AUTOR

Krzysiek Posłajko

Urodzony w 1981. Doktor filozofii i niedoszły socjolog ze stajni UJ. W idealnym świecie nauki interesuje się analityczną filozofią języka i ontologią. Używa słowa „socjolog” w liczbie pojedynczej na oznaczenie Pierre’a Bourdieu. Pracował jako tłumacz i leksykograf. W wolnych chwilach publicysta-amator. Nieuleczalny socjaldemokrata. Z lewackiego tłumu wyróżnia go negatywny stosunek do jazdy na rowerze, mieszkań w zapuszczonych kamienicach i psychoanalizy.

Donald Trump jest niewątpliwie obrzydliwą moralnie jednostką: jest to typ krętacza, mizogina, który z pewnością złamie wszystkie przedwyborcze obietnice i zdradzi tych, którzy na niego głosowali.

Jednak nieustanne podkreślanie tego faktu nic nie wyjaśnia i niczego nie zmienia – poza utwierdzeniem nas (postępowej, lewicowo-liberalnej inteligencji) w przekonaniu, że oto odnieśliśmy kolejne moralne zwycięstwo. Dużo ważniejsze jest zauważenie, że Donald Trump okazał się – wbrew przewidywaniom wielu – niezwykle zdolnym politykiem, a jego inauguracyjne przemówienie (które już, rzecz jasna, zostało jednoznacznie zakwalifikowane jako objaw kryminalnego nacjonalizmu i tendencji dyktatorskich) świadczy o ponadprzeciętnym słuchu politycznym, którego warto by było się nauczyć.

Trump pokazał się jako polityk, który – cokolwiek byśmy nie sądzili o jego rzeczywistych motywach – ma kluczową we współczesnej medialnej demokracji zdolność, a mianowicie mówienia ludziom o ich problemach w sposób zrozumiały dla przeważającej większości elektoratu. Potrafi też w jasny sposób przedstawić sposoby zaradzenia tym problemom. I nie liczy się to, że jego rozwiązania są bałamutne – chodzi o to, że potrafi je w jasny sposób wyartykułować, czym różni się od wiecznie hamletyzujących polityków mainstreamu. No i nie czarujmy się: w jakiejś części diagnozy Trumpa są słuszne. USA to państwo, które od kilkudziesięciu lat bawi się w globalnego policjanta, a jednocześnie nie jest w stanie zapewnić dużej części swojej populacji poziomu dobrobytu, którego mieszkańcy było nie było największej gospodarki świata mogliby oczekiwać.

Kolejnym atutem Trumpa jest to, że potrafi bez zahamowań łamać dystynkcje kulturowe. W ten sposób człowiek będący od urodzenia chodzącym przywilejem potrafił przekonać przynajmniej część klasy ludowej, że będzie jej reprezentantem. To cenna lekcja: ważniejsza od samego pochodzenia okazuje się umiejętność niebudowania wokół siebie muru klasowej dystynkcji (w Polsce bodaj najlepiej sztukę tę opanował Aleksander Kwaśniewski ze swoimi tańcami disco polo, teraz „gra na swojaka” całkiem przyzwoicie wychodzi Andrzejowi Dudzie).

Last but not least, Trump okazał się „dobrym” politykiem, gdyż zaczął urzędowanie od dość radykalnych działań: odwołał w trybie pilnym wszystkich ambasadorów, podpisał decyzje ograniczające Obamacare i dokonał czystek na stronie internetowej. Znowu, nie można mieć wątpliwości, że wszystkie te rozstrzygnięcia prowadzą w zdecydowanie złym kierunku. Jednak należy Trumpowi przyznać, że wydaje się on rozumieć, jak ważne dla urzeczywistnienia jakiejkolwiek zmiany politycznej jest przełamanie naturalnej inercji administracyjnej. I że prawdopodobnie jedyną na to metodą jest zastosowanie ukochanej przez amerykańskich wojskowych taktyki shock and awe, tj. przeprowadzanie zmian znienacka i w olbrzymiej ilości, tak aby ewentualny opór zdusić w zarodku. Na marginesie: to właśnie nieumiejętność wprowadzania zmian w ten sposób i nieustająca koncyliacyjność były zmorą administracji Obamy oraz przyczyną tego, że wszystkie jego reformy w najlepszym wypadku okazywały się połowiczne.

Jak już wspominałem, nie wygłaszam tu apologii Trumpa. To koszmarny człowiek, a jego polityki zapewne przyniosą tragiczne skutki. Sądzę jednak, że progresywna strona sceny politycznej powinna przyjrzeć się metodom, które prowadzą „tych złych” do sukcesów, i nie bać się ich stosować w praktyce.

Zdjęcie: Wikipedia

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *