Michał Zabdyr-Jamróz

Czy akademik może mówić, co zechce? O blaskach i cieniach heterodoksyjnej akademii

AUTOR

Michał Zabdyr-Jamróz

Doktoryzujący się politolog. Asystent w Instytucie Zdrowia Publicznego CM UJ. Dżokej PowerPointa; niekonsekwentny anarchodandys. Udzielał się społecznie w Stowarzyszeniu DoxoTronica i Klubie Jagiellońskim. Bardziej publicystycznie pisał m.in. do Pressji i Rzepy. Naukowo pochłania go demokracja deliberatywna a także polityka zdrowotna, socjobiologia i habeas corpus.

Pod koniec zeszłego roku powstała w Stanach inicjatywa pn. HETERODOX ACADEMY (HA), która zrzesza całkiem liczną grupę amerykańskich wykładowców i badaczy. Wszyscy oni podpisują się pod następującym stanowiskiem:

 

Wierzę, że życie uczelni wymaga, by ludzie o różnych punktach widzenia i perspektywach mieli możliwość spotkania się środowisku, które sprzyja swobodzie wypowiedzi i stawianiu sobie nawzajem wyzwań. Obawiam się, że obecnie wiele dyscyplin naukowych i uniwersytetów cierpi z powodu braku różnorodności poglądów – szczególnie poglądów politycznych. Będę wspierał różnorodność poglądów w mojej dyscyplinie akademickiej, na moim uniwersytecie i wydziale oraz w mojej sali seminaryjnej.

 

Inicjatywa swoje słowa przekłada na bardzo konkretne narzędzie – ranking uniwersytetów respektujących wolność słowa i różnorodność opinii.
Celem ostatecznym i dla uniwersytetów kluczowym jest ochrona zasady różnorodności i kontradyktoryjności opinii (adversarial principle), która jest paliwem dla namysłu i badań naukowych. Heterodox Academy za swój główny punkt odniesienia uznaje deklarację Uniwersytetu w Chicago. Wyraża ona poparcie dla akademickiej wolności słowa przeciw uznawaniu sal seminaryjnych za – wolne od kontrowersji – „bezpieczne strefy” (safe zones) i umieszczaniu ostrzeżeń przed niektórymi opiniami (trigger warnings). Liderem tej inicjatywy i osobą pracującą nad rankingiem jest gwiazda psychologii społecznej, autor bestsellera Prawy umysł. Dlaczego dobrych ludzi dzieli religia i polityka?, Jonathan Haidt.

Haidt wyjaśnia, że celem jego jest walka z wewnętrzną cenzurą na uniwersytetach, dokonywaną pod sztandarem politycznej poprawności. Za niepożądane zjawisko uznaje on, że w ostatnich latach na wielu wydziałach zaczęły co raz wyraźniej dominować osoby o poglądach lewicowych, często wprost deklarujące się politycznie po stronie Partii Demokratycznej. Twierdzi tak, samemu deklarując się jako amerykański liberał (tj. socjaldemokrata). Jak tłumaczy w licznych wykładach dostępnych w Internecie, naczelnym celem uniwersytetu powinna być prawda, nie zaś sprawiedliwość społeczna, która przyświecać winna innym instytucjom społecznym. W jego opinii te dwie wartości stoją ze sobą w sprzeczności.

Cel jego w kontekście amerykańskim jest dość zrozumiały i w wielu przypadkach zasadny. Kiedy jednak przyglądam się bliżej wspominanemu rankingowi, a także politycznemu rozgardiaszowi wokół HA, dostrzegam w całej inicjatywie kilka kwestii problematycznych:
(1) Przykłady niesprawiedliwego piętnowania osób o poglądach naruszających ortodoksję politycznej poprawności są symptomem nadgorliwości w dążeniu do ochrony grup pokrzywdzonych. Takimi przykładami – pochodzącymi również z osobistego doświadczenia – posługuje się Haidt w swoich wykładach uniwersyteckich promujących jego ranking uniwersytetów. Uwzględnia on jednak jako kluczowe takie sytuacje jak np. odwołanie wykładu Milo Yiannopoulosa. Ten ostatni był do niedawna czołowym publicystą alt-right – ostro krytykującym feminizm, ruch ochrony praw Afroamerykanów przeciw policyjnej przemocy w USA (Black Lives Matter) i popierającym Donalda Trumpa. Nie jest on naukowcem, którego argument pochopnie zinterpretowano, ani nawet autorytetem w jakimś obszarze spraw publicznych. Jest natomiast publicystą i celebrytą zarabiającym na prowokowaniu kontrowersji i obrażaniu swoich przeciwników ideowych, zaś jego główną polityczną rękojmię stanowi fakt, że jest gejem gustującym w czarnych mężczyznach. Czyniło go to bardzo atrakcyjnym sojusznikiem prawicy: jego krytyka kobiet, transseksualizmu (jako wynaturzenia prowokującego przestępstwa seksualne), itd. nie wychodziła rzekomo z pozycji tradycyjnych prawicowych uprzedzeń. Dzięki temu celebrowany był do niedawna na prawicy amerykańskiej, jako przykład wojownika o wolność słowa przeciw nietolerancyjnym „rycerzom sprawiedliwości społecznej” (social justice warriors). „Do niedawna”, gdyż w lutym stracił swój przyczółek na prawicy, kiedy wypłynęły jego wcześniejsze wypowiedzi, w których pochwala pedofilię księży (gdyż sam jej doświadczył i pomogła mu ona odkryć w sobie geja) [1].

(2) Jednym z argumentów (m.in. Haidta) na rzecz twierdzenia, że uniwersytety stają się zamknięte na różnice opinii, jest systematycznie malejący odsetek akademików o poglądach prawicowych w większości dyscyplin [2]. Ten proces wydaje się jednak dość zrozumiały w świetle ewolucji amerykańskiej sceny politycznej z ostatnich dekad. W tym czasie prawica (Partia Republikańska pod wpływem grup interesów) wybrała drogę negowania wypracowanych teorii naukowych i rozpowszechniania dezinformacji. Wyrażało się to m in. w negowaniu zmian klimatycznych, zaprzeczaniu ewolucji, upartym twierdzeniu, że homoseksualizm to choroba do intensywnego leczenia, powoływaniu upolitycznionych instytucji badawczych, które wciąż zasilają strumień dezinformacji [3]. Zabiegi te zaczęto stosować w latach 90., gdy dostrzeżono ich polityczną skuteczność. Za wzorcowy przypadek takiej działalności uznać można polityczny zwrot NRA (amerykańskiego Narodowego Stowarzyszenia [miłośników] Karabinów), które w 1996 r. doprowadziło do wprowadzenia w USA ustawowego zakazu finansowania badań, które mogłyby stanowić argument dla ograniczania dostępu do broni palnej [4]. Ten model lobbingu upowszechnił się w Stanach, a z czasem trafił także do Polski [5], obejmując szereg kwestii odnoszących się m.in. do deregulacji biznesu (koncerny tytoniowe, paliwowe itp.), ale także na kwestie światopoglądowe. W przypadku tych ostatnich mamy do czynienia choćby z popieraniem nienaukowych twierdzeń przez politycznie zaangażowanych miliarderów albo z generowaniem przez nich zasłony dymnej przy przeprowadzaniu innych, korzystnych biznesowo polityk.

(3) Głównymi adresatami rankingu są rodzice studentów oraz – co znamienne – uniwersyteccy darczyńcy. Ponieważ w Stanach są oni istotnym źródłem utrzymania wielu uniwersytetów (a zwłaszcza tych najbardziej prestiżowych), wielki biznes i zaangażowani politycznie milionerzy zyskują w ten sposób możliwość skutecznego nacisku na uczelnie. Wystarczy, że dostatecznie wiele firm paliwowych dofinansuje uniwersytety otwarte na opinie przeczące globalnemu ociepleniu i mamy gotową zapaść amerykańskiego szkolnictwa wyższego.

(4) Haidt sam szczerze przyznaje [6], że dąży do przetrzebienia wydziałów nauk humanistycznych, a w szczególności do likwidacji lub obniżenia rangi zakładów zajmujących się choćby studiami genderowymi czy badaniami nad rasizmem. Oznaczałoby to w praktyce, używając swojskiego idiomu, wyrugowanie z uniwersytetów jakichś studiów gejowskich lub lesbijskich na życzenie konserwatywnych społecznie grup nacisku. Skutkiem będzie skruszenie zasady autonomii uniwersytetów przez ich większe uzależnienie od sektora politycznego i for-profit.

(5) No i wreszcie, Heterodox Academy jest bardzo chwalona przez Breitbart i inne parające się dezinformacją media, dla których wolność słowa oznacza prawo do uprawiania goebbelsowskiej propagandy. W tym sensie, HA stała się (niechcący) orężem w wojnie ideologicznej. Cytując uwagę Marcelego Sommera, w jej wymiarze ideologicznym walka z poprawnością polityczną to w istocie najzwyczajniejsza walka o hegemonię i w praktyce oznacza chęć zastąpienia jednej poprawności politycznej – inną. Choćby więc pierwotny impuls powołania HA był słuszny, w praktyce staje się on kolejnym narzędziem pogłębiania politycznej polaryzacji i dalszego przesuwania politycznego środka ciężkości na prawo. A przy okazji zmuszać będzie uniwersytety do tworzenia fałszywej ekwiwalencji między teoriami naukowymi a poglądami niemającymi w nauce żadnego umocowania.

Proces aktywnej walki o hegemonię polityczną na uniwersytetach przyjmuje już wyraźne oblicze. Legislatura stanu Iowa postanowiła prawnie uregulować proporcję zdeklarowanych politycznie pracowników uniwersyteckich. W myśl proponowanej regulacji osoba nie może zostać zatrudniona [w zakładzie uczelni], jeśli jej przynależność polityczna w dniu zatrudnienia sprawi, że procent wykładowców należących do jednej partii politycznej w danym zakładzie przekroczy o dziesięć procent udział osób należących w tym zakładzie do innych partii politycznej [7]. Choć Haidt wyraźnie zdystansował się do tej inicjatywy [8], nie ulega wątpliwości, że motywowana była ona dokładnie tą samą troską o polityczne zróżnicowanie uniwersytetów.

Haidt opracował narzędzie, które aż się prosi o jego nadużycie – instrument który niesie wielkie ryzyko ostatecznego zniszczenia autonomii amerykańskich uniwersytetów. Pozwoli ono biznesowi sprawniej wspierać te instytucje, które rozcieńczają naukowe rygory, dopuszczając do głosu osoby rażąco naruszające standardy i metody badań: hochsztaplerów propagujących homeopatię, uczących teorii inteligentnego projektu (której nienaukowy charakterze potwierdził nawet konserwatywny sędzia), a nawet negujących Holokaust.

Moim zdaniem Haidt popełnił pewien istotny błąd w swojej interpretacji tego, czym jest prawda naukowa. Rzecz w tym, że akademia nie jest miejscem rozległej wolności słowa w takim sensie, w jakim jest nim sfera publiczna, działająca na potrzeby kształtowania opinii obywateli. Nauka na pewno nie daje wolności słowa na poziome tworzonej przez siebie wiedzy, czego dobitnym wyrazem jest surowy proces recenzencki. Ale akademia nie daje takiej wolności także na etapie dopuszczania do procesu „obróbki metodą”. Nie ma powodu, żeby uczelnie miały obowiązek pochylania się i dopuszczania do siebie każdego stanowiska, choćby było jawnie ideologiczne, publicystyczne czy politycznie motywowane. W przytłaczającej większości przypadków oznaczałoby to nie domniemaną rewitalizację dyscypliny, ale raczej paraliż badań naukowych przez konieczność skupiania się na kwestiach, które nie mają żadnych naukowych podstaw. Nauki ścisłe i społeczne – a do pewnego stopnia i humanistyczne – winny opierać się na „szkolarskim podejściu”, tj. pewnej rygorystycznej rzetelności, koniecznej nie tylko w przypadku ścisłej metody naukowej.
Wolność akademicka, w większej mierze polegać musi na autonomii uniwersytetu w stosunku do zewnętrznych czynników, takich jak ideologia większości, przekonania wpływowych ludzi czy decydentów politycznych. Sprowadza się to z kolei przede wszystkim do niezależności finansowej uczelni i samej kadry naukowej. Akademia nie powinna natomiast być wolna od srogiego ekskluzywizmu w stosunku do przekonań nieugruntowanych w badaniach empirycznych lub w „literaturze przedmiotu”, a już na pewno w stosunku do takich, które są jawnym elementem politycznej rozgrywki czy czyichś uprzedzeń.

W omawianej sprawie jestem rozdarty. Zgadzam się, że różnica opinii jest paliwem dla postępu nauki. Podobnie jak Haidt – w wyniku zwykłego niezrozumienia – sam byłem kiedyś posądzony o uprzedzenie, mimo że cel mojej wypowiedzi był wręcz odwrotny [9]. Z tego względu doskonale rozumiem, czym jest zelotyzm politycznej poprawności, który doszukuje się transgresji nawet tam, gdzie jej nie ma. Zarazem jednak uważam, że integralnym elementem nauki jest elementarna przyzwoitość (zwana czasem poprawnością polityczną), czyli m.in. wzajemny szacunek i wysoki poziom kultury dyskusji. Te zasady – pryncypia, rzec by można – wykluczają z akademii osoby, które wykazują się arogancką ignorancją, posługują się nauką nierzetelnie, instrumentalizują ją dla swoich politycznych przekonań lub są intencjonalnie napastliwi i okrutni wobec rozmówców i/lub słabszych. Filozofia to miłość wiedzy i jej poszukiwanie, a nie elegancka nazwa agitacji opakowanej erudycją. Na uniwersytecie wiedza naukowa nie ma być erystyczną bronią dla forsowania programu politycznego czy zwykłych uprzedzeń.

Czy jest miejsce na uczelnianej katedrze dla funkcjonariuszy publicznych, publicystów, pisarzy, działaczy społecznych i politycznych? Wydaje mi się, że powinno się ono znaleźć. Ale zawsze przy pewnych zastrzeżeniach. Może sytuacja byłaby czystsza, gdyby uczelnie zerwały z tradycją przyciągających publiczność wizyt pozanaukowych sław. Nie chodzi tu o rezygnację z otwartości uniwersytetu na debatę publiczną. Akademia powinna chyba zabierać głos w sprawach o randze publicznej. Ale powinna to robić z perspektywy swojej metody – na zasadzie popularyzowania wyników badań.

W tym kontekście warto zapytać, czy akademia powinna być zamknięta na głosy pozanaukowe w swoich salach. Odwiedzanie uniwersytetu przez kogoś z zewnątrz – szczególnie kontrowersyjnego – to dobry pretekst do stymulowania dyskusji i wyznaczania nowych kierunków badań, podstawa do lepszego identyfikowania problemów zewnętrznych w stosunku do kryształowego pałacu akademii. Nie powinno to jednak polegać na całkowitym oddaniu pola takiej osobie – szczególnie jeśli jest to dla niej głównie instrument biznesowej czy politycznej autopromocji. Może wizyty tego rodzaju zawsze powinny odbywać się w formule debaty panelowej, gdzie tezy wyraźnie nietrafne z perspektywy ustaleń nauki mogłyby się spotkać z natychmiastową i ekwiwalentną (a nie tylko przychodzącą „z widowni”) krytyką.

Często do wygłoszenia „wykładu” na uniwersytecie zapraszana jest osoba ze szczególnym doświadczeniem w danej dziedzinie – znaczący praktyk, niekoniecznie ekspert w wymiarze naukowym, a także laicy z istotnym doświadczeniem życiowym do opowiedzenia. Takie osoby z pewnością mają do przekazania akademii istotną wiedzę, szczególny wgląd w dane zjawisko czy obszar aktywności ludzkiej. W takim jednak wypadku – dla przejrzystości – wystąpienia te nie powinny być traktowane jako wykłady naukowe, tylko jako świadectwa. Takie świadectwa mogłyby się stać przedmiotem dalszej krytycznej analizy naukowej i konfrontacji z innymi świadectwami.

Sądzę więc, że na uczelni powinno być miejsce dla świadectw osób, które urodzone z brutalnego gwałtu trafiły do adopcji i potem przez całe życie musiały sobie z tym psychicznie radzić. Ale oznacza to, że na uczelni powinno być też miejsce dla świadectw kobiet, którym odmówiono prawa do aborcji nawet w przypadku zagrożenia zdrowia i życia – kobiet, które aby ratować życie zmuszone zostały do skorzystania z podziemia aborcyjnego. Z pewnością w obu tych przypadkach świadectwa będą się składać z szeregu postulatów a nawet i refleksji etycznych. Ale przemyślenia te nie powinny być traktowane jako mające naukowy, autorytatywny charakter.

Wolność słowa na uniwersytetach uważam za rzecz cenną. Chciałbym, żeby nie wymagała ona ograniczania i jakichś rygorów. Ale chciałbym również, żeby osoby, dla których uniwersytet lub tytuł naukowy mają być pretekstem do arogancji i mędrkowania nie dziwiły się, że ich „akademicka wolność” ma granice. Chciałbym, żeby stanowisko „samodzielnego pracownika naukowego” nie dawało poczucia, iż ma się prawo do całkowicie nienaukowego i niefilozoficznego uderzania w najsłabszych ex cathedra, choćby było to w ramach pozanaukowej debaty publicznej. Uniwersytet nie powinien być też zamknięty na głosy spoza świata nauki. Ale nie może być platformą do politycznej agitacji, która wykorzystuje autorytet akademii dla legitymowania przekonań niepodpartych nauką.

Jako człowiek z pewnymi konserwatywnymi ciągotami uważam, że uniwersytet powinien kształtować etos swoich absolwentów i umacniać go w pracownikach. A polega m.in. na odpowiedzialności za swoje słowo i szacunku do innych. Prawda naukowa – jakkolwiek konwencjonalna by nie była, jako produkt specyficznej metody – nie jest tego rodzaju, że „leży gdzieś po środku”. Absolutnie nie jest zadaniem akademii schlebianie po równo wszystkim stronom politycznego sporu. Jeśli stanowisko danej partii czy grupy interesu jest wyraźnie sprzeczne z ugruntowaną wiedzą naukową, to uczelnia absolutnie nie ma obowiązku do-reprezentowania takiego stanowiska. Byłoby to wręcz sprzeczne z jej etosem. Warto rozważyć, do jakiego stopnia etos ten nakazywałby twarde przeciwstawienie się antynaukowej agitacji. Wszak polityczne zaangażowania to ryzyko wejścia w bezwzględny spór polityczny, w którym akademia jest z góry na przegranej pozycji.

Wiedza naukowa jest „polityczna” w tym wymiarze, że wskazuje na problemy wspólnoty politycznej i poszukuje ich rozwiązań. Nie ma natomiast obowiązku ustępować „politycznej różnorodności”, szczególnie gdyby wymagała ona osłabienia swojego rygoru. Fakt, że wielu działaczy społecznych i polityków nie rozumie tego jest przykry, ale do pewnego stopnia zrozumiały. Gorzej, że uznają oni akademię za kolejny polityczny przyczółek do zdobycia i instrumentalizacji. Natomiast to, że nie rozumieją tego sami badacze i studenci jest dowodem największej porażki akademii. Dlatego wspólnota akademicka powinna stanąć w obronie swojej podmiotowości i autonomii. Etos akademicki nie może istnieć jedynie w sferze idei. Musi być przypominany i praktykowany – zderzany z rzeczywistością społeczną. Także, gdy zderzenie to nabiera charakteru politycznego.

[1] German Lopez, The fall of Milo Yiannopoulos, explained, VOX Feb 21, 2017, http://www.vox.com/policy-and-politics/2017/2/20/14673036/milo-yiannopoulos-cpac-pedophilia-tape
[2] José L. Duarte, Jarret T. Crawford, Charlotta Stern, Jonathan Haidt, Lee Jussim, Philip E. Tetlock, Political diversity will improve social psychological science, Behavioral and Brain Sciences, vol. 48. 2014
[3] Lewicowcy też tworzą sfałszowane badania pod tezę, ale jest to zjawisko nieporównywalnie rzadsze.
[4] “[N]one of the funds made available for injury prevention and control at the Centers for Disease Control and Prevention may be used to advocate or promote gun control.” https://www.gpo.gov/fdsys/pkg/PLAW-104publ208/pdf/PLAW-104publ208.pdf
[5] Potencjalnym przykładem może być Ordo Iuris: http://wyborcza.pl/1,75248,20665495,ordo-iuris-lubi-cien-nieprzejrzysta-dzialalnosc-znanej-fundacji.html; http://strajk.eu/ekspert-ordo-iuris-z-zarzutami-za-reprywatyzacje/
[6] https://www.youtube.com/watch?v=EqUtgFBWezE&feature=youtu.be [od ok 01:14:00]
[7] Jen Hayden, Iowa legislature introduces bill to require university faculty applicants to state party affiliation, DailyKos, Feb 20, 2017, http://m.dailykos.com/stories/2017/2/20/1635991/-Iowa-legislature-introduces-bill-to-require-university-faculty-applicants-to-state-party-affiliation
[8] Jonathan Haidt, Iowa State Senator Proposes Misguided Diversity Bill, Feb 25, 2017 http://heterodoxacademy.org/2017/02/25/iowa-misguided-diversity-bill/
[9] Sprawa z 2004 roku: Tammy Kitzmiller, et al. v. Dover Area School District, et al. (400 F. Supp. 2d 707, Docket No. 4cv2688)
[10] https://www.youtube.com/watch?v=92qWsjOQf5E

Zdjęcie: serwis Flickr

Numer 3 (14)/2017

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *