Karol Trammer

Miasto prowizoryczne Warszawa

AUTOR

Karol Trammer

urodzony w 1985 r. Absolwent Wydziału Geografii i Studiów Regionalnych Uniwersytetu Warszawskiego – praca licencjacka “Regionalizacja kolei. Kierunki reformy kolei regionalnych w Polsce” (2007), praca magisterska “Stacja Włoszczowa Północ. Studium lobbingu i rozwoju lokalnego” (2010). Założyciel i redaktor naczelny dwumiesięcznika “Z Biegiem Szyn” (http://www.zbs.net.pl/). Jego teksty i komentarze na temat transportu publicznego ukazywały się na łamach m.in. “Techniki Transportu Szynowego”, “Świata Kolei”, “Nowego Obywatela”, “Życia Warszawy”, “Gazety Stołecznej”, “Dziennika Gazety Prawnej”, “Wprost”, “Wspólnoty” oraz biuletynu Biura Analiz Sejmowych “Infos”. Nie posiada prawa jazdy.

PiS nie zdobędzie poparcia w Warszawie, a jednocześnie straci je pod Warszawą

Złożony do Sejmu projekt Ustawy o ustroju miasta stołecznego Warszawy posłowie Prawa i Sprawiedliwości uzasadniają tym, że na zmianach skorzystają w szczególności gminy otaczające stolicę. Zapewniają, że utworzenie metropolii warszawskiej ułatwi całościowe podejście do zarządzania obszarem aglomeracji i lepszą koordynację w zakresie organizacji transportu publicznego czy planowania inwestycji. W rzeczywistości mamy jednak do czynienia z prowizorką, rozwiązaniami słabo dopasowanymi do istniejących w Warszawie i jej otoczeniu problemów. Ostatecznie mogą one uderzyć w tych, których głosami PiS chce przejąć władzę nad stolicą, czyli w mieszkańców podwarszawskich miast i gmin.

O tym, że zgłoszony przez posła PiS Jacka Sasina poselski projekt jest dokumentem napisanym na kolanie, świadczy pominięcie Podkowy Leśnej wśród gmin przyłączanych do nowo tworzonej metropolii. Gdyby przygotowanie projektu było poprzedzone jakimikolwiek analizami, to na ich etapie owo „przeoczenie” zostałoby wychwycone. Metropolia wszak nie może składać się z enklaw i eksklaw. Tymczasem uchwalenie projektu w obecnym kształcie oznaczałoby, że „miasto stołeczne Warszawa” pochłonęłoby 32 okoliczne miasta i gminy, czyniąc wyjątek dla miasta-ogrodu, które unosiłoby się niczym wyspa pośrodku stołecznego oceanu. Byłby to niezrozumiały ewenement, gdyby nie fakt, że Podkowa Leśna stanowi od wielu lat wyjątek w dziedzinie zachowań wyborczych. Otóż gdy warszawski „obwarzanek” pozostaje zasadniczo pro-PiS-owski, w Podkowie Leśnej Platforma Obywatelska wygrała w czterech ostatnich wyborach parlamentarnych, trzech ostatnich wyborach prezydenckich i trzech eurowyborach. Jeśli można tu mówić o przeoczeniu – jak określił to sam autor projektu – to jest to typowa freudowska pomyłka, która wiele mówi o prawdziwych intencjach przyświecających proponowanym zmianom.

Nie jest to jedyna przesłanka wskazująca, że przy pisaniu ustawy przyjęto odmienne od deklarowanych priorytety. Na projekt składa się dziewięć rozdziałów. Jeden z nich poświęcony jest gminie Warszawa, mającej wejść w skład nowo tworzonej metropolii, a obejmującej terytorium dzisiejszego miasta stołecznego. O ile więc mówi się o umocowaniu tej starej Warszawy w ramach większej Warszawy nowej, o tyle nie znajdziemy w projekcie rozdziałów omawiających sytuację i uprawnienia pozostałych części „wielkiej Warszawy”, takich jak Ząbki, Wołomin czy Milanówek. Ten brak potwierdza niestety obawy, że zasadniczym przedmiotem zainteresowania jest tu ośrodek warszawski, a nie poprawa sytuacji gmin ościennych. Ich status i rola w nowym tworze pozostają bliżej nieokreślone.

Ogromną słabością projektu jest nazwa planowanego bytu. Stworzenie nowego organizmu z kilkudziesięciu miast o odrębnej tożsamości i określenie go mianem miasta stołecznego Warszawy to przepis na bunt wyborców. Tych, których PiS chce wykorzystać do zdobycia Warszawy, a właściwie stanowiska prezydenta miasta stołecznego Warszawy. Nazywając projektowaną jednostkę Warszawą, przesądza się, że mieszkańcy i samorządy będą postrzegać tę zmianę jako aneksję. Gdyby nie ten detal, kontrowersje wzbudzane przez projekt Sasina byłyby bez porównania mniejsze. Dlaczego nie zaproponowano tu określenia bardziej neutralnego, jak Warszawski Związek Metropolitalny, Metropolia Stołeczna czy Aglomeracja Warszawska? Trudno dopatrzeć się tu innego uzasadnienia niż to, że przyjęcie odmiennego nazewnictwa uczyniłoby niezrozumiałą unię personalną prezydenta „wielkiej Warszawy” i burmistrza gminy Warszawa. Wychodzi więc na to, że proponowane przepisy to fortel umożliwiający przejęcie przez PiS władzy w Warszawie.

Można by stwierdzić, że szykuje się nam typowy konflikt pomiędzy gminami podmiejskimi a ekspansywnym wielkim miastem, jaki mogliśmy ostatnio obserwować choćby na przykładzie protestu mieszkańców gminy Dobrzeń Wielki przeciwko przyłączeniu części jej obszaru do Opola. A to tylko jeden z bardzo wielu podobnych antagonizmów – duże miasta z zasady mają apetyt na swoją okolicę. W tej kwestii nie brakuje zresztą politycznych paradoksów: dążenia prezydenta Ciechanowa z Polskiego Stronnictwa Ludowego do wchłonięcia ościennych miejscowości nie przeszkadzają jego ugrupowaniu popierać protestujących w gminie Dobrzeń Wielki.

Kuriozalny odcień całej sprawie nadaje to, że akurat Warszawa wcale nie chce pożerać swoich przedmieść. Po aneksji Wesołej w 2002 r., a wcześniej Aleksandrowa w 1992 r., stolica ustatkowała się w swoich granicach. W tym samym okresie diametralnie wzmocniła się tożsamość gmin polskich w ogóle, a gmin podwarszawskich w szczególności – stały się one zbiorowościami świadomymi i dumnymi ze swojej odrębności, do czego przyczyniło się m.in. wprowadzenie bezpośrednich wyborów wójtów, burmistrzów i prezydentów. Mamy tu zatem do czynienia z perspektywą motywowanej politycznie ekspansji, inicjowanej ze szczebla centralnego i dokonywanej wbrew woli wszystkich władz samorządowych w aglomeracji warszawskiej.

Oczywiście lepsza koordynacja pomiędzy Warszawą a okolicznymi miastami i gminami jest potrzebna. Jednak sama reforma podziału administracyjnego raczej niewiele pod tym względem zmieni. Niektórzy mieszkańcy podwarszawskich miast, dojeżdżający do pracy do Warszawy, może cieszą się z tego, że znajdą się w pierwszej strefie biletowej (ale czy nie okaże się, że w „wielkiej Warszawie” potrzebnych będzie pięć stref biletowych?). Tymczasem między jednym a drugim nie ma bezpośredniego związku – już dziś Marki i Ząbki, znajdujące się poza granicami Warszawy, należą do pierwszej strefy biletowej, bo zdecydowały trochę więcej dopłacać do komunikacji. Także niezależnie od podziału administracyjnego, na podstawie dobrowolnych porozumień między Warszawą a okolicznymi miastami i gminami funkcjonuje chociażby wspólny bilet na warszawską komunikację miejską oraz pociągi podmiejskie, których organizatorem jest samorząd woj. mazowieckiego.

Nie da się też przesądzić, czy ustawa Sasina oznaczałaby korzystniejszy dla podwarszawskich ośrodków podział dochodów bądź inwestycji samorządowych między nimi a Warszawą. Równie dobrze może mieć miejsce efekt odwrotny – Warszawa nie będzie się dzieliła wcale, co oznaczałoby dla tych miast sytuację znacznie gorszą niż ta, w której mogą równoważyć dysproporcje różnego rodzaju działaniami autonomicznymi. Trudno sobie wyobrazić, że Warszawa, na którą dziś składają się takie zapomniane pod względem infrastrukturalnym rejony, jak Siekierki czy Elsnerów, gdzie wciąż chodzi się nie chodnikami a poboczami, nagle zatroszczy się o Górę Kalwarię, Błonie czy Stare Babice.

Gdy pod koniec lat 90. przygotowywano nowy podział kraju na województwa, w wielu ośrodkach panowało przekonanie, że bycie w jednym organizmie z Warszawą zagwarantuje rozwój i bogactwo. W efekcie powstało woj. mazowieckie sięgające od Gór Świętokrzyskich po Mazury. I dziś z wielu miejsc „wielkiego Mazowsza” rozlegają się głosy, że bycie w jednym regionie z Warszawą, jednocześnie wysysającą fundusze i zawyżającą wskaźniki uprawniające do ich otrzymania, nie wyszło na dobre.

Nie wiadomo, jak pomysł na wielką metropolię ma się do wcześniejszych zapowiedzi PiS utworzenia na bazie aglomeracji warszawskiej osobnego województwa. Zmiany w podziale administracyjnym – zwłaszcza w odniesieniu do woj. mazowieckiego – mają uzasadnienie. Trudno jednak sobie wyobrazić, żeby do utworzenia województwa warszawskiego doszło niezależnie od wdrożenia ustawy Sasina. Bo czy wtedy prezydent Warszawy oprócz funkcji burmistrza gminy Warszawa miałby również piastować stanowisko marszałka województwa?

W wielu miejscach w Polsce istnieje potrzeba lepszego zintegrowania polityk sąsiadujących samorządów. Choćby z tego względu, że ludzie dojeżdżają do sąsiednich miast do pracy czy do szkoły i stają się, jak to się brzydko mawia, „pasażerami na gapę”: korzystają z dobrodziejstw jednej gminy, a podatki płacą w drugiej. Te problemy nie dotyczą tylko największych miast: „pasażerów na gapę” mamy tak w Warszawie, jak i w Skarżysku-Kamiennej w woj. świętokrzyskim, dokąd do pracy i szkoły dojeżdżają mieszkańcy sąsiedniego woj. mazowieckiego. Rozwiązaniem w większości przypadków nie jest przesuwanie granicy, która zawsze musi gdzieś być i zawsze wywołuje jakieś problemy, ale poprawa współpracy między samorządami – i to nie tylko między sąsiednimi gminami, ale także między różnymi szczeblami samorządu (np. współpraca między powiatem a gminą z sąsiedniego powiatu w związku z dojazdami z jej terenu do liceum). Problem z propozycjami Sasina jest więc podobny, jak z optyką części ruchów miejskich, które zajmują się różnymi problemami społecznymi dlatego, że występują one w dużym mieście, a nie dlatego, że po prostu występują i trzeba je kompleksowo rozwiązać. Tak w aglomeracji warszawskiej czy w rozdzielonym granicą województw „dwumieście” Tarnobrzega i Sandomierza, jak i na styku gmin Biały Dunajec i Poronin.

Projekt Sasina jest bublem nawet jeśli przyjąć, że od początku miał na celu wyłącznie „odzyskanie” Warszawy dla PiS, a szerszych systemowych ambicji był pozbawiony. Zakłada bowiem naiwnie, że wchłonięcie sąsiednich gmin przez Warszawę odbędzie się bez oporu, i nie bierze pod uwagę politycznych strat, jakie partia rządząca poniesie w tych właśnie ośrodkach, które mają jej pomóc zdobyć stolicę. Jestem w stanie sobie wyobrazić, że w wyborach samorządowych po całym „metropolitalnym” zamieszaniu okaże się, że PiS nie tylko nadal nie ma poparcia w Warszawie, ale i straciło je w tych podwarszawskich miastach i gminach, gdzie miało je przed reformą.

Ilustracja: William Blake „Newton”

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *