AUTOR

Krzysiek Posłajko

Urodzony w 1981. Doktor filozofii i niedoszły socjolog ze stajni UJ. W idealnym świecie nauki interesuje się analityczną filozofią języka i ontologią. Używa słowa „socjolog” w liczbie pojedynczej na oznaczenie Pierre’a Bourdieu. Pracował jako tłumacz i leksykograf. W wolnych chwilach publicysta-amator. Nieuleczalny socjaldemokrata. Z lewackiego tłumu wyróżnia go negatywny stosunek do jazdy na rowerze, mieszkań w zapuszczonych kamienicach i psychoanalizy.

Ponieważ nie da się przekroczyć problemów późnego kapitalizmu siłą woli, lewica musi się nauczyć żyć w świecie, w którym dominują pielęgnowane pieczołowicie mikrotożsamości. Musi podjąć pracę budowania mostów łączących te grupy, które oddzielone są od siebie murami estetyczno-ideowych wyborów. W tym świecie nie ma już chyba szansy na masowe ruchy śpiewające Międzynarodówkę pod wspólnymi sztandarami. Jest za to szansa na powstanie szerokich organizacji, skupionych wokół wspólnego programu, w których u siebie będą mogli poczuć się zarówno weganie-ideowcy bądź podważający wszystko ironiści, jak i pogrobowcy starej lewicy oraz scjentystyczni technokraci. Nie musimy podzielać swoich upodobań kulinarnych, estetycznych ani nawet tych z pogranicza indywidualnej etyki, by zdawać sobie sprawę, że niezależnie od wszystkich ideowych sporów realizacja programu lewicowego jest dla nas szansą na lepsze życie – być może jedyną.

Z obserwacji debaty toczonej ostatnio w środowiskach lewicy niezależnej na temat strategii tej formacji – mamy na myśli m.in. teksty Michała Maleszki i Mateusza Trzeciaka oraz Jarosława Tomasiewicza, które ukazały się na łamach portalu „Nowego Obywatela” – wynieśliśmy wrażenie, iż dyskusja ta cofnęła się w rozwoju. Trochę tylko wyjaskrawiając, można powiedzieć, że jako lekarstwa na marginalizację polskich środowisk postępowych sprzedaje się, z jednej strony, politykę tożsamościową prawdziwej lewicy, gotowej toczyć długie boje z nieetycznymi wyborami konsumpcyjnymi swoich potencjalnych zwolenników, a z drugiej strony próbę zdyskontowania sentymentu „antypoprawnościowego”, wyjętą jak gdyby z innej epoki, kiedy „sojusz ekstremów” mógł się jeszcze komuś wydawać czymś więcej niż ekscentryczną zabawą intelektualną.

Osobliwość owej debaty uwypukla to, że obie polityki tożsamościowe mogą w równej mierze uchodzić za memy. Zarówno sprzeciw wobec „śmieszkowania” (reakcyjnej jakoby ironii i nihilizmu, charakteryzujących internetową estetykę i erystykę rodem z dank memes) wraz z towarzyszącą mu propozycją swoistego nowego socrealizmu, jak i alt-left (odwołująca się do wyobrażonego głosu wyklętego ludu Internetu) przyjmują w istocie warunki i wpadają w pułapki wpisane w zwyrodniałą współczesną kulturę medialno-polityczną. Wciąga ona do gry w domykanie tożsamości, kółkowość, stawianie zasieków pomiędzy towarzysko-światopoglądowymi bąbelkami i tworzenie coraz to doskonalszych totemów dla poszczególnych grup i grupek.

Do tego samego sprowadza się w istocie problem przedstawiony w popularnym ostatnio wśród lewicowych aktywistów tekście Wendy Brown o „lewicowej melancholii”, mającej powodować, że lewicowe środowiska oddają cześć własnym tęsknotom i obrazom z przeszłości zamiast szukać nowych formuł działania. Diagnoza zawarta w tym nieznośnie hermetycznym artykule – powołującym się na Stuarta Halla, powołującego się z kolei na Waltera Benjamina – rzeczywiście całkiem nieźle pasuje do aktualnej sytuacji, w której poszczególne opcje wewnątrzlewicowego sporu okazują się memami żerującymi na ludziach.

Warto odnotować przy tym, że owa melancholia czy też nostalgia za dawnymi czasami bynajmniej nie jest wyłącznie udziałem lewicy. W otaczającym nas galimatiasie należy ona do tych sentymentów masowych, które bardzo dobrze się sprzedają. Można argumentować, że to ona – a nie, jak chcą choćby Trzeciak i Maleszka – kultura „ironicznego dystansu i wulgarnego rechotu” stoi m.in. za wynikiem brytyjskiego referendum w sprawie Brexitu czy zwycięstwem Donalda Trumpa w amerykańskich wyborach prezydenckich. Nawiasem mówiąc, lepiej od artykułu Brown i wielu innych tekstów na łamach mniej i bardziej poczytnych periodyków ilustrują to zjawisko ostatnie sezony „South Parku”. Kreślą one paralelę między zmianami polityczno-kulturowymi w świecie zachodnim a nowymi częściami „Gwiezdnych Wojen”. Fenomen popularności tych ostatnich, podobnie jak fenomen popularności polityka, który obiecuje przywrócenie Ameryce dawnej wielkości – opiera się na umiejętnej kombinacji specyficznego ciepełka, jakie daje oglądanie filmów wielokrotnie widzianych, z ekscytującym obcowaniem z nowością i podrasowanymi efektami specjalnymi. To połączenie wyjątkowo skutecznie atakuje część mózgu odpowiadającą za „duchologiczne” wspomnienia i tęsknotę za tym, co utracone.

Bodaj najlepszym odpowiednikiem tego fenomenu w świecie lewicowej polityki jest obecny lider Partii Pracy Jeremy Corbyn, łechczący wspomnienia i powidoki wypreparowane z miłych socjaldemokratycznemu serduszku wyobrażeń. Corbyn, prawdziwy Chewbacca demokratycznego socjalizmu, nie bez przyczyny stanowi szansę aliansu pomiędzy różnymi odłamami socjalnej „lewicy memicznej”. Coś dla siebie znajdzie w nim i miłośnik alt-leftu, i neosocrealista. Nieistotne jest przy tym, czy okaże się on grabarzem swojej formacji, czy jej odnowicielem. Pokrewnym przykładem tego samego zjawiska jest Bernie Sanders, polityk, który wydaje się wprawdzie sprawniejszy i lepiej skomunikowany ze światem współczesnym niż lider brytyjskiej Labour, ale pod wieloma innymi względami – od kwestii programowych po staromodne garnitury – sprawia wrażenie kogoś wyjętego z establishmentu Partii Demokratycznej powojennego trzydziestolecia. Popularność Berniego, wykraczająca poza duszny światek lewicowych aktywistów i komentatorów, a także jego „strawność” dla różnych segmentów elektoratu paradoksalnie pokazują, że z taktycznego punktu widzenia umiejętne odwołanie się przez środowiska lewicowe do tak żywotnego sentymentu, jakim jest dziś nostalgia, wcale nie musi być głupie.

Problem tkwi w tym, że odwoływanie się do idealizowanych „starych dobrych czasów”, choć pojawiało się tu i ówdzie na egzotycznych marginesach lewicowego utopizmu, jest z rdzeniem tej tradycji myślenia w pewnej sprzeczności. Charakterystyczny dla lewicy jest bowiem radykalny akt wyobrażenia sobie innej, lepszej przyszłości, która będzie wolna od grzechów przeszłości. Oczywiście nie ma nic złego w odwoływaniu się do dobrych pomysłów z minionych dekad, a nawet czynieniu z nich kluczowych elementów programu politycznego, jednak tylko pod warunkiem, że tej przeszłości sztucznie nie upiększamy i wiemy, że nie ma do niej powrotu. Trzeba sobie zdać sprawę, że formuła powojennego konsensusu socjaldemokratycznego oraz model masowej partii robotniczej ze sztandarami, pierwszomajowymi pochodami etc. były odpowiedzią na konkretny czas i konkretny system organizacji produkcji, oparty na wielkich fabrykach i masowym proletariacie. W dzisiejszych postfordowskich czasach, dla których charakterystyczne są zjawiska mikrokonsumpcji oraz prekarnego zatrudnienia, trudno jest odbudować zarówno te propozycje programowe, jak i modele mobilizacji społecznej.

Bez wątpienia lewica musi mieć spójny przekaz ideowo-programowy. Wydaje się nam, że wbrew pozorom cel ten został w dużej mierze osiągnięty, przynajmniej w polskich warunkach. Raczej wszyscy zgadzamy się co do tego, że trzeba, mówiąc metaforycznie, „mieć obie nogi umyte”, czyli umiejętnie łączyć egalitarny program gospodarczy ze wsparciem dla węższego lub szerszego pakietu progresywnych postulatów obyczajowych. Sęk raczej w tym, że nie mamy pomysłu, jak zmobilizować ludzi do wsparcia tych propozycji. Co więcej, obecny układ sceny politycznej – oparty coraz częściej na podziale na nominalnie progresywnych, neoliberalnych globalistów w typie Justina Trudeau i współczująco-konserwatywnych nacjonalistów (Beata Szydło i Donald Trump) – zdaje się również rozbijać potencjalną bazę lewicy na dwa skonfliktowane ze sobą obozy. W tej sytuacji łatwo jest ulec pokusie zapisania się do któregoś z tych dwóch, suflowanych przez polityczny mainstream, bloków. Jest to dla lewicy pokusa popełnienia ideowego samobójstwa.

Wydaje się, że nie ma w tej sprawie dróg na skróty. Ponieważ nie da się przekroczyć problemów późnego kapitalizmu siłą woli, lewica musi się nauczyć żyć w świecie, w którym dominują pielęgnowane pieczołowicie mikrotożsamości. Musi podjąć pracę budowania mostów łączących te grupy, które oddzielone są od siebie murami estetyczno-ideowych wyborów. W tym świecie nie ma już chyba szansy na masowe ruchy śpiewające Międzynarodówkę pod wspólnymi sztandarami. Jest za to szansa na powstanie szerokich organizacji, skupionych wokół wspólnego programu, w których u siebie będą mogli poczuć się zarówno weganie-ideowcy bądź podważający wszystko ironiści, jak i pogrobowcy starej lewicy oraz scjentystyczni technokraci. Nie musimy podzielać swoich upodobań kulinarnych, estetycznych ani nawet tych z pogranicza indywidualnej etyki, by zdawać sobie sprawę, że niezależnie od wszystkich ideowych sporów realizacja programu lewicowego jest dla nas szansą na lepsze życie – być może jedyną. Budowanie wspólnoty w oparciu o wartości i symbole jest oczywiście celem ważnym, ale możliwym do zrealizowania tylko w długiej perspektywie, jako skutek uboczny miriad przeprowadzonych inicjatyw i wygranych walk. Jej przedwczesne zadekretowanie groziłoby gwałtowną dezintegracją kruchych więzi.

Wyzwanie, przed jakim stoi lewica, ma dziś zatem charakter raczej pragmatyczny niż ideowy. Jej problem polega, po pierwsze, na wypracowaniu metod docierania ze swoimi propozycjami do niespójnej masy narcystycznych jednostek, zakochanych w swoich starannie wycyzelowanych internetowych i pozainternetowych „profilach”. Po drugie, lewica mierzy się z deficytem zasobów, które są niezbędne do przebijania się przez gąszcz komunikatów i memów w świecie medialnego przesytu (nie oszukujmy się, walka memetyczna w dowolnych mediach wymaga zasobów finansowych oraz swoistego know-how). I tutaj znowu, jak sądzimy, potrzeba nam strategii „wszystkie ręce na pokład”. Potencjalna baza lewicy jest fizycznie i kulturowo rozproszona. Dlatego konieczne są w równym stopniu strategie budowania gorących i spójnych „ruchów”, opartych na bezpośrednich więziach grup aktywistów, jak i ironiczna gra na poziomie memetyki, trafiająca do publiczności odbierającej świat w sposób zapośredniczony. Rzecz jasna, nie ma tu gwarancji sukcesu. Ale też nigdy jej nie było.

O autorach:

Krzysiek Posłajko: urodzony 1981. Doktor filozofii i niedoszły socjolog ze stajni UJ. W idealnym świecie nauki interesuje się analityczną filozofią języka i ontologią. Używa słowa “socjolog” w liczbie pojedynczej na oznaczenie Pierre’a Bourdieu. Pracował jako tłumacz i leksykograf. W wolnych chwilach publicysta. Nieuleczalny socjaldemokrata. Z lewackiego tłumu wyróżnia go negatywny stosunek do jazdy na rowerze, mieszkań w zapuszczonych kamienicach i psychoanalizy.

Maurycy Gocławski: tzw. bloger niezależny. Posiadacz szacunku ludzi ulicy. Ukryta prawica lewicy. Kiedyś – członek PPS d. Frakcja reakcyjna.

Mem na podstawie obrazu Eugène Delacroix, Wolność wiodąca lud na barykady (1830): Franciszek Sobieraj

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *