Aleksander Sola

Modryń. Wspomnienia Aleksandra Soli (Część III)

AUTOR

Aleksander Sola

ur. 29 X 1932 w Przytykach k. Poniatowej. Gospodarz, robotnik, działacz "Solidarności", pierwszy przewodniczący rady miejskiej w Poniatowej po 1989 roku.

Komentarz Aliny Doboszewskiej, Fundacja Dobra Wola

Przesiedlenia związane z drugą wojną światową w mniejszym lub większym stopniu dokonywały się przez cały okres wojny i okupacji, ale ich kulminacja nastąpiła po 1945 roku, kiedy na konferencji jałtańskiej wyznaczono nowe granice, do których trzeba było „przystosować” skład narodowościowy poszczególnych krajów. Tereny, które przed wojną zaliczano do centralnej Polski, teraz stały się jej nowymi „kresami wschodnimi”.

Niemcy – Polska – Ukraina; szlak prowadzący z zachodu na wschód i z powrotem. Przedłużenie tego szlaku na wschód to Syberia; na zachód – Francja i Anglia. Tysiące ludzi, w większości kobiet i dzieci, wypędzonych, przesiedlonych, deportowanych, uciekających przed etnicznymi czystkami lub zemstą zwycięzców, bądź po prostu szukających nowego miejsca do życia, przemierzało ten szlak zdezelowanymi pociągami po zniszczonych przez wojnę torach, nieraz tygodniami czekając na możliwość dalszej podróży. Dobytek całego życia spakowany w kilku walizkach albo na małym drabiniastym wózku, głód, trudności w zachowaniu higieny, wszawica, tyfus i inne choroby, brak opieki lekarskiej. Codziennością była przemoc, rabunki i gwałty. Do obaw o własny los dochodziła troska o dzieci i dramatyczna walka o przetrwanie innych członków rodziny, zwłaszcza tych najstarszych.

9 września 1944 roku został podpisany przez proradziecki organ wykonawczy nowej komunistycznej władzy polskiej PKWN i Radę Komisarzy Ludowych Ukraińskiej Sowieckiej Socjalistycznej Republiki (USSR) układ o wzajemnym przesiedleniu: 1) ludności polskiej z terenów, które znalazły się na terytorium USRR do Polski w nowych granicach; 2) ludności ukraińskiej z terenów Polski do USRR. Już pod koniec października tego roku rozpoczęły się wysiedlania Ukraińców z ówczesnych województw lubelskiego, rzeszowskiego i krakowskiego, nazywane oficjalnie „ewakuacją”. W pierwszej fazie były one dobrowolne, choć często decydował o wyjeździe przymus sytuacyjny. Ukraińcy na tych terenach byli mniejszością i nie czuli się bezpiecznie po wcześniejszych okrutnych zmaganiach pomiędzy polskimi i ukraińskimi ugrupowaniami partyzanckimi. Sytuacja była tu inna niż na Wołyniu, gdzie ofiarami padała głównie polska ludność cywilna. Na Lubelszczyźnie, w wyniku akcji odwetowych AK, ofiary były po obu stronach, co wywołało głęboką wrogość pomiędzy lokalną społecznością polską i ukraińską.

Z czasem akcja przesiedleńcza nabrała jednak charakteru przymusowego. Do listopada 1946 roku z Polski do ZSRR wyjechało ogółem ponad 480 tys. osób (Ukraińców, Rusinów, Rosjan, Białorusinów), w tym z województwa lubelskiego (gł. z powiatów hrubieszowskiego, tomaszowskiego i chełmskiego) 190 tys. Pozostawione przez nich gospodarstwa zostały ogołocone i spalone ‒ częściowo w wyniku wcześniejszych działań wojennych, częściowo przez dokonujące wysiedleń polskie wojska, częściowo także w odwecie przez samych przesiedlanych. Opuszczone tereny zaludniają Polacy – wśród nich rodzina Aleksandra Soli, do którego wspomnień wprowadza niniejszy tekst.

W 1945 miejscem równie dramatycznych wydarzeń stały się także, dotąd położone na uboczu działań wojennych, byłe terytoria niemieckie włączone do Polski jako nowe ziemie zachodnie. Część niemieckiej ludności uciekła przed nadchodzącą Armią Czerwoną, pozostałych, głównie kobiety, dzieci i starców (mężczyźni służyli w wojsku), zaczęto sukcesywnie wysiedlać ‒ do końca 1950 roku ogółem wywieziono do Niemiec około 3,5 miliona osób. Ich domy zajmowały rodziny polskie przesiedlone ze Wschodu, z ziem przyłączonych do ZSRR (1134 tys. osób) oraz powracający z Syberii Polacy, deportowani tam w latach 1940-1941 (około 250 tys. osób). Przyjeżdżało tu też w poszukiwaniu nowego miejsca życia wiele osób z centralnej Polski[1], powracających z Niemiec przymusowych robotników, a także przedwojennych polskich emigrantów ekonomicznych z Zachodu, głównie z Francji i Belgii, zwabionych przez nowe władze obietnicą eldorado na „ziemiach odzyskanych”. W ślad za osiedleńcami podążali też szabrownicy, wywożący masowo poniemieckie mienie. Niepewność i niestabilność, tęsknota za opuszczonymi okolicami rodzinnymi, lęk przed powrotem Niemców – wszystkie te uczucia towarzyszyły tworzeniu się nowej społeczności na tych terenach.

Przed nowo utworzonym komunistycznym rządem Polski stanęło zadanie zapanowania nad chaosem powodowanym przez przemieszczanie się w różne strony tych ogromnych mas ludzkich. Odbywało się to w warunkach powojennego zniszczenia kraju, braku środków transportu, łączności, zaopatrzenia, żywności, opieki medycznej. 7 października 1944 roku utworzony został Państwowy Urząd Repatriacyjny (PUR), który działał do 1951 roku i zajmował się sprawami przesiedleń, wysiedleń i repatriacji. Struktura Urzędu obejmowała cały kraj i składała się z trzech instancji: oddziałów powiatowych, wojewódzkich oraz Zarządu Centralnego. Instytucja ta zajmowała się głównie organizowaniem transportu przemieszczanych osób, a jej pierwsze placówki powstały w Janowie Podlaskim, Zamościu, Chełmie i Lesku.

Mimo formalnego zakończenia wojny – kapitulacji Niemiec – trwała ona nadal w umysłach i sercach mieszkanek i mieszkańców Europy. Wypędzała ich z domów i przeganiała z miejsca na miejsce. Decyzje polityczne, zapadające ponad ich głowami, na spotkaniach zwycięzców przykrawających i dzielących na nowo stary kontynent, pozbawiały rodzinnych domów miliony ludzi, często już wcześniej dotkniętych wojennymi stratami i tragediami.

Wysłuchanie i zapisanie wspomnień takich jak Aleksandra Soli jest bardzo ważne i cenne z wielu powodów, ale przede wszystkim dlatego, że zmieniają one nasze spojrzenie na minione wydarzenia. Historia mówiona jest metodą uzupełniającą oficjalną, naukową historię. Skoncentrowanie się na zbieraniu i analizie świadectw historycznych w postaci ustnych relacji uczestników-świadków wydarzeń pozwala na ujęcie przeszłości nie tylko od strony wydarzeń i procesów politycznych, ale również codziennego ludzkiego życia, które tworzy historię społeczeństw. Jednocześnie można zaobserwować, w jaki sposób decyzje podejmowane na wysokim szczeblu politycznym wpływają na codzienne życie zwykłych osób, jak determinują ich ścieżki życiowe.

Historia powojennych przesiedleń jest przez polityków różnych opcji interpretowana zgodnie z ich aktualnym interesem politycznym. Głosy samych przesiedlonych są słabo słyszalne, a ich opowieści nie zostały dotąd wysłuchane. Dopiero w takich opowieściach odzyskujemy pełną wielogłosową perspektywę narracji zorientowanej na przekaz osobistego doświadczenia w całej jego wielowymiarowości. Zawężenie perspektywy do przypadków jednostkowych paradoksalnie poszerza pole widzenia i daje pełniejszy obraz niż podręcznikowe ujęcie, rozpatrujące historię jako sumę wydarzeń politycznych i militarnych.

Alina Doboszewska – absolwentka teatrologii i historii sztuki UJ, redaktorka książek, autorka publikacji i artykułów. Współzałożycielka, prezeska i współrealizatorka projektów Fundacji Dobra Wola. Fundacja Dobra Wola od kilku lat prowadzi działania związane z historią mówioną: szkolenia oraz międzynarodowe projekty polegające na realizacji filmów dokumentalnych na podstawie zebranego materiału biograficznego. Projekty prowadzone w Polsce, Czechach, Słowacji i Ukrainie.

Pomimo bardzo trudnych warunków po wojnie, sytuacja gospodarcza zaczęła się poprawiać. Siostra Zofia w 1946 r. wyszła za mąż, szwagier Mazurkiewicz Andrzej miał dobrego konia, rodzice kupili krowę i żyło się coraz lepiej. Po wojnie dużo ludzi, szczególnie tych, którzy byli biedni, wyjechało na Ziemie Odzyskane, tam obejmowali gospodarstwa poniemieckie. Młodzi wyjeżdżali do pracy w przemyśle.

Ojciec od dawna nosił się z zamiarem wyjazdu na Kresy Wschodnie, na ziemie dobrej klasy. Zamiar ten nie dał się urzeczywistnić przed wojną, co wyszło na dobre. Następna okazja nadarzyła się po wojnie. W powiecie hrubieszowskim szukano chętnych na osiedlenie się na ziemiach opuszczonych przez ludność ukraińską. Ukraińcy z tej okolicy za wiele mieli na sumieniu, aby ich wywieźć na Ziemie Odzyskane.

Już w 1946 r. ojciec zgłosił się do PUR (Państwowego Urzędu Repatriacyjnego) z chęcią osiedlenia się w hrubieszowskim. W 1947 odbyły się przydziały ziemi. Ojciec otrzymał 7 ha ziemi w dobrym miejscu we wsi Modryń w gm. Mircze, pow. hrubieszowski. Objęli ziemię. Jesienią 1947 r. posiali pszenice i żyto z zamiarem dalszych zasiewów na wiosnę. Ojciec dochował się ładnego konia od źrebaka, kupił nowy wóz. Na wiosnę 1948 r. z sąsiadem Drozdem Antonim, który dołożył konia, zabrali zboże i niezbędny sprzęt i udali się do Modrynia na zasiewy, Zatrzymali się w jednym z nielicznych ocalałych gospodarstw w Modryniu. Z ojcem i sąsiadem Antonim była siostra Maria. Pierwszego dnia coś posiali, przyszło trzech miejscowych bandytów z bronią, zabrali wóz i konie oraz zboże, które jeszcze mieli i pojechali w stronę lasu wraz z ojcem jako furmanem. Po pewnym czasie siostra i pozostali usłyszeli strzał. Siostra bała się, że ojca zabili, ale po godzinie wrócił cały i zdrowy, ale konie wóz i zboże przepadły. Na żniwa siostra z ojcem pojechali rowerami, zabierając ze sobą oprócz kosy karabinek „urzynek”. Niewiele zboża zebrali, gdyż w tym roku tę okolicę nawiedziła plaga myszy. Było tak, że wieczorem hektar pszenicy stał, a rano było tylko ściernisko, a źdźbła z kłosami leżały na ziemi. Nie wszystkie kłosy były zjedzone, więc ludzie zbierali je i w ten sposób uratowali nasiona na zasiew.

Od chwili przydziału ziemi w Modryniu ojciec przygotowywał się do wyjazdu. Wycinał w obejściu drzewa nadające się do budowy i przygotowywał je na budynek, który chciał postawić w Modryniu (ojciec znał się na stolarstwie i ciesielce). W całej tej okolicy wsie były spalone. Polskie wsie spalili Ukraińcy, z kolei ukraińskie wsie paliły oddziały AK skierowane na te tereny na pomoc ludności polskiej. Ocalały budynek był rzadkością. Modryń był wsią ukraińską, a sąsiednia wieś Modryniec polską. Zdarzyło się tak, iż Ukraińcy z Modrynia i Sahrynia poszli palić Modryniec. W tym czasie do Modrynia weszły oddziały AK i podpaliły wieś. Ukraińcy zorientowali się, iż ich wieś płonie, usiłowali wrócić do swojej wsi, ale nadziali się na zasadzkę w modrynieckim lesie i wielu z nich zginęło.

Od krowy rodzice dochowali się jałowicy, ojciec kupił starszą klacz z koni tzw. belgijskich, która była łagodnym, ale bardzo silnym zwierzęciem i nadawała się do pracy w pojedynkę. Wiosną 1949 r. przyszedł czas wyjazdu do Modrynia. Do zabrania było drzewo na budynek przygotowane przez ojca, koń, narzędzia rolnicze, trochę sprzętu domowego, zboże do wiosennych zasiewów, jałowica (krowa została dla starszej siostry Zofii, która z mężem Andrzejem zostawała na ojcowiźnie), parę kur, pasza dla konia i jałówki itp. Do wyjazdu szykowali się rodzice, ja jako 16-letni chłopiec i brat Wiesław (10-letni). Siostra Maria wyjechała do braci Karola i Jana i podjęła pracę w fabryce zegarów w Świebodzicach.

Na początku kwietnia 1949 r. doszło do naszego wyjazdu. PUR przydzielił samochód ciężarowy do wywiezienia dobytku do stacji kolejowej w Motyczu. W Motyczu był podstawiony wagon kolejowy. Szwagier Andrzej i kilku młodych ludzi ze wsi pomogło załadować samochód i przeładować dobytek na wagon. Ja, wozem zaprzęgniętym w konia z resztą rzeczy, pojechałem do stacji kolejowej Motycz. Dwa dni jechaliśmy z Motycza do stacji kolejowej Hrubieszów. Na stacji Hrubieszów udzielono nam jakiegoś magazynu na złożenie naszych rzeczy, a było tego sporo. Najpotrzebniejsze rzeczy załadowaliśmy na wóz konny i udaliśmy się do Modrynia.

Wiosna była piękna tego roku. Także na przeprowadzkę mieliśmy piękną pogodę, później było różnie. Do Hrubieszowa po ten dobytek trzeba było jeździć koniem kilka razy, a było 17 km drogi. W pierwszych dniach pobytu w Modryniu zajęliśmy się uprawą i zasianiem pola zbożem jarym, ozimina była posiana na jesieni i zapowiadała się dobrze. Po zwiezieniu dobytku z Hrubieszowa, zasianiu pola trzeba było pomyśleć o przeniesieniu się na własną działkę. W tym celu postawiliśmy coś w rodzaju budynku o nazwie bróg, to jest cztery słupy z poziomymi otworami na określonej wysokości, był również dach poszyty słomą. Ten dach przy pomocy otworów w słupach i wkładanych w nie kołków, można było podnosić i opuszczać na żądaną wysokość. W naszym wypadku bróg miał 5 x 5 m, ściany były z żerdzi i poszyte słomą i to obroniło przed deszczem i częściowo przed wiatrem. Obok była kuchnia polowa z kilkunastu cegieł, również pod daszkiem ze słomy. W połowie maja przenieśliśmy się od pana Adamczyka na własną działkę i zamieszkaliśmy w tym brogu. Na dole stała kobyła i jałówka oraz spali rodzice, my z bratem spaliśmy na stryszku. Na naszej działce była studnia zawalona od wierzchu gruzem, kawałkami drzewa i wszelkim rupieciem. Studnie trzeba było czyścić. Ja na kiju przywiązanym do łańcucha wjeżdżałem do studni, ładowałem gruz do wiadra, a ojciec i siostra Maria, która była akurat na urlopie wyciągali mnie. Przy większych przedmiotach trzeba było ze studni wyjeżdżać. Wydobyliśmy między innymi srebrne ostrogi i duże koryto na wodę. Koryto to jeszcze kilka lat służyło ojcu. Studnia była głęboka na 8 betonów wody i 8 betonów do wody. Istnieje ona do dziś i ma bardzo dobrą wodę. W pobliżu nie było żadnego zbiornika z wodą, toteż studnia była niezbędnie potrzebna. Oprócz tego był dół po piwnicy, cegłę już ktoś wybrał. Był również ładny sadek. Sady i to dość ładne były przy każdym gospodarstwie. Widać było, że żyli tam ludzie zamożni, a kultura rolna stała daleko wyżej niż u nas.

W Modryniu mieli nowoczesną mleczarnię. Mieszkało tu w dość dobrych warunkach dużo rodzin. Gospodarz, po którym objęliśmy ziemię, nazywał się Siwak. Miał ładne budynki, lecz wszystko zostało spalone. Orząc pole, znaleźliśmy trzy części blaszanego dachu z dużego jak na owe czasy domu. Czwartej części nigdy nie odkryliśmy. Blachę ojciec sprzedał.

Po jako takim urządzeniu się na działce trzeba było myśleć o budynku na zimę. Tego drzewa, co przywieźliśmy z Przytyk, było stanowczo za mało, więc trzeba było dorobić brakujące. Wstawaliśmy o świcie, ja z łomem szedłem po cegłę. Po spalonych budynkach można było znaleźć resztki fundamentów, trzony kominowe oraz resztki piwnic. Co bardziej dostępna cegła była już zabrana. W południe tą cegłę przywoziliśmy, żeby ktoś nie zakosił. Wieczorem natomiast jechało się do lasu, aby uciąć coś przydatnego do budowy. W międzyczasie ja robiłem koniem po polu, a brat Wiesiek pasł krówkę. Paść było gdzie, gdyż dookoła było setki hektarów ugorów.

Tak nam zeszło do żniw. Już przed żniwami ojciec postawił dodatkowo dwa brogi na zboże, ale trzeba było zrobić również stertę ze zbożem, gdyż urodzaj był wielki. Przed żniwami ocieliła się przywieziona z Przytyk jałowica i mieliśmy własne mleko, ser, masło, gdyż krówka miała dostatnio dobrej paszy.

Po żniwach wszystko wróciło do porządku – rano polowanie na cegłę, wieczór do lasu. Brat Wiesław chodził do szkoły i pasł krowę. W niedzielę ja pasłem do południa, Wiesiek po południu. Po południu ja miałem wolne, spotykałem się z kolegami, zwiedzaliśmy teren. Wypasanie krów było samą przyjemnością, wokół leżało dziesiątki hektarów ugorów z bujną trawą. Krowy, gdy się najadły, kładły się w trawie, tak, że ich nie było widać. Pasterze zbierali się w grupy, bawili się, rozrabiali i robili, co im przyszło do głowy.

Jednego razu, gdy pracowaliśmy w lesie, przygięte przez spadające drzewo cieńsze drzewo uderzyło ojca w głowę, stracił przytomność, cuciłem go, przykładając mokrą ziemię do głowy, tak jak wcześniej czynił brat Jan ze mną, gdy spadłem z choinki na zmarzniętą ziemię. Wszystko dobrze się skończyło.

W międzyczasie również brat chodził do szkoły i pasał krówki, ja robiłem koniem, a ojciec szykował drzewo. Obrabiałem koniem ziemię u jednego ze znajomych, który był murarzem i zbudował nam w zamian fundamenty, trzon kuchenny, piec chlebowy i grzewczy.

Po żniwach ojciec zaczął na wymurowanych fundamentach składać dom. Był to długi, wąski budynek, w nim nieduży pokój, również nieduża kuchnia z piecem, który grzał na dwie strony, tj. w kuchni i pokoju. Dalej pod tym samym dachem znajdowały się dwa pomieszczenia gospodarcze, jedno dla konia, drugie dla krowy i świnek. Konstrukcją tego budynku był drewniany szkielet, który należało wypełnić murem z cegły, jak w murze pruskim. Cegły na wypełnienie konstrukcji ukopałem po zniszczonych budynkach. Przy pomocy tegoż murarza ojciec obmurował ten budynek tzw. pojedynczą cegłą. Poszywaliśmy dach słomą, kończyliśmy w październikowe, księżycowe i ciepłe wieczory. Ojciec poszywał, a ja podawałem słomę. Ojciec robił to solidnie i fachowo. Mało kto tak potrafił. Było to sztuką niełatwą, aby dach służył długo i dobrze wyglądał. Trzeba było namłócić zboża, oczywiście cepem, zarówno na siew jak i na pokrycie dachu. Na zimę mieliśmy niewielkie, ale ciepłe pomieszczenia dla siebie i zwierząt. Inni sąsiedzi zimę spędzili w piwnicach, a bydło w podszytych wiatrem szopach.

Siostra Maria na żniwa 1950 r. wróciła do rodziców, aby pomagać w pracy. Ojcu przy pomocy córki Marii i nieletniego Wiesława gospodarzyło się dobrze. Dochowali się kilku krów, dwóch koni i wiele innego dobytku. W roku 1952, gdy miałem iść do wojska, siostra Maria przyjechała do Świebodzic, a właściwie Pełcznicy (Pełcznica i Świebodzice, pomimo że stanowiły jedno miasteczko, należały do różnych powiatów. Pełcznica należała do Czarnej Rzeki w powiecie Wałbrzych, po drugiej stronie były Świebodzice – pow. Świdnica. W późniejszych latach była to jedna miejscowość powiatu Świdnica) i zamieszkała w pokoju, który zajmowałem. W 1953 r. wiosną do Modrynia ze Świebodzic przyjechali na stałe brat Jan i Karol z żoną. Pracowali w GOM – Gminnym Ośrodku Maszynowym, pomagali przy tym rodzicom.

W tym czasie rodzice oprócz swoich 7 ha ziemi, uprawiali jeszcze drugie 7 ha ziemi niezajętej przez nikogo, niczyjej. Mieli już wtedy dwa konie. Łatwo im było dostać maszyny z GOM, bo Karol i Jan tam pracowali. Zbierali dużo zboża, ziemia była dobra i kilka lat leżała odłogiem, więc urodzaje były dobre. Ale to był czas, gdy władze PRL walczyły z kułakami (każdy chłop, któremu lepiej się powodziło był kułakiem). Wobec kułaków stosowali wysokie podatki oraz gnębili wysokimi, obowiązkowymi dostawami, tak w zbożu, jak kartoflach i żywcu. Za obowiązkowe dostawy płacono rolnikowi 10% ich wartości.

Przy 7 ha ojciec oddawał 20 kwintali zboża, natomiast przy uprawie 14 ha 100 kwintali. Uprawa dodatkowej ziemi stała się nieopłacalna. Rodzice zrzekli się tej ziemi i leżała odłogiem. W kraju natomiast wprowadzono kartki na żywność. W końcu lata 1954 r. ojciec zachorował na kręgosłup, lekarz twierdził, że to gruźlica kręgosłupa. Teraz wiadomo, że był to nowotwór kręgosłupa. Na tę samą chorobę zmarł brat Wiesław, w takich latach jak ojciec oraz syn Wiesława Andrzej w jeszcze młodszym wieku. W 1954 r. w listopadzie, tuż po moim powrocie z wojska, po ciężkiej chorobie ojciec zmarł i został pochowany na cmentarzu parafialnym w Mirczu. Po śmierci ojca siostra Maria wróciła do Modrynia pomagać matce i bratu w gospodarstwie.

W 1956 r. Maria wyszła za mąż za Stanisława Mazurkiewicza, stryjecznego brata Andrzeja Mazurkiewicza. Tak się złożyło, że młodsza siostra Zofia wyszła za Andrzeja Mazurkiewicza o 8 lat od siebie starszego, a starsza siostra Maria za Stanisława Mazurkiewicza, który był od niej 7 lat młodszy. Siostra Maria z mężem mieli objąć gospodarstwo po ojcu. Brat Wiesław poczuł się zwolniony z obowiązków gospodarza, do czego nigdy nie miał serca i przyjechał do Świebodzic. Zaczął pracować w kopalni węgla kamiennego „Bolesław Chrobry” w Wałbrzychu. Gdzie indziej nie mógł dostać pracy, gdyż nie miał szkoły zawodowej. W kopalni zarabiał dobrze, ale matka rozpaczała, że jest to praca niebezpieczna. Szwagier Stanisław nie chciał gospodarzyć w Modryniu, choć gospodarka była w dobrym stanie i powodziło im się dobrze jak na owe czasy. Bał się Ukraińców, choć wtedy było już w pełni bezpiecznie. Po około roku siostra Maria z mężem wrócili na Przytyki do gospodarstwa ojca Stanisława – Józefa Mazurkiewicza i tam pozostali. Brat Wiesław był zmuszony wrócić do matki na gospodarstwo, choć wcale tego nie chciał. Nie miał zamiłowania do pracy w rolnictwie.

W 1958 r. brat skończył 18 lat, poznał dziewczynę i się ożenił. Założył rodzinę i stał się spadkobiercą gospodarstwa po ojcu. Żona Wiesława, Krystyna z domu Prytuła była sierotą, również 18-letnią. Doświadczenia w gospodarowaniu oboje nie mieli. Poglądy matki i brata na prowadzenie gospodarstwa różniły się, w wielu sprawach się nie zgadzali. Pod koniec 1958 r. matka wróciła na Przytyki do swojej córki Zofii i zięcia Andrzeja. Byli bezdzietnym małżeństwem, a posiadali dość duże gospodarstwo. Matka od dawna była słabego zdrowia, ale pomagała w gospodarstwie na miarę swoich możliwości. Od początku lat 80-tych matka leżała w łóżku, mało wówczas wstawała. Ciężko jej było, gdyż siostra i szwagier w dużym gospodarstwie mieli dużo roboty, a mało czasu i możliwości do zajmowania się babcią. Szczególnie było ciężko matce, jak i siostrze z matką, gdy w ostatnich latach przestała wstawać z łóżka i stała się całkiem niesamodzielna. Po długiej i ciężkiej chorobie w listopadzie 1987 r. matka zmarła w wieku 87 lat, żyła 33 lata po śmierci ojca jako wdowa. Została pochowana na cmentarzu komunalnym w Chodlu. Babcia Helena wychowała sześcioro dzieci, doczekała 15 wnuków oraz kilkoro prawnuków.

Zdjęcia z archwium Aleksandra Soli

Powyższy tekst stanowi fragment  książki Aleksandra Soli Od przodków do potomków. Sto lat historii rodziny Solów, Przytyki 2015

Poprzednie fragmenty wspomnień publikowane w dziale Prawo do Wsi można przeczytać tutaj oraz tutaj.

Numer 2 (13)

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *