Franciszek Sobieraj

Postbullshit Ludzi Jaszczurów

AUTOR

Franciszek Sobieraj

(ur. 1983 r.) – nieudacznik, pała nienawiścią do ludzi, którzy osiągnęli w życiu sukces.

„Newsroom” – był sobie taki paskudny, odrażający wręcz serial, szczytowe chyba osiągnięcie propagandy jaszczuroludzi. Opowiadał o perypetiach zespołu telewizyjnego programu informacyjnego i jego szefa. Próbuje on niczym Don Kichot – bohaterowie często nawiązują do powieści Cervantesa – wprowadzać standardy rzetelnego dziennikarstwa i realizować dawny etos w ciężkich czasach, gdy nawet prognozy pogody winny ostrzegać przed cyfrowymi shitstormami. Zespół współtworzą osoby przesycone szlachetnością. Co prawda zdarza się, że ktoś spośród nich może wydać się nikczemnikiem, ale z czasem zawsze okazuje się, że albo mieliśmy do czynienia ze służącym wyższej sprawie performansem, albo z pewnym rodzajem skromności.

Serial nie był jednak w stanie ukryć „realnego”. Nie ujawnia się ono w tym przypadku przez czynności pomyłkowe na poziomie języka, choć za ich przejaw uznać można nawiązania do Don Kichota, który wywodził się wszak z upadłej uprzywilejowanej klasy. „Realne” odsłoniło się poprzez strukturę redakcyjnej społeczności, której istota – jeśli tylko widz nie da się zwieść magii słów – zostaje całkowicie obnażona. Jest to utrwalona sitwiarska struktura o charakterze hierarchicznym, czyli, jak zresztą w każdej reptiliańskiej społeczności, struktura o cechach feudalnych.

Dla uwydatnienia ich szlachetności i rzetelności paladyni rzetelnej informacji ukazywani są na tle innych środowisk, jak choćby sympatyczni, lecz trochę przygłupi przedstawiciele Occupy Wall Street lub równie przygłupi, choć już zdecydowanie niesympatyczni członkowie Tea Party. Jednak prawdziwym, śmiertelnym wrogiem kawalerów bez skazy, ich „Maurami”, jest Internet.

Internet, czyli medium pozwalające komunikatowi każdej osoby uzyskać potencjalnie globalny rozgłos, jest, jak sądzę, niewygodny z punktu widzenia jaszczuroludzi, którzy chcieliby posiadać pełną kontrolę nad przepływem informacji. Dla różnych protofeudalnych ognisk kapitału ekonomicznego i społecznego (w rozumieniu Bourdieu) wzrost znaczenia Internetu musi oznaczać osłabienie wpływu tychże kapitałów na propagację określonych treści. Oczywiście nie jest tak, że różne kapitały w Sieci tracą swoje znaczenie – dominują nadal, są jednak osłabione. Prasa – i w ogóle druk – też była oskarżana o ogłupianie i schlebianie najniższym gustom, jednak niezależnie od zasadności tych zarzutów nikt chyba nie wątpi, że np. ruch robotniczy bez możliwości korzystania z druku napotkałby wiele trudności w dziedzinie koordynacji czy dyfuzji idei. Owszem, kapitał dominował i dominuje w świecie medialnym, jednak czym innym jest konieczność uciekania się do wymyślnej propagandy, a czym innym sytuacja, gdy propagowanie pewnych treści można powstrzymać poprzez powieszenie wioskowego wichrzyciela. Tak samo czym innym jest bezpośrednie kontrolowanie treści przez koncerny medialne, a czym innym konieczność tworzenia algorytmów. Algorytmy muszą być zgeneralizowane, a to oznacza, że zawsze coś może się im wymknąć, „przeciec”.

Nie twierdzę, że Internet to samo dobro. W niniejszym tekście nie stawiam takiej tezy, a poświęcam go przede wszystkim okolicznościom pojawienia się idei postprawdy w głównym nurcie debaty publicznej.

Za zwycięstwo Trumpa, Brexit i podobne kataklizmy zaczęto oskarżać elity, które poprzez forsowanie neoliberalnego barbarzyństwa w gospodarce doprowadziły ludzi do skrajnej desperacji. Dowodów na taką interpretację wydarzeń jest zbyt wiele i są zbyt mocne, by obrona jaszczuroludzi była łatwa. W tajnych reptiliańskich laboratoriach memetycznych poszukiwano konceptów, które wprowadzone do obiegu pomogłyby w odwróceniu uwagi od odpowiedzialności elit oraz w uderzeniu w Internet. Okazało się, że geniusz jaszczurczych inżynierów nadbudowy pozwolił rozwiązać oba problemy jednym memem: memem postprawdy. Pojęcia tego nie stworzono wczoraj, a jedynie odgrzano koncepcję z lat 90. – po raz pierwszy zostało ono użyte w 1992 r. w eseju Steve’a Tesicha w magazynie „The Nation”. Cóż, nauki społeczne nagromadziły tyle różnych konceptów, że elity zawsze znajdą coś użytecznego na śmietnisku idei….

Co z grubsza oznacza pojęcie „postprawda”? Nie jest to po prostu kłamstwo, lecz informacja, której prawdziwość jest mniej istotna od przynależenia do napełnionej emocjonalną treścią narracji, przede wszystkim tożsamościowej. Dla zaznajomionych z socjologią problem selekcji informacji ze względu na potwierdzanie przez nie tożsamości jest tak oczywisty, że obecne odkrywanie go na nowo musi dziwić. Chciałbym jednak omówić kilka czynników mogących wpływać na takie a nie inne presje selekcyjne w stosunku do informacji.

Pierwszy z nich można wiązać z kryzysem tego, co Talcott Parsons nazywał społecznym podsystemem integracji. Opiera się on na legitymizacji autorytetów w każdej dziedzinie. Wobec tego utrata wiarygodności elit, w znacznym stopniu będących rdzeniem tego podsystemu, jest tu prawdopodobnie poważnym, zasługującym na osobne omówienie, problemem.
Drugi czynnik wiąże się ze strukturalną cechą medialnej debaty. Gdy w telewizji toczone są dyskusje, argumenty obu stron rzadko kiedy się kończą, rzadko kiedy widzowie, a i sami uczestnicy sporu, mają okazję uznać czyjąś rację na podstawie przebiegu rozmowy. W związku z tym o akceptacji tego a nie innego przekazu będą decydować inne czynniki, choćby właśnie tożsamościowe.

Trzeci czynnik, pozostający w pewnym związku z poprzednim, to wzrost złożoności systemów społecznych (pisał o tym już Ulrich Beck jako o „społeczeństwie ryzyka”), pociągający za sobą wzrost ich przygodności (kontyngencji). Gdy społeczeństwo jest splotem miriad zmiennych, mamy do czynienia z powstawaniem wielu sprzecznych tez, które wydają się równie prawdopodobne.

Środowisko sprzyjające postprawdom istnieje od bardzo dawna. Jedyne, co być może uległo zmianie wraz ze wzrostem znaczenia Internetu, a w szczególności portali społecznościowych, to nie samo istnienie postprawdy, ale powstanie niekontrolowanych przez elity (czy raczej kontrolowanych w mniejszym stopniu) kanałów informacji, jako że postprawda przenosi się także do nich. Skoro więc nie obcujemy z czynnikiem nowym, a jedynie ze zmianami jego dystrybucji, wolno przypuszczać, że obecne nagłaśnianie pojęcia postprawdy wynika z chęci grup uprzywilejowanych, by uderzyć w Internet, przy jednoczesnym rozmyciu odpowiedzialności reptilian za zwycięstwo Trumpa i Brexit.

Do głównych czynników wskazywanych przez obarczających winą portale społecznościowe należy istnienie algorytmów tworzących tzw. bańki. Mowa o zjawisku zamykania użytkowników Internetu w sferze wyselekcjonowanych zgodnie z ich profilem treści – zamykania ich na jedne, a otwierania na inne informacje. Niewątpliwie nie jest dobrze, gdy o algorytmach o tak wielkim znaczeniu dla świadomości społecznej decydują nie agendy pochodzące z wyborów, lecz prywatny kapitał. Nie zmienia to faktu, że taka kontrola i tak jest niczym wobec selekcjonowania informacji przez tradycyjne media głównego nurtu. Zjawisko bańki ma miejsce nie tylko w Internecie. Wydaje mi się, że proces tworzenia się takiego zamkniętego obiegu równie dobrze nazywa twierdzenie, iż „byt określa świadomość”. Reptilianie od zawsze żyją w niewielkich bańkach. Co więcej, kontrolują środki produkcji, a więc i prywatne media, zatem postprawdy z ich bańki stają się postprawdami dominującymi.

Oczywiście nie twierdzę na poważnie, że członkowie grup uprzywilejowanych z rozmysłem i zgodnie z opracowanym planem poszukują konceptów, które po włączeniu w cyrkulację idei mają pomóc im utrzymać supremację. Byt określa świadomość w nieco inny sposób. Nie ma tutaj miejsca, abym dokładnie mógł wyjaśnić swoje stanowisko w tej sprawie, więc posłużę się znacznym skrótem. Upraszczając nieco perspektywę teoretyczną Niklasa Luhmanna, można powiedzieć, że każdy w każdym momencie może pomyśleć każdą myśl – istnieje niezerowe prawdopodobieństwo selekcji każdej informacji (sensu). Członek elity może wierzyć w poglądy niezgodne z interesem swojej klasy – jest to możliwe i często tak się dzieje. Jednak nie wszystkie selekcje są równie prawdopodobne. Na przykład przy 30 stopniach Celsjusza można pomyśleć, że jest ciepło, można też pomyśleć, że jest zimno, ale istnieje o wiele większe prawdopodobieństwo pojawienia się tej pierwszej myśli. Interes klasowy należy do najtrwalszych w środowisku większości ludzi czynników, które nieustająco wywierają presję selekcyjną na to, co myślimy, oraz na to, co mówimy.

Na zakończenie chciałbym napisać kilka słów dotyczących wątku rosyjskich trolli internetowych. Gdy jakieś mocarstwo jest zbyt słabe, by przejmować elity innego mocarstwa, oczywiste jest, że będzie się starało swoje pole wpływu zyskać tam, gdzie panuje niezadowolenie. Zasada ta poprzedza w porządku historycznym pojawienie się Internetu, a wraz z jego zniknięciem nie przestanie obowiązywać. Najpewniejszym sposobem na uszczelnienie swojego systemu jest budowanie państwa dobrobytu, aby skrajnie niezadowolonych obywateli było jak najmniej. Jaszczuroludzie będą się zapierać, jak tylko mogą, by nie przyjmować tej prawdy.
Taka jest, jak sądzę, prawda o postprawdzie.

Numer 2 (13)

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *