalistycznego kraju w tzw. normalnych ludzi – wysiłkach opiniotwórczej prasy, telewizji, kiełkującego przemysłu poradnikowego Normalnych, czyli wyglądających i zachowujących się zgodnie z wzorcowym modelem amerykańskim, ewentualnie zachodnioeuropejskim. Jednym z najosobliwszych zjawisk wczesnych lat 90., służących temu „przemysłowi normalności”, są magazyny dla ludzi sukcesu, w których zaleca się polskim biznesmenom akcesoria i rozrywki właściwe dla ich stylu życia. Co ciekawe, zaczyna się od zbytków podejrzanych w serialach o życiu milionerów amerykańskich, co pozwala odnieść wrażenie, że Polska roku 1991 była krajem, w którym istniała niemała klasa ludzi mających już Wszystko, a jedyne, czego im brakowało, to domowa sauna, wibrujące łóżko odchudzające oraz własne pole golfowe. W roku, w którym w USA ukazały się dwie przewrotne satyry na hiperkonsumpcyjny i napędzany prestiżem styl życia pokolenia yuppies – American Psycho Breta Eastona Ellisa i Pokolenie X Douglasa Couplanda – polski magazyn „Sukces” publikował poradniki, jakiej marki garnitury i spinki do mankietów nosić, aby prezentować się niemalże jak prawdziwy yuppie z Ameryki. W przypadku kobiet na ten imitacyjny wysiłek nakłada się jeszcze upichcona wcześniej mieszanina wzajemnie sprzecznych oczekiwań, nakazów i zakazów. Bądź taka, nie bądź taka. Chodź prosto, na obcasach, miej grację, biegaj, czaruj, gotuj. Z jednej strony goła baba, z drugiej – baba z siatami.

Ilustracje i zdjęcia udostępnione przez Olgę Drendę.

Numer 3 (14)/2017

drukuj

KOMENTARZE

  1. Sama prawda, na dodatek do dziś to pokutuje. Gdy zdarzyło mi się po raz pierwszy w życiu wyjechać do Francji w 2000 r., uderzyło mnie, że te Francuzki takie pewne siebie, a jednocześnie, według tych naszych polskich standardów, wcale nie miałyby po temu powodów.
    Polka, taka jak opisana pwyżej, była też świetnym towarem eksportowym na Zachód – wszystko umie, jest zadbana i na dodatek skromna, niewymagająca i z byle czego się cieszy. Zresztą chyba nie tylko w Polsce tak było. Pewnien Amerykanin rozpływał się kiedyś nad przymiotami kobiet z Europy Śr. i Wsch, mówiąc, że takie ładne, a przy tym takie skromne. Bo w Stanach, jak już się jakaś ładniejsza trafi, to od razu zadziera nosa. Z drugiej strony trzeba przyznać, że tak wychowane polskie baby mają jednak niezłego pałera, bo należą chyba do najzaradniejszych, i IMHO najładniejszych, w Europie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *