AUTOR

Marta Stefaniak

Marta Stefaniak, urodziła się i wychowała na Podkarpaciu, studiowała w Warszawie i tam też mieszka od czasu studiów. Z wykształcenia jest matematyczką, pracuje zawodowo jako projektantka systemów informatycznych, a literaturą zajmuje się z zamiłowania.

Wróżka opiekuńcza

Miała dziwnie pokrzywioną twarz, siwe włosy pozlepiane w strąki i nosiła wiecznie przybrudzone dresy, ale wszyscy w naszej okolicy: i stateczne emerytki, i zamożni młodzi ludzie, i nawet opryskliwy były milicjant, przekwalifikowany po końcu komuny na ochroniarza – kłaniali się przed nią z respektem. Jej tajemnych mocy dowodził już sam fakt, że choć widywałam nieraz, jak kupowała sobie ćwiarteczkę tego lub owego w naszych delikatesach, to nigdy nie widziałam jej pijanej. A spotykałam ją codziennie idącą przez nasze uliczki. Szorując obwisłym brzuchem o ziemię, toczył się zawsze za nią jej stary, brzydki i bardzo schorowany pies. Dbała, żeby wrony nie wyjadały gołębiom całego chleba, który kruszyła koło śmietnika, żeby szczur mieszkający w krzakach wzdłuż chodnika miał zawsze świeżą wodę w miseczce i żeby każdy z mieszkańców naszej okolicy dostał co dzień należną sobie porcję dobrych życzeń.

A przede wszystkim troszczyła się, żeby odczynić uroki swoich mrocznych przeciwniczek, które przewieszone przez parapety wzywały chorób, więzienia lub przedwczesnej śmierci na dzieci mażące kredą po chodnikach lub grające w piłkę pomiędzy blokami. Zatem ona zawsze, gdy napotykała dziecko, rozpromieniała się, zbierała wszystkie swe moce i wołała nosowym głosem:
– Jakie piękne stworzenia się teraz rodzą! Z tych dzieci to już nie będą zwykli ludzie. Tylko aniołowie!

 
 

Wędrowny czarodziej

W połowie października, przy pięknej pogodzie siedziałam w parku, na słońcu, z młodszym dzieckiem uśpionym w wózeczku. Jedną z alejek szedł powoli, wspierając się kijem, stary mężczyzna z płóciennym workiem na plecach. Gdy spostrzegłam, że kieruje się prosto ku nam, zakołatały mi w głowie zasłyszane w dzieciństwie przestrogi, że litościwy człowiek, który zgodzi się potrzymać choć przez chwilę ciężki tobół takiego wędrowca, nie uwolni się już od tego brzemienia, będzie już musiał sam je dźwigać, póki nie znajdzie kogoś, kto…

Ale stary mężczyzna nie zamierzał mnie prosić o pomoc. Zajrzał do wózeczka i zapytał chrapliwym szeptem:
– Ile to ma?
– Dwa tygodnie – odpowiedziałam.
– I już na spacerze? – pokręcił głową.
– Lekarze zalecają…
Pogrzebał w kieszeni, a potem wyjął stamtąd kasztana i wsunął mi go do ręki.
– Na szczęście – powiedział.

Odszedł, dźwigając swój płócienny worek, tym samym nieśpiesznym krokiem, jakim się do nas zbliżył.

 
 

Rycerz wybawca

Na naszej poczcie zawsze czekało się w nieskończoność. Może dlatego, że wielu mieszkańców naszej okolicy wciąż nie przywykło korzystać z internetowych przelewów, zleceń zapłaty i paczkomatów. A tamtego wieczoru było tam jeszcze tłoczniej niż zazwyczaj. Urzędniczka tłumaczyła komuś, że listonosz z jego paczką jeszcze nie wrócił z obchodu. Jasnowłosy dziesięciolatek przechadzał się pomiędzy petentami, czasami podjeżdżając trochę na miniwrotkach wmontowanych w podeszwy butów, a jego matka, seksowna trzydziestoparolatka, stukała w klawiaturę telefonu paznokciami ozdobionymi błyszczącymi wzorkami. Ludzie stali oparci o ściany, skupili się wokół wysokich stoliczków, cisnęli na długiej ławie i na szerokich parapetach. Było cicho, trochę duszno i bardzo spokojnie. Tylko co jakiś czas dźwięczał melodyjny sygnał i kolejna osoba podrywała się, śpiesząc do wyznaczonego okienka.

Nagle do kobiety bawiącej się telefonem podszedł szybko wysoki mężczyzna w skórzanej kurtce. Nachylił się i powiedział podniesionym głosem:
– Pani daje czasem w skórę swojemu synowi, czy bezstresowo go wychowuje? Bezstresowo go pani wychowuje, co?!
Kobieta wydała się całkiem zdezorientowana tym atakiem.
– No. No. Bo jak się tak długo czeka… – broniła się niezbornie.
Agresor nie słuchał jednak jej wyjaśnień, odwrócił się gwałtownie i wyszedł.
Matka rozglądała się dyskretnie, próbując wypatrzeć, co też jej syn zmalował, i gdy po chwili podjechał do niej na swoich butach, zapytała go z zażenowanym uśmiechem:
– Coś zrobiłeś tamtemu panu?
– Nic – odparł zdziwiony dziesięciolatek.
– Tylko jeździłeś?
– Jeździłem – przytaknął.

Chciałam jakoś pocieszyć tę kobietę, poradzić, żeby się nie przejmowała, ale musiałabym wstać, podejść do niej i przez to jeszcze bardziej zwrócić ogólną uwagę na jej upokorzenie. Toteż nie ruszyłam się i nic nie powiedziałam. Tak jak i wszyscy inni dookoła.
Ale gdy sygnał zadźwięczał, wzywając kolejną osobę, facet siedzący koło mnie zwrócił się do matki dziesięciolatka:
– Chce się pani zamienić ze mną numerkami? Ja i tak muszę jeszcze poczekać.
Kobieta spojrzała na niego zaskoczona, a potem cała rozpłynęła się w uśmiechu.
– Dziękuję panu! Dziękuję! – powiedziała wylewnie. Wzięła numerek i podeszła lekkim krokiem do okienka.

Poczułam potrzebę, aby także jakoś podziękować temu człowiekowi za przywrócenie równowagi pomiędzy siłami zła i dobra. Powiedziałam do niego:
– No tak, przecież trudno wymagać, żeby dziecko czekało przez godzinę nieruchomo. A niektórzy szybko zapominają, jak sami mieli dziecko w tym wieku. Albo jak sami byli dziećmi…
Popatrzył na mnie oczami podobnymi do czarnych, błyszczących kamyczków i odpowiedział:
– Ja i tak muszę jeszcze poczekać na paczkę.
Sygnał obwieszczający wyświetlanie kolejnych numerków zadźwięczał raz i drugi. Mężczyzna siedzący obok mnie zerknął na wyświetlacz, a potem spytał:
– A pani chce się zamienić? Ja i tak muszę jeszcze poczekać.

 
 

Prawdziwa księżniczka

Kiedy się wsiadało do autobusu na naszym przystanku, zwykle parę krzesełek było jeszcze wolnych. Tamtego dnia także od razu po wejściu wypatrzyłam wolne miejsce obok siwiejącego faceta zagapionego w widoki za oknem. Usiadłam, autobus ruszył, potem zatrzymał się na kolejnym przystanku, a do mnie coraz wyraźniej zaczęło docierać, że mój sąsiad nie stroni od alkoholu i nie dba przesadnie o higienę. Przyjemniej podróżowałoby mi się trochę dalej od niego. Ale tymczasem autobus wypełnił się ludźmi, ciężko byłoby się pomiędzy nimi przepychać, zresztą wydawało mi się niedelikatne odsuwać się demonstracyjnie od kogoś, komu w życiu szło gorzej niż innym. Zostałam więc tam, gdzie siedziałam.

Jednak mężczyzna koło mnie, zamiast docenić mój prawdziwie lewicowy takt, zaczął mi naraz dawać jakieś dziwne znaki: krzywić się, mrugać do mnie i wiercić się niecierpliwie.
– Chce pan wysiąść? – zapytałam grzecznie.
– Starsza pani!.. – wymamrotał opryskliwie, wskazując brodą gdzieś nade mnie.
Obejrzałam się. Rzeczywiście, tuż przy moim krzesełku, przyciśnięta do niego przez tłum i uwieszona drążka biegnącego przy suficie, stała szykownie ubrana pani w wieku emerytalnym.
– O! – poderwałam się, ustępując jej miejsca – Proszę!
Prawdziwa dama zawsze wie, komu w jakich okolicznościach należą się podziękowania, komu zaś milcząca przygana. Toteż starsza pani nie spojrzała nawet w moją stroną. Nachylając się ku mojemu sąsiadowi, rzekła do niego z książęcą wytwornością:
– Dziękuję panu, ja zaraz wysiadam!

 
 

Piękna

Ona była ubrana w ładnie skrojony kożuszek i czarne, opięte kozaczki na wysokich obcasach. On w kraciastą, przybrudzoną kurtkę. Ona miała staranną fryzurę i równie staranny makijaż. On niechlujny zarost i pozlepiane włosy. Ona mówiła z troską i czułością:
– Chodź, kochanie, do domu, chodź do domu! Męczy cię, męczy, no trudno, kac jest kacem!
On bełkotał coś niezrozumiale i pluł ze złością na ziemię.
Parę minut później, kiedy robiłam zakupy w naszym sklepie, znowu ich zobaczyłam. Kupowali przy kasie wódkę i papierosy. Ona pytała o dostępne marki, wahała się, namyślała, sumitując się nieustannie przed ekspedientką za sprawiany kłopot, on stał obok milczący i ponury. Potem ona poniosła wypchaną szkłem torbę, a on szedł przy niej z pustymi rękami.
Zobaczyłam ich po raz trzeci, kiedy wracałam z zakupami. Ona prosiła go:
– Michał, chodź do domu! No Michał, chodź już do domu!
On szarpał z wściekłością siatkę ogrodzenia, pod którym stali, próbując je sforsować czy też zwalić na ziemię. Przypominał groźnego stwora, goryla albo niedźwiedzia, i niczym taki stwór pozostawał nieczuły na wszelkie zaklęcia.

 
 

Ilustracja główna: Wacław Marat, absolwent Pracowni Multimedialnej Kreacji Artystycznej na Wydziale Grafiki ASP w Warszawie. Ilustracje, animacje, książki i chałtura. www.behance.net/waclawmarat,

Ilustracje w tekście: Witold Wojtkiewicz, ur. 1879, zm. 1909. Malarz, rysownik, grafik, uznany za jednego z najciekawszych twórców plastycznych Młodej Polski, wyprzedzającego swoją epokę. Twórca m.in. takich obrazów, jak „Orka” (1905), „Porwanie królewny” (1908), „Chrystus i dzieci” (1908). Rysunki wykorzystane w niniejszym wydaniu „Drobiazgów” pochodzą z krakowskiego a później lwowskiego czasopisma satyrycznego „Liberum Veto” (1903-1905).

Numer 2 (13)

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *