AUTOR

Alexander Rydzewski

ur. w 1993 roku, student bez specjalnych osiągnięć.

Szykuję się do rocznego wyjazdu. Wiem, że będę miał sporo wolnego czasu, więc zabieram ze sobą kilkanaście ambitnych filmów. Robię to, chociaż od dawna mam wrażenie, że o wiele łatwiej przyjdzie mi obejrzeć prostą historię, kiepsko recenzowaną, najlepiej nakręconą w ostatnich kilku latach.

Jestem na miejscu. Mijają dni, tygodnie, w końcu miesiące. Biorę się do przeglądania Internetu i zupełnym przypadkiem trafiam na chaotycznie prowadzoną audycję o teoriach spiskowych. Program, którego odcinków nowych oraz archiwalnych po pewnym czasie słucham codziennie, nadawany jest w kilku radiach internetowych. Prowadzącemu udało się skupić wokół siebie zwartą społeczność, jednak słuchaczom daleko do bezkrytycznego akceptowania promowanych treści. Oprócz zwykłych ludzi do radia dzwonią również paranoicy oraz żartownisie, a ich telefony stają się nieodłącznym elementem audycji. Co jakiś czas w przerwie na reklamy emitowany jest spot zmontowany z wypowiedzi Noama Chomsky’ego, zachwalający możliwości finansowania tego rodzaju niezależnych inicjatyw. Zdaniem wizjonera rozgłośnie internetowe mają stać się w niedalekiej przyszłości centralnym miejscem wolnej wymiany informacji, forum, na którym zwykły człowiek, płacący symboliczne datki na utrzymanie programu, będzie miał wreszcie szansę się wypowiedzieć.

Powoli zaczynam wrastać w struktury tej hermetycznej grupy i udaje mi się przejrzeć na oczy. Uświadamiam więc sobie, że za większością problemów dzisiejszego świata stoją globaliści, rząd światowy albo NWO (New World Order), próbujący skupić w swych rękach całość władzy nad ludzkością. W garści trzymają zarządy największych banków, wojsko. Podporządkowani są im członkowie lóż masońskich i wszelkie koncerny, kontrolują media. Co chyba najbardziej zaskakujące – utrzymują kontakty z cywilizacjami pozaziemskimi. Zarówno z tymi, które przybyły do nas w latach 40., jak i z tymi, które mieszkają obok nas od zarania dziejów. Inżynieria pogodowa, smugi chemiczne i genetyczne modyfikowanie żywności to tylko najbardziej podstawowe rodzaje broni służącej szczytnemu celowi: depopulacji. Wreszcie zaczynam rozumieć, czemu nie radzę sobie z życiem. Spadki nastroju spowodowane są zatrutym powietrzem i niefiltrowaną wodą, którą mam zwyczaj popijać (czy jest w niej zabójczy fluor? Nie jestem w stanie sprawdzić), a zmęczenie to tylko efekt diety wyjałowionej z wszelkich wartości odżywczych. Jestem chodzącym trupem.

Po przeanalizowaniu kilkudziesięciu audycji i stosownej kwerendzie zyskuję jako taki ogląd źródeł informacji stanowiących kamień węgielny teorii spiskowych. Jest wśród nich miejsce zarówno dla faktów historycznych, jak i bezczelnych zmyśleń. Dowodami są także opinie „niezależnych” guru. Niedzielni naukowcy liczą zapewne na brak zainteresowania ze strony prawdziwych specjalistów w danych dziedzinach. Pewną konsternację wywołuje u mnie dopiero pewien typ źródła, na które często powołuje się prowadzący audycję, jak i liczni jej słuchacze, czyli film.

Co ciekawe, nie chodzi tu tylko o dokument, co byłoby jeszcze w jakimś stopniu zrozumiałe, ale też o produkcje fabularne. Film zawsze pozostanie przecież swobodną interpretacją faktów, będzie charakteryzować się pewną umownością, na którą świadomy widz musi wyrazić zgodę, aby cieszyć się z widowiska. Bardziej rozgarnięci spiskowcy mają jednak swoje racje. Wypowiedź artystyczna reżysera jest dla nich komunikatem od człowieka, który znajduje się gdzieś wysoko ponad nimi, a więc automatycznie ma kontakt z ludźmi skorumpowanymi przez globalistów. To właśnie oni oplatają siecią wpływów całe Hollywood i tylko mała grupa buntowników jest w stanie stawić im czoła, realizując filmy w zawoalowany sposób demaskujące prawdę o świecie. Oczywiście mogą to robić pod warunkiem, że uchronili się przed wypraniem mózgu techniką kontroli umysłów Monarch, a takich pozostało niewielu.

Interpretacja filmów w kluczu teorii spiskowych jest jak wybór czerwonej pigułki, otwierającej nam oczy na prawdę o rzeczywistości. Stajemy przed decyzją podobną do tej, z którą mierzył się Neo, bohater dzieła sióstr (wtedy jeszcze braci) Wachowskich. Tylko od nas zależy, czy będziemy na tyle odważni, aby wybudzić się z Matriksa. Warto przyjrzeć się filmom, które na taką interpretację pozwalają i zaskarbiły sobie szacunek społeczności tak sceptycznej wobec tego, czym karmi się ogłupiona szara masa.

Matrix, chociaż jego metafora wciąż pozostaje żywa, nie cieszy się wcale dużym poważaniem wśród słuchaczy audycji. Nie ma dowodów, że jesteśmy w Matriksie – podkreśla prowadzący. A ja zaczynam rozumieć, że film z grypsami od zaszczutego przez NWO reżysera musi się charakteryzować pewną dosłownością. Ten ciekawy paradoks (tajna wiadomość wykrzyczana przez megafon) sprawia, że za klasykę uchodzą w audycji głównie filmy na Zachodzie zapomniane, w których spisek często pozostaje jedynie pretekstem do ukazania na ekranie kolejnych scen akcji. Zwrócić należy również uwagę na pewną gatunkową ortodoksję – filmem demaskującym nigdy nie zostanie komedia. Kiedy jeden ze słuchaczy zadzwoni do radia i zacznie snuć wywody o UFO, a na poparcie swych teorii przywoła Facetów w czerni, głośną komedię z 1997 r., szybko zostanie przywołany do porządku, bo „faceci w czerni” oczywiście istnieją, ale nie czas to i miejsce na podobne spekulacje. O wiarygodności filmu decyduje więc często powaga, z jaką został nakręcony. Humor jest dopuszczalny, ale jego użycie powinno być na tyle stonowane, aby nie podważyć autentyzmu opowiadanej historii.

Żeby zostać potraktowanym z należytym szacunkiem, wykazać się trzeba znajomością innych filmów. Chcecie zobaczyć jak, no, pi razy drzwi zgodne z prawdą wydarzenia, jakie były, to zobaczcie film Roswell – mówi prowadzący. Osnuta na faktach telewizyjna produkcja z 1994 r. opowiada o rzekomym rozbiciu się niezidentyfikowanego obiektu latającego w stanie Nowy Meksyk. Jesse Marcel, wojskowy, którego dowództwo wysyła na miejsce katastrofy, nie wierzy własnym oczom. Na pustyni znajduje wrak prawdziwego statku kosmicznego. Wkrótce zacznie się gorączkowe tuszowanie incydentu przez władzę, a z poczciwego Marcela szefostwo zrobi bałwana, niepotrafiącego odróżnić latającego spodka od balonu meteorologicznego. W jednej ze scen obsesja na punkcie wydarzeń z przeszłości doprowadzi bohatera do spotkania z innym badaczem, a ten przedstawi mu przerażającą prawdę. Wiemy, jak było, ale co z tego? Nie mamy dowodów.

Roswell, choć dla przeciętnego widza nudny, dla ufologa może stać się komunikatem zapowiadającym nadchodzące disclosure, czyli zwiastunem ujawnienia przez rząd kontaktów człowieka z obcymi cywilizacjami. Aby więc nakręcić film tak realistyczny, reżyser musiał posiadać tajne informacje z pierwszej ręki lub od kręcących się po Hollywood whistleblowerów.

Warto rzucić okiem na Roswell w szerszym kontekście filmów dokumentalnych próbujących wyjaśnić tajemniczy incydent. Obraz Jeremy’ego Kagana posiada tę zaletę, że próbuje nam przedstawić wydarzenia takimi, jakie były. Stoi więc w kontrze do kilkunastu produkcji National Geographic oraz Discovery (między innymi: Secret History of UFOs), gdzie gadające głowy naukowców próbują zmanipulować widza historyjkami o manekinach wypadających z balonów. Głos sceptyków zostaje zignorowany, a na pierwszy plan wysuwa się wspomnienie zagubionego Marcela. Ponieważ kodeks wojskowy nie pozwala mu wyjawić prawdy o katastrofie, pozuje do zdjęcia przy fałszywych szczątkach „wraku” dla lokalnych gazet. Powaga, z jaką odbierane są podobne sceny, każe prowadzącemu audycję zanegować zasadność istnienia młodzieżowego serialu Roswell: W kręgu tajemnic (1999). Powstał on jakoby w celu skompromitowania idei swojego poprzednika.

Chociaż Roswell nie jest jedynym, ani może nawet szczególnie ważnym przykładem tego typu kinematografii, dobrze ilustruje odbiór podobnych filmów wśród ludzi zaangażowanych w badanie zjawisk niewyjaśnionych. Przykłady można mnożyć: historia opowiedziana w Bliskich spotkaniach trzeciego stopnia (1977) jest prawdziwa, bo scenariusz konsultowany był z ufologiem, a Gwiezdne wrota (1994) są subtelną aluzją do istnienia gadoidów i kosmicznych budowniczych. Dowodem na wszystko powyższe i jeszcze więcej jest zaś serial Z Archiwum X (1993-2002).

Przy projekcie nadzorowanym przez Chrisa Cartera warto zatrzymać się chwilę dłużej. Jego realizacja przypada na lata 90., kiedy moda na obcych i teorie spiskowe trwa w najlepsze. Seria, w której sceptyczna Scully i poszukujący Mulder zmagają się z nieznanym, do dziś pozostaje skarbnicą paranormalnych mitów. Cały szkopuł w tym, żeby mit pozostał dla widza mitem, choć tak bardzo chcemy w niego wierzyć. Trudno jednak rozumowi wygrać z nostalgią i tęsknotą za naiwnością młodzieńczych lat, bo należy pamiętać, że wielu z nas zostało wtajemniczonych właśnie dzięki emisji serialu w polskiej telewizji. Z zaskoczeniem słucham o odwadze scenarzystów, mających wgląd za kulisy rządu światowego, czego nie omieszkali rzekomo wykorzystać, tworząc postać Palacza. Główny antagonista realizuje cele typowe dla legendarnych Iluminatów czy innego bawarskiego kółka oświatowego. Wchodzimy tutaj powoli na płaszczyznę, gdzie tematyka obcych scala się z przekonaniem o innych, którzy gdzieś nad nami, poza systemem, sprawują realną władzę.

Gdy patrzymy przez różowe okulary lat 90., może się nam wydawać, że to Z Archiwum X nauczyło nas myśleć kategoriami spisku, odkryło przed nami to, o czym wcześniej nikt nie miał odwagi mówić, poruszyło ludzi problematyką w Polsce dotąd nieznaną, przynajmniej wśród szerszej publiczności. Tymczasem refleksja nad premierą nowego sezonu pozwala nam podejść do sprawy z większą dozą krytycyzmu. Czy zgalwanizowana serialowa żaba jest w stanie ujawnić nam jakikolwiek sekret z niezliczonych zakulisowych rozgrywek światowego rządu? Powiem wprost: nie ma co szminkować tego przegniłego truposza. Bo co tu niby nowego? Nowy nie jest na pewno śmieszny koncept wolnej energii czy straszenie rozpylaniem świństw z powietrza. O modyfikacjach DNA dokonywanych przez obcych możemy od lat przeczytać na każdej stronie internetowej orbitującej wokół tej tematyki. Nowy sezon serialu okazuje się jedynie niezręczną interpretacją znanych od lat tropów i pod tym względem mityczny produkt lat 90. nie różni się tak bardzo od współczesnej wersji przygód Muldera i Scully.

Tymczasem ponad dziesięć lat to wystarczający okres, aby problematyka teorii spiskowych zaczęła się zmieniać. UFO i zjawiska paranormalne, choć nadal dość żywo w radiu dyskutowane, odchodzą powoli do lamusa, a na ich miejsce wkracza wielkomiejska paranoja, w której spory udział mają „media głównego ścieku”, serwujące nam codziennie tony informacji o aferach podsłuchowych, wszechobecnych szpiegach i groźnych hakerach, potrafiących zdalnie przejąć każdy komputer. Można pokusić się o twierdzenie, że narracja mediów państwowych i prywatnych zaczyna powoli przypominać moją ulubioną audycję. Jest tylko jedno „ale”. Stacje informacyjne zmyślają lub plotkują, a spiskowiec deszyfruje tajny komunikat. Wróg publiczny (1998) to film proroczy, wręcz domagający się takiego podejścia. W czasach, gdy o Snowdenie nikt nie słyszał, a każdy z nas czuł się bezpiecznie logując się na konto listelowe zabezpieczone najprostszym hasłem, Wróg publiczny uchylił przed nami rąbka tajemnicy o przeraźliwej machinie monitoringu, pozostającej na usługach władzy. Film Tony’ego Scotta z dość dobrym skutkiem próbuje pokazać nam, do czego doprowadzić może szybki rozwój technologiczny. Szczególnie gdy dostęp do owych technologii znajduje się w niewłaściwych rękach.

Władza wie o nas wszystko. Wróg publiczny jest wodą na młyn dla wielbicieli spisków. Rzadko się zdarza, żeby jakaś opowieść filmowa po latach zyskała na wiarygodności w podobny sposób. Scott trafił ze swoimi przepowiedniami i chociaż wyobrażenie ówczesnego sprzętu do podglądania ludzi może śmieszyć, filmowi udaje się uchronić przed całkowitym osunięciem w koleiny idiotyzmu, tak charakterystycznego dla omawianych tu filmów o UFO.

Sztuka ta nie udała się w Oni żyją (1988) Johna Carpentera, gdzie rządzący światem obcy za pomocą kilku prostych trików piorą mózgi zwykłym obywatelom. Tylko największy żyjący kozak, grany przez Roddy’ego Pipera, jest w stanie powstrzymać sekretną inwazję.

Film ogląda się nadzwyczaj dobrze. Twórca jest świadomy nonsensowności opowiadanej historii i w żaden sposób nie próbuje tego ukryć. I teraz rzecz smutna – opowieść o rozwalaniu kosmicznych trupów jest prawdopodobnie najważniejszą istniejącą alegorią rządów NWO, tak przynajmniej uważają miłośnicy spisków. Jego kultowości nie tłumaczą oni nostalgią za starym dobrym kinem akcji. Carpenter po prostu wiedział, jak jest. Światem rządzą obcy oraz podporządkowana im elita światowa (najpewniej członkowie Grupy Bilderberg), a gdzieś na szarym końcu jesteśmy my – szaraki bez wpływu na własne życie. W czasie trwania audycji Oni żyją jest chyba najczęściej przywoływanym filmem, którego zadaniem jest w prosty sposób zilustrować skomplikowaną strukturę współczesności.

Teorie spiskowe oparte są zazwyczaj na fikcji i kilku drobnych odpryskach rzeczywistości. To właśnie dlatego u ich podstaw fakt stoi obok kuriozalnej opowieści filmowej. Nie ma znaczenia, czy film jest ilustracją, przetworzeniem czy przypadkową prognozą, którą ktoś odkrył na nowo i dopasował do stosownej teorii. Kino zawsze wygra z nudnymi pracami ufologów, rzetelnym zgłębianiem tematu i ciężką pracą potrzebną do zrozumienia otaczającego nas świata. O wiele łatwiej jest wyprać zagubionemu człowiekowi mózg Zeitgeistem, niż zmusić go do refleksji i kolejny raz pozostawić z wątpliwościami dotyczącymi mitu Chrystusowego lub funkcjonowania mechanizmów rynkowych.

Wracam do siebie. Nie słucham już swojej ulubionej audycji. Nabieram dystansu do wiedzy, którą zgromadziłem przez ostatnie miesiące i zaczynam rozumieć, co robi z człowiekiem wieczne życie na wygnaniu. Prowadzący audycję, tak jak i wielu najaktywniejszych słuchaczy, również nie mieszkają w Polsce. Wyrwani z rzeczywistości, w której dorastali, nie są w stanie odróżnić fikcyjnych problemów od tych, które dotyczą ich osobiście. Ani Polska, ani Irlandia i Anglia nie będą nigdy drugą Ameryką. Przeszczepowi obcej kultury powinna zawsze towarzyszyć refleksja dotycząca jej realiów.

Niestety, w nieustannej pogoni za pragnieniem zrozumienia tego, co nas otacza, wielbiciele radia wybierają drogę po linii najmniejszego oporu i gdzieś na tej drodze potykają się o przeszkody, jakie stawia przed nami zdradliwy umysł. Zatrzymują się w zaklętym kręgu powtórzeń, gdzie wyrosłą na obcym gruncie fabułę uzasadnia się fabułą, a fikcję – fikcją. Aby ten krąg przerwać, potrzeba odwagi, której spiskowi eskapiści nie mają. Śnią o potędze, próbując ogarnąć rozumem całość zbudowanego na spisku świata, podczas gdy prawdziwe lokalne układy, niewspomagane mitotwórczą kroplówką, pozostają nieodkryte. Chociaż zużyty twórczo, szukający ratunku w czystej fantazji paradygmat ma się dziś całkiem dobrze, a w przyszłości będzie się miał jeszcze lepiej, to spisek, może nawet i prawdopodobny, zawsze pozostanie hipotezą, a film fikcją.

Niebezpieczeństwa, jakie łączą się z nieświadomą interpretacją filmów przez pryzmat teorii spiskowych, wciąż pozostają te same. Nikt nie chciałby skończyć jak Mel Gibson w Teorii spisku (1997), bełkocząc do przypadkowych przechodniów o zabójczym fluorze, bez świadomości tego, że w Polsce woda w kranie nigdy nie była fluoryzowana.

Zdjęcie: Pixabay

Numer 2 (13)

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *