AUTOR

Katarzyna Jankowska

Katarzyna Jankowska: Absolwentka malarstwa Wydziału Sztuk Pięknych UMK w Toruniu, podyplomowych Muzealniczych Studiów Kuratorskich na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie oraz Ekonomii Społecznej UE w Poznaniu. Związana ze środowiskiem toruńskich organizacji pozarządowych, Przewodnicząca Fundacji Fabryka UTU. Autorka koncepcji i scenariuszy warsztatów oraz działań edukacyjno-artystycznych, skoncentrowanych na sztuce współczesnej. Łączy doświadczenie kuratorskie i edukacyjne z dziedziny sztuki współczesnej z wieloletnią praktyką w dziedzinie działań społecznych. Współpracuje z domami dziecka, zajmuje się teoriami z zakresu edukacji niekonwencjonalnej. Koordynatorka kilkudziesięciu projektów edukacyjnych i artystycznych, m.in. Dźwiękospacery, Subiektywna mapa Torunia, URban gardeners; założycielka 2 społecznych domów kultury w Toruniu Domkultury! i KULTURHAUZ. Stypendystka Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Nowe Peryferie rozmawiają z Katarzyną Jankowską, pomysłodawczynią toruńskiego przedsięwzięcia Domkultury!, o tym, jak może funkcjonować społeczny dom kultury oraz o metodach i kulisach pracy animacyjnej w zaniedbanych pod względem społeczno-kulturalnym wspólnotach miejskich.

 

Ewa Korzeniowska: Domkultury! Bydgoskie Przedmieście to nietypowa placówka kulturalna, działająca od 2014 roku. Czym różni się ona od takiego domu kultury, gdzie dzieci mogą spędzać czas po szkole, przychodzą grać w szachy i uczą się grać na instrumencie, a na parapetach stoją paprotki?

Katarzyna Jankowska: Przede wszystkim nie jesteśmy stabilnie finansowanym, zhierarchizowanym domem kultury, jesteśmy projektem. Mamy horyzontalną strukturę zarządzania. Jestem przewodniczącą, ale decyzje podejmujemy wspólnie, każdy ma jeden głos. Nowoczesny dom kultury jest, według nas, miejscem żywym – dynamicznym, otwartym na interakcje. To nietypowy stymulator lokalnej aktywności, będący zarówno nadawcą, jak i odbiorcą różnorodnych bodźców. Zadaniem domu kultury powinno być przerzucanie pomostów między grupami, które z różnych powodów są od siebie oddalone – pomiędzy młodymi i seniorami, urzędnikami i obywatelami, bogatymi i biednymi. Uczestnicy programów generowanych przez nas są nie tylko konsumentami, ale także aktywnymi współtwórcami tego miejsca, inicjatorami działań i współrealizatorami poszczególnych projektów kulturalnych.

Jakiego typu działalność prowadzicie na co dzień?

Jesteśmy działającą społecznie placówką, która codziennie pełni rolę miejsca warsztatowego dla dzieci i młodzieży, ale także seniorów. Mieści się tu świetlica, w której pod okiem korepetytorów można odrobić lekcje, odbywają się warsztaty, wydarzenia kulturalne. Warto również podkreślić, że niemalże wszystkie odbywające się tu wydarzenia mają charakter bezpłatny, tak by mogło z nich skorzystać jak najwięcej osób. Ze świetlicy korzysta regularnie ok. 100 dzieci w wieku szkolnym.

Jak wyglądała Twoja droga do zaangażowania się w ten projekt?

Jestem z wykształcenia malarką, „nieczynną” malarką, obecnie zajmującą się „rzeźbą społeczną” [„Rzeźba społeczna” to koncepcja niemieckiego artysty Josepha Beuysa, upatrującego w sztuce zaangażowanej narzędzia zmiany politycznej i społecznej – red. NP]. Ukończyłam malarstwo na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika. Wydział mieści się na Bydgoskim Przedmieściu. I tak zaczęła się moja przygoda z tą dzielnicą. Jest to miejsce pełne czaru, jednocześnie popadające w ruinę, z „samospalającymi się” kamienicami, z problemami społecznymi. Ale też z silną, zintegrowaną społecznością.

Jako malarka nie znalazłam oczywiście pracy w zawodzie, więc wyemigrowałam do Poznania, gdzie związałam się z Fundacją Barka. Pracowałam z bezdomnymi i alkoholikami. Byli to głównie starsi panowie w wieku 60+. Tam nauczyłam się rozmawiać z ludźmi o rozmaitym statusie, ekonomicznym, społecznym czy edukacyjnym. W Fundacji nauczyłam się również pisania projektów, tworzenia wniosków, programów związanych z wykluczeniem społecznym. Jednak w pewnym momencie stało się dla mnie problemem to, że Fundacja Barka szła w stronę chrześcijańskiego, katolickiego etosu, co mi zupełnie nie odpowiadało. Poza tym, wraz ze znajomymi z Torunia, lepiej czuliśmy się w relacji z rówieśnikami lub osobami młodszymi i właśnie do tych grup wiekowych chcieliśmy kierować naszą działalność. Jeszcze pracując w Poznaniu dla Barki, założyliśmy własną fundację – Fabryka UTU. Nazwa jest dość dziwna – wymyślił ją nasz kolektyw, złożony z etnologów i malarzy. Otóż „utu” w języku swahili oznacza „człowieczeństwo”. Działania proponowane przez Fundację dotyczą rewitalizacji społecznej – edukacji, integracji poprzez kolektywne działania kulturalne, wyrównywania szans, szczególnie ludzi młodych, oraz rewitalizacji kulturowej – tworzenia wydarzeń kulturalnych i aktywnego uczestnictwo w nich, działania z zakresu ochrony oraz nowych sposobów wykorzystania lokalnych tradycji i kulturowego dziedzictwa. Z racji tego, że siedziba fundacji mieściła się na Bydgoskim Przedmieściu, zaczęliśmy powoli wchodzić w tkankę społeczną dzielnicy. W roku 2008 zaczęliśmy współpracę z domem dziecka „Młody Las”. I od tego w zasadzie zaczęła się nasza praca z wykluczonymi dzieciakami.

Bydgoskie Przedmieście znam bardzo dobrze, tu się urodziłam, podobnie jak moja mama i pradziadkowie. Odkąd pamiętam, była to dzielnica „problemowa”, bardzo zaniedbana, ze słabą infrastrukturą…

Do dziś wiele z naszych dzieci kąpie się w miskach…

Niegdyś była to dzielnica urzędniczą, gdzie mieszkali nauczyciele, wyższa kadra urzędnicza…

Jeszcze przed wojną była to dzielnica willowa, dzielnica odpoczynku, pomyślana po niemiecku: w duchu rekreacji, z parkiem, kinem plenerowym, wielką – na tysiąc miejsc! – kawiarnią na otwartym powietrzu. Po wojnie osiedlały się tu jednak wielodzietne rodziny robotnicze, mieszkania zaczęto dzielić, a dzielnica zaczęła niszczeć.

Brakuje tu więc także instytucji kultury.

Podczas rozmów z mieszkańcami – z dziećmi i dorosłymi, z opiekunami – dowiedzieliśmy się, że w tej dzielnicy w zasadzie nie ma domów kultury, działa tylko jedna biblioteka, filia Książnicy Kopernikańskiej. W międzyczasie w okolicy zaczęły uaktywniać się organizacje pozarządowe. Powołaliśmy nieformalne porozumienie na rzecz Bydgoskiego Przedmieścia. Powstała wtedy ankieta mająca zbadać potrzeby mieszkańców. Wynikało z niej, że brakuje placów zabaw. Na zaniedbanych podwórkach były wszędzie zakazy: zakaz gry w piłkę, zakaz wiszenia na trzepaku, zakaz wszystkiego. Uświadomiliśmy sobie, że brakuje infrastruktury pozwalającej dzieciom ciekawie spędzać czas po szkole.

Wtedy, tzn. w 2013 roku, pojawił się konkurs z miejskiego programu rewitalizacji społecznej na jednoroczny projekt rewitalizacyjny! (śmiech). A przecież sam proces rewitalizacji to jest działanie długofalowe, na które potrzeba minimum dziesięć lat… Mimo to stwierdziliśmy, że może to będzie coś w rodzaju start-upu, że dzięki tym pieniądzom będziemy mogli wreszcie znaleźć jakiś lokal.

Trudno mi uwierzyć, że miasto może mieć kłopot z przyznaniem lokalu w tej właśnie dzielnicy, gdzie większość budynków to kilkupiętrowe kamienice o bardzo dużym metrażu.

Tak, ponieważ nie ma odpowiedniego lokalu do dyspozycji. Największe pomieszczenia, jakie proponowały nam miejskie agencje, to 50 metrów kwadratowych, w zagrzybiałej piwnicy. Polityka lokalowa miasta jest nieprzejrzysta, trudno uzyskać jednoznaczne informacje na temat dostępnych lokali. Faktem jest, że wiele gminnych lokali to zabytkowe ruiny, aby je odrestaurować potrzeba milionowych nakładów. Dlatego właśnie dopiero wspomniany projekt pozwolił nam dzięki dość dużej puli pieniędzy – mowa o 300 tysięcy złotych na rok – kupić meble, inne sprzęty, komputery, znaleźć dobry lokal o powierzchni ponad 200 metrów kwadratowych. Nie jest to lokal miejski, wynajęliśmy go od emerytowanego prawnika z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika.


Na czym polegał projekt, który opracowaliście w ramach programu rewitalizacji?

Projekt napisaliśmy wspólnie z Fundacją Stabilo. Podzieliliśmy go na trzy zasadnicze części, za których realizacje odpowiedzialne było nowo utworzone partnerstwo. Jego liderem był MOPR (Miejski Ośrodek Pomocy Rodzinie), a partnerami dwie fundacje – Fabryka UTU, odpowiedzialna przede wszystkim za działalność domu kultury, oraz Fundacja Stabilo, zajmująca się głównie wsparciem osób bezrobotnych. MOPR realizował działania integracyjne, utworzył m.in. szkółkę piłkarską, w której dzieci trenowały pod okiem profesjonalisty. Stabilo zajęło się aktywizacją bezrobotnych – stworzono indywidualne plany działania, odbyły się szkolenia, w wyniku których część osób znalazła pracę. Fundacja powołała również cieszącą się dużym powodzeniem pracownię porad prawnych, w której prawnik dyżurował raz w tygodniu. Trzecim filarem projektu była właśnie nasza działalność, czyli utworzenie Społecznego Domu Kultury i bieżąca realizacja jego działań. Skrzyknęliśmy członków fundacji i zbliżonych do fundacji artystów. Dążyliśmy także do zatrudnienia osób mających problemy ze znalezieniem pracy w Toruniu: edukatorów, absolwentów studiów artystycznych. Znaliśmy ich doświadczenia i kwalifikacje, wiedzieliśmy, że pracowali wcześniej z dziećmi. Dlatego zaproponowaliśmy im pracę przy naszym projekcie. Z czasem zostali już z nami na dobre (i złe też).

Projekt był realizowany do listopada 2014. Przetrwał i wciąż działa jedynie Społeczny Dom Kultury.

Ile osób oprócz Ciebie pracuje w domu kultury?

Domem kultury w tej chwili zajmuje się stale około pięciu osób, a cztery inne prowadzą zajęcia raz w tygodniu. Podpisujemy umowy cywilnoprawne, więc mimo że pracujemy niemal na dwa etaty, zarabiamy niewielkie pieniądze. Można więc powiedzieć, że jesteśmy prekariatem kultury (śmiech). Śmieję się, ale to smutna rzeczywistość. Ludzie tworzący kulturę – na to wskazują badania i statystyki – zarabiają w Polsce stosunkowo niewiele. Jednak nikogo to nie oburza, prócz tych, którzy pracują w kulturze. Jest na to, niestety, społeczne przyzwolenie. Zdarzało się, na szczęście bardzo rzadko, że niektórzy rodzice byli mocno zdziwieni, że za „pracę z dziećmi” otrzymujemy wynagrodzenie, bo „przecież to takie wdzięczne zajęcie”… Z innej beczki – ludzie chcący współpracować lub szukający pracy od razu pytają o dyrektora. Gdy ktoś ich odsyła do mnie, wyjaśniam im, że w naszym domu kultury nie ma dyrektora. Dziwią się temu, dziwią się również, że mają rozmawiać z kobietą. Pokutuje więc wizja domu kultury z panem dyrektorem i sprzątaczką. Tymczasem my tu sami sprzątamy i robimy wszystko – jesteśmy psychologami, edukatorami, warsztatowcami, administratorami, zaopatrzeniowcami. Dlatego często zanosimy pracę do domu. Ale nie da się inaczej. Czasem, gdy oglądamy filmy i zdjęcia, widzimy, jak bardzo zmieniły się nasze dzieciaki przez trzy lata. I jest to bardzo budujące.

Bardzo podoba mi się to, że chociaż „jesteście projektem”, to nie działacie tylko przez rok, do chwili wygaśnięcia finansowania.

To dla nas kwestia odpowiedzialności. Na Bydgoskim Przedmieściu potrzeba działań długofalowych, osadzonych w kontekście. Nieprzemyślane, niefrasobliwe podejście typu „mamy dotację, zrobimy w tym roku jakiś społeczny projekt” może wyrządzić więcej szkody, niż przynieść pożytku. Trzeba zaznaczyć, że w 2015 gmina wyszła nam naprzeciw. Dzięki współpracy z radnymi z Bydgoskiego Przedmieścia zawiązała się inicjatywa, by stworzyć w dzielnicy konkurs dotacyjny na tego typu działalność. Dlatego udało nam się przetrwać. Mimo uwikłań w system dotacyjny staramy się zachować autonomię. To dla nas ważne, gdyż mamy już na koncie trochę nieciekawych doświadczeń, wynikających ze współpracy z instytucjami samorządowymi. Między innymi dlatego mamy własną psycholożkę, Barbarę, która jest osobą godną zaufania i posiadającą wielkie doświadczenie.

Przez działania z dziećmi chcemy dotrzeć także do rodziców. Za każdym dzieckiem stoi grupa dorosłych, grupa dla dziecka bardzo ważna. W tym celu organizujemy różnego rodzaju przedsięwzięcia natury otwartej – pikniki, warsztaty międzypokoleniowe, koncerty, których adresatem są opiekunowie i przyjaciele naszych wychowanków. Chcemy poznać ich rodziny, rodzeństwo dziadków. Wydaje nam się, że to działa, a na pewno pomaga w późniejszej pracy.


Na jakiej zasadzie zapraszaliście dzieci do udziału w projekcie?

Ogłaszaliśmy się w mediach, chodziliśmy do szkół, informowaliśmy pedagogów szkolnych, domy dziecka, rozwieszaliśmy plakaty w różnych miejscach. Informowaliśmy o powstaniu placówki, o tym, że udział będzie bezpłatny. Trzeba było jednak wypełnić bardzo skomplikowane zgłoszenie na użytek MOPR-u. To był rok 2014 – rozpoczęliśmy działalność w czasie ferii zimowych. Bardzo wiele dzieciaków pojawiło się w pierwszych tygodniach, a potem ich przybywało. Działał przecież „marketing szeptany” – czyjaś znajoma słyszała, że dzieci Marioli chodzą, że jest świetnie, że pan Mietek przyjdzie ze swoją wnuczką, i tak dalej…

Udało się uniknąć wrażenia, że przylecieliście z Marsa i wylądowaliście w dzielnicy…

Od początku podkreślaliśmy, że nie jesteśmy „kolonizatorami” i nie chcieliśmy nikogo traktować przedmiotowo. Jesteśmy stąd, z Bydgoskiego Przedmieścia. Tworząc ofertę, wciąż pytaliśmy mieszkańców, czego potrzebują. Oczywiście, na początku zaproponowaliśmy coś od siebie, ale to wszystko były propozycje elastyczne. I nadal o to nam chodzi – gdy ktoś ma jakieś sugestie, propozycję działań, zapraszamy go. Chcemy być katalizatorem – nieodpłatnie oddajemy przestrzeń i pomagamy w realizacji idei. Spotykały się u nas różne inicjatywy, stowarzyszenia. Pewne stowarzyszenie miłośników „Gwiezdnych wojen” przychodziło do nas, by ćwiczyć walkę na lasery, mieliśmy tu spotkania rady osiedla, obrady członków spółdzielni, spotykały się u nas ruchy miejskie, przychodzi do nas trenować grupa capoeiry dwa razy w tygodniu. Otwartość i różnorodność zresztą trochę nam zaszkodziły (śmiech). Kiedy urządzaliśmy od podstaw trawnik przy domu kultury, mieliśmy też na przykład zajęcia z czarnoskórym trenerem capoeiry. Początkowo mieliśmy problem z lokalnymi kibicami. Potem jednak zapanował spokój.

Dużo zmieniło się, gdy uzyskaliśmy stałą siedzibę. Mając stałe miejsce, możemy lepiej wpisywać się w lokalny kontekst. Coraz więcej osób chce korzystać z naszej oferty, ale mają też własne propozycje. Wiele osób przychodzi do nas z różnego rodzaju sprzętem, „darami”, takimi jak np. diaskop, mikroskop, a ostatnio pewna pani, emerytka, przyszła realizować u nas wolontariat. Przyniosła stary gramofon i mnóstwo płyt oraz pocztówek dźwiękowych. Gdyby nie nasze miejsce, dzieci prawdopodobnie nigdy nie miałyby z czymś takim styczności. Wydaje mi się, że mamy pozytywny odzew ze strony mieszkańców. Oczywiście jestem bardzo nieobiektywna, bo sama w tym tkwię, nawet mieszkam nad Domem Kultury.

W jakim trybie prowadzicie zajęcia?

Dzieci potrzebują stabilizacji, zwłaszcza gdy nie mają jej w domu. W dni nauki szkolnej pracujemy od 11-tej do 17-tej , czasem do 18-tej.

Później jest czas dodatkowych działań dla starszych, np. joga, angielski lub pracownia designu. W wakacje mamy osobny program zajęć od 9:00 do 15:30. Mamy wtedy więcej wypraw terenowych, wycieczek na wieś, biwaków, robimy zielone szkoły. Udało się nam nawet w ramach projekty „Filmogranie” i współpracy ze stowarzyszeniem „Sztuka Cię Szuka” pojechać do Muzeum Animacji w Łodzi. Odwiedziliśmy też Jana Chmielowca, „barona dyniowego” spod Bydgoszczy, gdzie pielęgnowaliśmy ogród, robiliśmy teatrzyki, różności z dyni. Staramy się więc urozmaicać zajęcia, szczególnie w wakacje. Od czasu do czasu robimy na miejscu imprezy plenerowe, np. w sierpniu organizowaliśmy „Elektropiknik”. Zaprosiliśmy didżejkę z Poznania, skakaliśmy przez skakanki, puszczaliśmy wielkie rakiety, budowaliśmy szałasy. Były też poczęstunki i robienie koktajli. Mogliśmy wtedy zobaczyć, jak funkcjonują rodziny naszych dzieciaków.

A relacje z rodzicami?

Ci, którzy przychodzą i mają z nami kontakt, są nastawieni pozytywnie. Staramy się jednak nawiązać relację z tymi, którzy się za bardzo dziećmi nie interesują. To bywa bardzo trudne. Z jedną z mam, mającą ośmioro dzieci, mieliśmy kontakt tylko raz. W ramach jednego z projektów dysponowaliśmy pieniędzmi na promocję i postanowiliśmy nie wydawać ich na durne materiały promocyjne, jakieś długopisy czy teczki. Zdecydowaliśmy się przygotować wyprawki szkolne dla 40 dzieci – cały pakiet, i podręczniki i dresiki. I wtedy właśnie pojawiła się ta mama, bo postawiliśmy warunek, że rodzice powinni do nas przyjść, żeby podpisać dokumenty.

Czy zajęcia u was przekładają się na to, że waszym wychowankom łatwiej przychodzi działać wspólnie poza Domem Kultury?

Zdarzyło się, że nasi chłopcy stawali w obronie prześladowanej dziewczynki. Mieliśmy wrażenie, że to wynika z jakiegoś poczucia wspólnoty, którą stworzyliśmy. Takie rzeczy się zdarzają. Wiemy od pedagogów szkolnych, że znajomości od nas przenoszą się do życia szkolnego. Dzieciaki często odwiedzają się w domach, zawiązują się przyjaźnie.

Organizujecie też Święto Bydgoskiego Przedmieścia. Na czym ono polega?

Jesteśmy współorganizatorami przedsięwzięcia, którego inicjatorami były Stowarzyszenie Bydgoskie Przedmieście oraz Stowarzyszenie Inicjatyw Niemożliwych „Motyka”. Te dwie instytucje siedem lat temu postanowiły zorganizować coś na kształt dnia sąsiada. Postanowiły więc zrobić Święto Bydgoskiego Przedmieścia i w tym celu skontaktowały się z NGO-sami i grupami nieformalnymi. Święto cieszy się dużą popularnością, przychodzi na nie wiele osób, część z nich chce również tworzyć własne wydarzenia. To nasza tutejsza „świecka tradycja”.

Jakiś czas przeprowadzałam wywiad z grupą socjologów z Uniwersytetu Warszawskiego, którzy pojechali do warmińskiej Ornety. Realizowali tam projekt o klasowości i uczestnictwie w kulturze. Powiedzieli mi, że poszczególne instytucje działają osobno. Chociaż nie brakuje ciekawych inicjatyw – pozarządowych i publicznych, to kuleje współpraca i wymiana informacji. Brakuje też dalekosiężnej perspektywy. Wydaje się, że Wasza sytuacja jest podobna.

Tak, to jest główny problem. Wynika on trochę z braku zaufania, trochę stąd, że mówimy zupełnie różnymi językami, nie próbujemy tego zmienić, nie próbujemy dokonywać przekładu. Z największą korzyścią dla tak zwanych beneficjentów byłoby nasze porozumienie się i wspólne działanie.

Skoro pracujecie z dziećmi i rodzinami w kłopotach, to czy udaje się Wam wypracować wraz z MOPR-em jakieś wspólne strategie pomocy?

Nie, MOPR daje nam pieniądze i sprawdza dokumentację. Ale nie ma rozmów o takich strategiach. Nie jesteśmy traktowani jak ktoś mogący pomóc na dłuższą metę. Pracownicy instytucji, która zresztą dużo dobrego robi, myślą urzędniczo i chyba wychodzą z założenia, że nie mamy kwalifikacji, a naszych miękkich kwalifikacji nie uznają. W efekcie każdy robi swoje i z reguły brakuje systemowej, długofalowej współpracy.

Co musiałoby się stać, żeby wspólne działanie było możliwe?

Potrzebne byłoby wyjście z konkretną propozycją. Mógłby to zrobić ktoś od nas albo jakiś kreatywny urzędnik, który nie będzie trzymał się kurczowo formularzy. Przydałaby się też systemowa zmiana polityk społecznych. W procesie kształcenia pracowników społecznych wykorzystuje się starą literaturę, brakuje świeżego spojrzenia. Słowem – potrzeba więcej wolności i mniej biurokracji, która jest zabójcza.

Spotkałam się z tezą, że klasa średnia robi projekty kulturalne dla klasy średniej. A ponieważ są one skierowane do określonego typu odbiorców, to wykluczają odbiorców z klasy ludowej. Czy problem klasy pojawia się w Waszej działalności?

 Odbiorcy naszych programów i działań są bardzo różni – i intelektualiści, i urzędnicy, i osoby dobrze sytuowane, i te pochodzące z kręgów robotniczych. To zróżnicowanie bardzo mnie cieszy. Dzieciaki pochodzące z różnych warstw społecznych współpracują ze sobą. Jedne klną, inne nie, mają różne ubrania. Jednak z drugiej strony coraz trudniej jest rozpoznać biedę, bo zaszła wielka unifikacja, chociażby w przypadku ubioru. Nawet dzieci z ubogich rodzin mają dresy Adidas i odpowiednie gadżety. Niedobory nie są już tak widoczne na pierwszy rzut oka, jak kiedyś, szczególnie w mieście. Zdarza się, że dzieciaki, które nie dojadają, mają telefon znanej marki (być może kradziony), a w domu 40-calowy telewizor, bo rodzina ma takie „priorytety” i żyje na kredyt. Najtrudniej jednak poradzić sobie w sytuacji, gdy najprawdopodobniej pobite dziecko twierdzi, że spadł na nie taki właśnie telewizor…

Czy planujecie monitoring tego, co wasi podopieczni będą w przyszłości robić, co będzie się z nimi działo?

Tak, już to robimy – w miarę naszych ograniczeń czasowych i finansowych. Od gminy otrzymujemy rocznie 100 tys. złotych, z czego 60 tys. pochłania utrzymanie budynku. A musimy zatrudnić troje opiekunów i opiekunek. Potrzeba nam więc przynajmniej 200 tys. rocznie, a zdobycie takiej kwoty jest dla nas bardzo trudne. Jednak, mimo wszystko, nie chcemy zapaść na „grantozę”.

Jakie są wasze perspektywy na przyszłość?

Przed świętami zorganizowaliśmy aukcję Podaruj Domkultury! na Święta. Jak co roku zimowe miesiące to trudny czas, w którym kończą się bieżące dofinansowania, a na możliwość udziału w konkursach grantowych, pozwalającym animatorom prowadzić zajęcia, trzeba jeszcze trochę poczekać. Jednak, dzięki dobrej współpracy z Gmina Miasta Toruń i MOPR mamy zapewnione finansowanie na dwa kolejne lata. Pozwoli nam to zaplanować działania bardziej strategicznie i długofalowo. To spory komfort dla organizacji pozarządowej w dzisiejszych czasach.

Dziękuję za rozmowę.

Toruń-Warszawa, grudzień 2016

Zdjęcia: Katarzyna Jankowska

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *